Ciacho

Często… No dobra, może nie często, ale czasem zastanawiam się co też siedzi w głowach polskich aktorów, że zgadzają się zagrać w kolejnym rzadkim gówienku produkowanym masowo w granicach naszego pięknego kraju. Regułą z grubsza jest, że choćby film był nie wiadomo jaki słaby, to zawsze znajdzie się jakiś aktor ze względnie znanym nazwiskiem, który zaszczyca swoją obecnością obsadę. Często tych aktorów jest więcej i to dziwi mnie jeszcze bardziej. Bo przecież dostaje taki aktor scenariusz, czyta go i co? Nie widzi, że to scenariusz do rzadkiego gówienka, a nie do filmu? A skoro widzi to jaki też proces myślowy odbywa się w jego łepetynie. Proces, który prowadzi do stwierdzenia: a fakać, wystąpię. Czy tylko kasa się liczy i w sytuacji, gdy w Polsce powstaje rocznie pięć filmów na krzyż lepiej łapać co popadnie niż czekać na w końcu dobrą i ciekawą propozycję. To musi być fascynujące siedzieć w głowie takiego Małaszyńskiego na przykład i z bliska obserwować te wszystkie pracujące połączenia neuronów podczas czytania scenariusza filmu takiego jak „Ciacho”. Czy jeśli się zgodzi wystąpić w takim filmie to potem czerwieni się ze wstydu, czy może w poważaniu ma wstyd, bo czek zgarnął i życie toczy się dalej. Wiadomo, gdy go zapyta jakiś dziennikarz to chwali film, chwali reżysera, chwali w ostateczności atmosferę na planie, bo nic innego robić nie wypada. Ale gdy zgasną światła i kamery to w ciszy swojego ulubionego fotela jest mu wstyd? Ciekawi mnie to.

Zarzekałem się, że na „Ciacho” do kina nie pójdę i mimo kuszenia mnie wyjściem postawiłem na swoim i podłoga sali kinowej wyświetlającej to filmidło mojego buta nie posmakowała. Ale zobaczyć to dzieło na DVD stanowiło dla mnie dużą pokusę, bo bardzo ale to bardzo chciałem się przekonać, jakie to słabe dziadostwo jest. Bo że jest słabe to nie wątpiłem. No i gdy tylko nadarzyła się okazja zanurzyłem się w wesoły inaczej świat wykreowany przez Patryka Vegę, który rzadkiego wyczynu dokonuje i raz za razem kręci filmy na 1(6). Najpierw gówniany „Pitbul„, a teraz ta pożal się Boże komedia.

Jak oni te wszystkie gwiazdeczki zagonili do jednego filmu (na szczęście – ich szczęście – większych gwiazd tu brak) to doprawdy nie mam pojęcia. Przekonać tyle znanych twarzyczek, że efekt końcowy będzie zabawny stanowiło z pewnością większe wyzwanie niż moje dotrwanie do końca seansu tego czegoś, co koło filmu nawet nie przechodziło. Ba, zagonili ich nawet w trakcie promocji do obrzucania się ciastkami i pozowania do zdjęć umazanymi będąc jak po cumshocie. Obserwować to wszystko z bliska – to musiałaby być wielka frajda, o której zresztą wspomniałem już na początku. I już olać młodzież, ale pani Stenka Danuto – co oni pani do kawy nasypali, co? Człowiek obejrzy takie „Ciacho” i od razu wszystko to co słyszał o wielkich rolach teatralnych i innych takich puszcza w niepamięć. I choćby teraz Gertrudę u Branagha zagrała to ja i tak już będę wiedział, że to żadna poważna aktorka tylko babka, która zagra we wszystkim, niezależnie od tego, jaki poziom kupy reprezentuje. No chyba, że od dawna marzyła, żeby pogrzebać Karolakowi w dupie. Wtedy ją rozgrzeszę.

Ubawiło mnie, gdy przeczytałem, że Vega pisze już scenariusz drugiej części. Hehe, pisze. Już ja widzę to pisanie – biega po forach z dowcipami i spisuje te co większe suchary ładując je do tego zlepku kartek szumnie nazwanych scenariuszem. No bo nie sądzę, że zmienił swoje podejście do „pisania” po jedynce, która mimo zlepienia z żartów już starych i krążących tu, tam, siam i ówdzie coś tam zarobiła. Ba, widziałem na własne oczy, że niektórzy chwalą ją za dobry humor. Może im za to zapłacili, ale jeśli nie to AAAAAA. Ja rozumiem wepchać do filmu jeden nie wymyślony przez siebie dowcip, ale wepchać iż aż tyle? Nie znam wszystkich dowcipów na świecie, ale jestem pewien, że gdyby tak prześwietlić to scenarzysko to znalazłoby się tam nie za wiele twórczej inwencji Vegi wybiegającej poza sklejenie internetowych tekstów. Od tych żenujących w postaci pierścionka w dupie po te całkiem fajne teksty w postaci „dyplomacja to powiedzieć spierdalaj…”. To wszystko już było przed „Ciachem” – pan scenarzysta tego nie wymyślił. Piszę o tym, bo wielu nastoletnich miłośników tekstów nie dość, że uważa Vegę za geniusza, to jeszcze te teksty za kultowe. O ile oczywiście kultowym może być grzebanie w norze Nestle.

Polecam. Zobaczcie sobie „Ciacho” i uwierzcie, że można! Można zrobić tak zły film, o jakim istnieniu nawet nie podejrzewaliście, że jest możliwe. Zobaczcie i poczujcie tę żenadę na widok aktorów sympatycznych skądinąd (skąd pomysł Żmudy-Trzebiatowskiej, żeby zmienić image z słodkiej dziewczyny w kupę żenady?) rzucających żenującymi tekstami i śmiejących się z rzeczy, których powinni się wstydzić. Zobaczcie jak bardzo film może nie mieć scenariusza – „Ciacho” to materiał poglądowy w tym temacie najlepszy z możliwych. A jak już obejrzycie to odpowiedzcie mi na jedno, zajebiście ważne pytanie:

Dlaczego, do jasnej cholery, ten film nazywa się „Ciacho”?

1(6). Nawet jak się trzy razy zaśmiałem to było mi wstyd, że się śmieję. Choć przyznam, że za te trzy uśmiechy skłonny byłem dac filmowi 1+(6). I za Tomasza Sapryka, który chyba jako jedyny może spróbować się nie wstydzić, że w tym czymś zagrał. Fajnie wyglądał w tej stylizacji a’la twardy glina z amerykańskiego filmu policyjnego z lat siedemdziesiątych. Niestety, miał pecha, bo to z żadnej strony nie był teledysk do „Sabotage” Beastie Boysów. A jedynie „Ciacho”, które powinno nazywać się bardziej adekwatnie do jakości i fabuły – „Gówno” po prostu.
(979)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.