Jak się pozbyć cellulitu

Puścić mu ten film :) Cellulitowi znaczy się.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że każdy, kto z własnej i nieprzymuszonej woli obejrzał najnowszy film Andrzeja Saramonowicza powinien zostać zaproszony do gabinetu ministra kultury i tam otrzymać odznakę bojownika o polską kulturę. Może nawet jakąś dożywotnią rentę za zasługi…

„Jak się pozbyć cellulitu” jest filmem złym. Po prostu. Przy czym nie jest filmem żenująco złym, a występujący w nim aktorzy raczej nie powinni się wstydzić występu w nim (choć kolejną nagrodę powinien dostać ten ktoś, kto namówił ich do udziału w filmie i przekonał, że to może być hit). To nie ten rodzaj złego filmu co „Ciacho” czy „Złoty środek„. Przy tych dwóch tytułach film Saramonowicza to arcydzieło. Ale nadal, oceniam go tylko i wyłącznie na 2/10. O ile w przypadku „Ciacha” i tego drugiego żuwna można w nieskończoność pytać samego siebie, jak to możliwe, że coś takiego powstało, to w przypadku „Jak się…” widać, że być może i chciano dobrze tylko zabrakło wszystkiego. Scenariusza, poczucia humoru, a nawet mam wrażenie chęci do zrobienia filmu. Wszystko jest tu takie wymuszone, wysilone, naciągane itp. przymiotniki.

Na pewno macie tak często, że coś robicie (cokolwiek) i ta robota idzie Wam jak po maśle. Macie chęć do niej, przekonanie, uśmiech na ustach. A innym razem musicie zrobić to samo, ale brak Wam tych chęci. Musicie jednak to coś zrobić i robicie, męczycie się, staracie się przekonać sami siebie, że dajecie radę, a efekt pracy jest fajny. Nic z tego, namęczycie się, a i tak nie ma porównania z tym samym robionym sto razy szybciej i od serca. I tak jest z „Jak się…”. O ile w przypadku świetnego „Ciała” i bardzo fajnego „Testosteronu” (wsadzam do jednego wora filmy do spółki z Koneckim, bo czemu nie) jestem pewien, że ich pisanie przysporzyło twórcom sporo radości, a słowa same płynęły spod pióra, tak samo jestem pewien, że przy pisaniu cellulitu Saramonowicz się męczył, w przypadku pisania jeszcze gorszego „Idealnego faceta…” Saramonowicz też się męczył. Zobowiązał się zrobić film, ale jak Barton Fink wszystko co napisał kończyło się na zapachu ryb. A odwrotu nie było.

Oglądanie tego filmu niczym nie różni się od postawienia sobie krzesła w jakimś ruchliwym miejscu ulicy. Dzieje się w nim tyle samo i tyle samo przypadkowości w nim tkwi. W tymże miejscu ulicy snuje się mnóstwo ludzi. Słyszymy jakieś strzępki rozmów, co jakiś czas na drugą stronę ulicy przejdzie jakaś laska, a od czasu do czasu pojawi się koleś z gitarą i zaśpiewa jakiś kawałek Dżemu. Podobną strukturę ma cellulit. Po co więc płacić za obejrzenie filmu Saramonowicza, skoro można sobie gdzieś za darmo taboret postawić?

Po prostu. To kolejny polski film, który nie wyszedł.

Dwie koleżanki jadą do ekskluzywnego spa. Tam poznają masażystkę, która opowiada im o niejakim Jerrym Rzeźniku, który wysysa kobiety, a ich krew sprzedaje koncernom kosmetycznym. Wkrótce przyjaciółki ze strachem odkrywają, że Jerry Rzeźnik jest na ich tropie…

No i taki to film, jak opis jego fabuły. Bzdurny. Fabuła klei się tutaj na jakichś strzępkach sensu i morzu niedomówień (w jednej chwili Jerry widzi bohaterki w grobie, cięcie a one są z powrotem w hotelu – bo tak) pomiędzy którymi pojawiają się epizody na obraz i podobieństwo skeczu (film w ogóle podzielony jest na rozdziały niczym „Inglourious Basterds” co najmniej, ale konia z rzędem temu, kto wyczaił dlaczego takie właśnie są te rozdziały i co informacja o tym, że właśnie zaczyna się kolejny rozdział wnosi do akcji). Z tą różnicą (do dobrego skeczu), że nie śmieszą. Choć jak mówię, nie ma w tym wszystkim tego poziomu żenady co w „Złotym środku”, gdzie nie dość, że nie było śmiesznie, to jeszcze dowcipy akcentowały dżingle albo cięcia montażowe. W „Jak się…” było podobnie, ale nie aż tak nachalnie. O czym mówię? No wiecie, jest jakiś dialog, jedna z postaci rzuca rzekomo śmieszny tekst, zapada wymowna cisza, a w tle muzyka robi tam tarara tara tam pam psz! To znak, że właśnie opowiedzieli nam dowcip, a film po cięciu jest już w zupełnie innym miejscu.

Smutno pobrzmiewa tu przez cały czas echo „Ciała”, ale to tylko podkreśla jak słabym filmem jest cellulit. Saramonowicz znów chciał się pobawić konwencjami, gatunkami, kinem w ogóle, a w szczególe czarną komedią. Nie udało mu się to. Bardzo mu się to nie udało.

A przekleństwa chyba jeszcze w żadnym filmie nie brzmiały tak nienaturalnie jak tutaj. To zdaje się jedyny sukces tego filmu.
(1162)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.