Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Koreański zestaw – Moss, No Mercy, Bedevilled

Moss aka Iggi

Bohaterem filmu jest młody mężczyzna, który przybywa do zabitej dziurami dechami na pogrzeb swojego ojca. Wszyscy są przekonani, że ten zmarł z przyczyn naturalnych, ale dziwne zachowanie miejscowych, że syn zaczyna podejrzewać, że za śmiercią kryje się coś więcej. Prowadzone na miejscu prywatne śledztwo wskazuje, że początki historii, w którą się wgmatwał sięgają trzydziestu lat wstecz.

Obsypany nagrodami (najlepszy reżyser, zdjęcia, efekty dźwiękowe i scenografia na 47. rozdaniu koreańskich Oscarów vel Złotych Dzwonków) film oparty na internetowym komiksie dość znacznie zawiódł moje pokładane w nim nadzieje, gdyż okazało się, że poza walorami technicznymi nie ma wiele do zaoferowania. A może inaczej – miałby mi coś do zaoferowania, gdyby nie trwał ponad dwie i pół godziny. To o wiele za długi metraż, żeby wytrzymać na filmie, który wciąga umiejętnie budowanym klimatem, ale w pewnym momencie sam klimat nie wystarczy i należałoby przejść do konkretów. A tu nic z tego. Jeszcze godzina podczas której nic wielkiego się nie dzieje.

„Moss” gasł z każdą minutą, ale przez to, że wystartował z wysokiego pułapu to nie zdążył (choć to mocno dwuznaczne w stosunku do tak długiego filmu) spaść poniżej 5/10. A pułap początkowy był naprawdę spory, bo i film intrygująco się zaczął, potem równie interesująco zawiązał i gdy wioska, w której jego akcja się odbywa odkrywała przed bohaterem coraz więcej tajemnic można było poczuć, że potem będzie coraz lepiej, no i z zachwytu będę nad filmem tu piał. Klimat zbudowany przez sprawnego reżysera Kanga Woo-Suka („Silmido„) przypominał momentami ten znany z „Mista”, żeby zahaczyć o jedną z pięciu na krzyż gier, w które grałem, o czym nie wiedzieć czemu wspominam tu średnio raz na miesiąc. No i szkoda tym większa, że tak naprawdę to nie doprowadził on do niczego – ot zwykła sztuka dla sztuki, a cała historia mogłaby się spokojnie obejść bez tajemniczych znalezisk poczynionych przez głównego bohatera. Ostatecznie zawiodło też banalne zakończenie, które nie sprawiło, żeby moja ocena filmu choć trochę drgnęła w górę.

Przed oglądaniem „Moss” należy się więc zaopatrzyć w cierpliwość, bo jest to film zdecydowanie o godzinę za długi. Ładnie nakręcony i zrealizowany (to nic nowego w przypadku południowokoreańskich filmów, choć trochę się dziwię, bo moim laickim okiem wydawało się, że „I Saw the Devil” miał lepsze zdjęcia) oraz zagrany przez aktorów, którym w wiarygodnym występie pomogła świetna charakteryzacja. Niestety, w momencie, w którym wydawałoby się, że powinien się zaczynać – on się kończy.

No Mercy aka Yongseoneun Eupda

Kurczę, im więcej czasu mija od seansu, tym mnie się wydaje, że 7/10, które dałem na fejsie Q-Bloga zaraz po seansie jest lekko niesprawiedliwe i ocena powinna być większa. No ale słowo się rzekło i oceny nie będę zmieniał, bo to nieprofesjonalne (oczywiście paradoksalnie – nieprofesjonalne w amatorskim podejściu do sprawy). Poza tym myślę, że 7/10 odzwiercielda po prostu wysoką jakość południowokoreańskiego kina. Amerykański film taki jak „No Mercy” dostałby spokojnie większą ocenę, tymczasem wiem, że w Korei potrafią jeszcze lepiej, więc wyższe oceny trzeba zachować dla tych jeszcze lepszych filmów.

Nad brzegiem rzeki odnalezione zostają poćwiartowane zwłoki młodej dziewczyny. Na miejsce zbrodni przybywa światowej sławy patolog sądowy, który ledwo rzuca okiem na odpiłowane kończyny i już rzuca kilka uwag, które za chwilę pomogą zdemaskować mordercę martwej prostytutki (wiem, gdyby nie była martwa, to on nie byłby mordercą :P). I rzeczywiście – sprawca mordu zostaje pojmany. I kiedy wydaje się, że pora otwierać szampany, morderca wyjmuje asa z rękawa, a patolog zaczyna tańczyć tak jak mu zagra.

Podczas oglądania filmu pojawiła mi się w głowie myśl, co by pozbierać jakieś pseudomądre maksymy i zamknąć je w szufladce Prawa Kina wg Quentina. Kto wie, może kiedyś tak zrobię, ale na razie mam tylko pomysł, którego nie rozwijałem i pierwszą maksymę do tej szufladki – kiedy w pierwszych dziesięciu minutach filmu widać autopsję, to film nie może być zły. I rzeczywiście – w stosunku do „No Mercy” się sprawdza, bo tak szybko możemy sobie pooglądać autopsję znalezionego nad rzeką trupa i dodam tylko, że jest to widok bardzo sugestywny i nie dla widza o słabym żołądku. Zdecydowanie.

Nie jest jednak tak, że jedynym co ma do zaoferowania „No Mercy” jest epatowanie widza obrzydliwościami. Owszem, to nie koniec ich, ale w rzeczywistości spadają one na drugi plan, bo w planie pierwszym dobrze się trzyma scenariusz filmu, który jest jego najmocniejszą stroną. Co prawda film ma troszkę przestojów i bohaterowie mogliby zachować się w pewnych sytuacjach inaczej (a przynajmniej tak mi się wydaje, nigdy nie byłem na ich miejscu) – i dlatego 7/10 (ale może kurczę nie skupiłem sie na oglądaniu tak jak należy? i teraz niepotrzebnie oceny zaniżam?) – ale to rasowy thriller sensacyjny z zakończeniem, które nie powinno nikogo zawieść. A co za tym idzie – nie będę się za dużo rozpisywał. Najważniejsza w nim jest opowiadana historia, a twórcy filmu ani przez chwilę nie próbują jej maskować jakimiś filmowymi fajerwerkami czy cool pomysłami (Miasto, W Którym Cały Czas Pada Deszcz raz czy drugi może się sprawdzić, ale nie zawsze przecież).

Bedevilled aka Kim-bok-nam Sal-in-sa-eui Jeon-mal

Zestresowana życiem w Seulu dziewczyna wyrusza na przymusowy urlop na zamieszkałą przez kilka osób wyspę. Tam się wychowała i teraz po latach powraca na zaproszenie swojej koleżanki. Na miejscu spotyka pełną gamę koreańskich rednecków, którzy żyją wedle ustalonych przez siebie reguł. Szybko orientuje się, że główną ofiarą ich redneckowego zachowania jest jej koleżanka, nad którą znęcają się zarówno psychicznie jak i fizycznie. Wszystko to musi w końcu doprowadzić do tragedii…

Siłą „Bedevilled” jest to, że tak naprawdę ciężko zakwalifikować go do jednej konkretnej gatunkowej szufladki. Można o nim powiedzieć, że to mroczny thriller, ale w przeciwieństwie do innych mrocznych thrillerów jego akcja rozgrywa się w słoneczne dni na rajskiej niemal wyspie, której piękne krajobrazy kontrastują z zachowaniem mieszkających tam osób. I nawet gdy z dramatu obyczajowego film przekształca się w krwawą łaźnię w najlepszym tego słowa znaczeniu, to wciąż świeci słońce i cały czas wydaje się, że nic złego nie może się stać. „Bedevilled” to również nie jest rasowy revenge movie, bo choć pierwsza połowa filmu to nieustanne czekanie na to, żeby tym skurczybykom w końcu ktoś zrobił krzywdę (a grabią sobie, oj grabią), to jednak akcja nie idzie w kierunku znanym z tego rodzaju filmów. A taki „I Spit on Your Grave” powinien mu buty czyścić.

Można na upartego twierdzić, że film bardzo długo się rozkręca i przez długie minuty nic się w nim nie dzieje, ale jeśli chodzi o mnie to zastrzeżenia miałbym tylko do seulskiego początku, który niezbyt pozytywnie mnie do filmu nastawił na starcie. Jasna i wyraźna zrzynka z… „Drag Me to Hell” plus największa bolączka azjatyckich filmów – biali „aktorzy” – dały mi do myślenia, ale tylko po kątem tego, czy oglądać dalej czy nie. I w związku z tym film zaczyna się dopiero w momencie, gdy bohaterka stawia swoje stopy na wyspie. Potem już z każda minutą jest coraz lepiej, a gdy siknie pierwsza krew, to sika ona już do samego końca poprzez kilka łagodnych twistów w tej prostej i efektownie pokazanej historii.

I znów ostrzeżenie – film nie jest dla widzów o słabych żołądkach, choć też bez przesady z tym ostrzeżeniem – to film o czymś więcej niż tylko o robieniu innym krzywdy sierpem. 8/10
(1099)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.