Boardwalk Empire oraz The Event

Miały poczekać na kolejny odcinek Serialowa, ale tak sobie myślę, że skoro to nowe produkcje, to na dzień dobry zasługują na osobny wpis. Poza tym, jak już każdy dobrze wie – nie lubię dziur w kalendarzu. A chyba tylko pisząc o odcinkach osobno – nie czekając na zebranie się kilku do Serialowa – dam radę ich uniknąć.

„Boardwalk Empire”

Zacznę od rzeczy najprzyjemniejszej, żeby potem móc sobie spokojnie ponarzekać. Otóż BE dorobiło się w mojej osobie wiernego widza i z dość dużą pewnością nie opuszczę go aż do śmierci. Mojej lub jego. Lubię historię (polubiłem znaczy się, bo w liceum nie lubiłem), lubię Amerykę, lubię zgrabnie opowiedziane opowieści o gangsterach, lubię lekką nostalgię za starymi latami i lubię Steve’a Buscemiego. Lubię też fakty tzw. autentyczne i trochę szkoda, że główny bohater serialu jest postacią fikcyjną. Nie zgłębiałem tematu, może tylko nazwisko zostało zmienione, ale fakty są takie, że Nucky Thompson został wymyślony. Wiele by to nie zmieniło, bo dalej serial miałby we mnie widza, ale myślę, że tak zupełnie subiektywnie lubiłbym go jeszcze bardziej.

Kiedy już ustaliliśmy, że serial mi się podoba (no na razie pilot mi się podobał, bo więcej nie było) i na pniu będę go oglądał, to mogę sobie troszkę pomarudzić. Bo przecie, gdyby nie było powodu do marudzenia to by znaczyło, że jestem zachwycony. A przecież zachwycony nie jestem.

Martin Scorsese. Fajnie, że wziął się za wyreżyserowanie pilota, ale zachwyty nad nim tylko i wyłącznie z tego powodu uważam za niewłaściwe. Nie wiadomo, jak poradziłby sobie z tematem inny reżyser, ale specjalnych powodów do bicia pokłonów przed jego reżyserią nie widzę. Ot, dobry reżyser, dostał pokaźny budżet – mógł poszaleć. Spieprzyć nie spieprzył, ale też nie zrobił nic ponad gangsterską normę z suto opłaconą scenografią pozwalającą na oddanie świata Atlantic City AD 1920. Dobrze ubrani faceci, morderstwa przy dźwiękach opery, nocne zasadzki na transport alkoholu.

Bo wiecie, jest dzień wprowadzenia prohibicji. A to oznacza powód do świętowania, bo od teraz na handlu wódą będzie można zarobić krocie. I radości tej nie zmącą nawet dobrze wyszkolone oddziały agentów federalnych rozpoznających podrobioną akcyzę z workiem na głowie. Toteż ww. Nucky świętuje, próbując przy okazji spiknąć się z porywczym Luckym Luciano wciąż na dorobku. Łatwo nie będzie, bo w tym czasie jeden z jego podwładnych, drugi bohater serialu, którego imienia nie pamiętam (Michael Pitt, którego nie lubię) ma trochę inny plan. Ugaduje się za jednym zamachem z federalnymi i z Alem Capone i postanawia dać w końcu upust ambicji dręczącej go od środka i nie pozwalającej dłużej być kierowcą Nucky’ego.

A teraz wróćmy do Scorsese. Nie wiem, czemu na stare lata zakochał się w bluboksie, ale owa miłość do niego przeszkadzała mi podczas seansu. Nie tak bardzo jak w przypadku „Shutter Island„, bo BE to jednak serial i tam trzeba oszczędności szukać. Ale przeszkadzała. A przecież mieli na realizację jakieś 20-30 milionów dolców, a momentami wyglądało jakby połowę tej sumy wziął grafik komputerowy, a drugą połowę kostiumolog. Najgorsza była scena z odpływającą łódką. W Paint’cie ją dorysowali czy jak? (PS. Na dużym ekranie jakoś wyraźniej widać to, co mam na myśli; a może po prostu mi się zdawało? 😛 No ale nie chce mi się edytować, więc niech już zostanie)


be

Dodatkowo nie rozumiem, jak można przepuszczać takie wtopy jak ta z… kosmykiem włosów Pitta podczas jednej ze scen. Co oni, ślepi są? Za mało im zapłacili? (Wiem, wiem, pewnie się skapowali parę dni po nakręceniu sceny, że coś nie halo i trzeba było na gwałt dokręcić parę ujęć, a potem jak zobaczyli, że teraz z włosami do dupy, trzeci raz już im się nie chciało powtarzać) No kaman:

No i to z grubsza wszystkie łyżki tego na dzie w beczce miodu. Ponarzekać na nie można, ale przyjemności oglądania serialu nie zabierają. Byłoby jeszcze tylko miło, gdyby oprócz unikania takich wpadek, scenarzysta dał coś do zagrania reszcie serialowych postaci. Bo na razie to one man show Steve’a Buscemiego. Cała reszta aktorów jest daleko w tyle. Mignęły mi przed oczami pochwały dla głównego przeciwnika gangsterów (imienia nie pomnę ani postaci ani aktora 😛 w „Revolutionary Road” grał OIDP) i na koniec zmuszony jestem się nim niezmiernie zdziwić, bo jak na razie wszystko co zaprezentował to zaciekła mina. Ale też wiele do zagrania nie miał.

„The Event”

Poranek przywitał mnie myślą o tym, że kiedy jednego dnia startuje tyle popularnych seriali, ja nie mam co oglądać. Wot paradoks. Co tam dzisiaj ruszyło? „House”, „HIMYM”, „Castle” i jeszcze coś (a, już wiem, „Chuck”). A ja nic z tego nie oglądam. Ale. Rzucił mi się w oczy „The Event” 1×01, o którym do dzisiaj nie słyszałem nic. No to pomyślałem, że dam mu szansę. A nuż będzie to pilot wart obejrzenia, a serial wart kontynuowania.

No i był dopóki nie nastała ta nieszczęsna minuta do końca odcinka, w której to całe budowane we mnie zaciekawienie prysło jak bańska mydlana. Może gdybym wiedział, czego się spodziewać, czytał coś o serialu i znał przewidywania co do jego gatunku, nie siekło by mnie tak bardzo. No ale nic nie wiedziałem i zareagowałem głośnym WTFakiem oraz westchnięciem żalu pod adresem twórców serialu za to, że najwyraźniej nie chcieli, żebym go dalej oglądał.

Ale drugi odcinek obejrzę, a to jest sukces dla tychże twórców 😛 Obejrzę, bo ciekaw jestem, w którą stronę ta finałowa żenua pójdzie. Może jakoś ją zmarginalizują i nie będzie trzeba już podobnych akcji oglądać. Wątpię, ale może, może. Bo ja aż taki zajadły nie jestem i kupuje różne bzdury. Byle nie były za duże.

Tak czy siak w dzień ogłoszenia przez prezydenta USA jakiegoś ważnego orędzia do narodu porwany zostaje samolot. Na pokładzie tego samolotu raz jest bomba, raz terrorysta, raz nie wiadomo co. Ale spokojnie, wraz z rozwojem odcinka wszystkiego się dowiemy. Poskaczemy tylko wstecz a to o parę minut, a to o kilka dni, a to o miesiąc. Lekko irytujące to przeskoki, ale póki co można je wybaczyć. Byle co odcinek nie było tyle skakania, bo to tylko udowodni, że scenarzyści bez niechronologicznej fabuły nie są w stanie zaciekawić widza i zadawać mu pytań, na które chętnie poznałby odpowiedzi.

Teraz to już mądrzejszy jestem, bo trochę poczytałem po seansie i widzę, że to fafnasty kandydat do zastąpienia „Losta”. No cóż, „Losta” nie zastąpi, bo kolejny taki przełom serialowy myślę, że przyjdzie raz że niezapowiedziany, dwa że niespodziewany, a trzy że za kilka lat. Ale ogląda się go wartko i w przeciwieństwie do podobnego „FlashForward” (coś się wydarzyło, nie wiadomo co) wydaje mi się, że daje dużo więcej furtek do kontynuacji pomysłu. W FF był fajny pomysł, którego nie sposób było rozwinąć w dłuugą serię (choć może coś się zmieniło, wymęczyłem tylko z osiem odcinków), tutaj fajnego pomysły raczej nie ma, ale przy umiejętnym prowadzeniu fabuły może dostarczyć przyjemności z oglądania.

Choć tak szczerze myślę, że jeszcze ze trzy odcinki obejrzę i dam mu cancela.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl