Undisputed 2: Last Man Standing, Undisputed 3: Redemption

Dwa za jednym zamachem – co się będę!

W końcu się zebrałem i obejrzałem trójkę, którą jakiś czas temu polecił mi Dżedaj jako przykład nawalanki z klasą i bez sznurków. A skoro już obejrzałem trójkę to poprawiłem dwójką do kompletu. Jedynki nie musiałem powtarzać (była w weekend w TV), bo widziałem ją kiedyś tam. I choć niewiele z niej pamiętam, to nie wydaje mi się, aby mnie specjalnie znudziła. Co ważne, jeśli chodzi o moje oczekiwania po zachwalanej trójce, która miała być sto razy lepsza. No ale zacznijmy chronologicznie, czyli od dwójki.

Pechowy mistrz bokserski (Vinga Rhamesa zamienił JakMuTam… no Spawn… kurde, nie pamiętam… Michael Jai White!) znów ma kłopoty. Szukając łatwego zarobku w Rosji znajduje łatwą drogę do więzienia, w którym ląduje szybciej niż zdąży powiedzieć „to nie moje narkotyki są ukryte w tej Biblii”. W więzieniu czeka już na niego niejaki Uri Boyka, który uważa, że jeśli pokona mistrza to sam będzie najlepszym wojownikiem na świecie. Nie wiedzieć czemu tak uważa, ale tak uważa. No i nasz mistrz ma kłopocik, bo w więzieniu wszystkie chwyty dozwolone i umiejętności bokserskie mogą nie wystarczyć w zderzeniu z twardym piszczelem.

Sympatyczna nawalanka wideo taka w sam raz na 4(6). W porównaniu z jedynką mamy zdecydowane spuszczenie z tonu, bo ani za kamerą nie ma Waltera Hilla, ani przed kamerą Vinga Rhamesa i Wesleya Snipesa (swoją drogą – jak to się czasy zmieniają – na kim dzisiaj robią wrażenie te nazwiska?), ale przynajmniej nikt nie udaje, że film ma aspiracje do czegoś więcej niż do wesołej napieprzanki. Przeto możemy sobie pooglądać napieprzanki, tani sentymentalizm odzieżowy i posłuchać paru cool tekstów. A ocena byłaby wyższa, gdyby napieprzanek było więcej, bo moim skromnym zdaniem, jeśli są tym, co najlepsze do zaoferowania mają nam twórcy filmy, to trzeba to wykorzystać do maksimum. Filmów o ciężkim losie więźniów było już sporo, a o dobrą nawalankę wcale nie tak łatwo.

Największą gwiazdą filmu jest wcielający się rolę Boyki Scott Adkins, dla którego jak na razie to rola życia. Nawet całkiem ładnie opanował rosyjski akcent! A do tego jest badgajem wręcz książkowym, bo wiele nie mówi, groźnie patrzy i łamie kości komu trzeba nie zastanawiając się nad niczym innym. Jest z nim tylko jeden malutki problem – tak naprawdę jest tak sympatyczną postacią, że trudno uwierzyć, że to niby skurwisyn. Zresztą, twórcy filmu również musieli to zauważyć, bo Boyka jest już bohaterem trzeciej części i doprawdy niewiele z tego skurwisyństwa mu w niej zostało. Choć dalej jest cool z tą swoją twarda miną i ruskim akcentem.

W trzeciej części Boyka trafia na pierwsze w historii wszechświata międzywięzienne zawody MMA (mieszane sztuki walki, czyt. wszystkie chwyty dozwolone). W zawodach tych biorą zawodnicy z całego świata walcząc o miano największego przechuja, który trafił za kratki. W więzieniu oczywiście jak to w więzieniu rządzi evil naczelnik, który nie o wszystkim mówi zarówno zawodnikom jak i inwestorom obstawiającym walki, ale to sprawa drugorzędna, bo najważniejsze jest napieprzanie się.

No właśnie, skoro napieprzanie jest najważniejsze, to za spory błąd filmu uważam to, że do zawodów przystępuje tylko ośmiu zawodników (zachodzę w głowę, czemu akurat z Chorwacji i Grecji wystąpili tam zawodnicy, ale pewnie tam film kręcono – w innym wypadku raczej bardziej waleczne narody bym pokazał, bo nie słyszałem o wielkich fighterach z tych państw akurat). Dużego pola manewru nie ma – chłopaki walczą od razu ćwierćfinały, więc tak naprawdę szybko nie ma się już kto bić i trzeba zapełniać film fabułą. A tu, jak nietrudno się domyślić, nie ma już tak fajnie, bo fabuła jest banalna i nic by się nie stało, gdyby ustąpiła miejsca walkom w klatce. Szesnastu zawodników dodatkowo dołożyłoby niepewność tego, kto przejdzie dalej, bo przy ośmiu to z grubsza od razu wiadomo, kto w dupę dostanie.

Walki w każdym bądź razie są fajne, chłopaki dają z siebie wszystko, sznurków nie stwierdziłem, Boykę lubiłem, więc na starcie miałem załatwioną sympatię do głównego bohatera. Czyli wszystko OK i bez większych zastrzeżeń. Choć nie powiem, zachwyty Dżedaja zrobiły mi smaczka na jeszcze lepsze nawalanki niż można było zobaczyć w filmie. No ale może po prostu za bardzo wymagający jestem?

4+(6) bo trójka rzeczywiście lepsza od dwójki. I nawet twista ma na koniec, choć bądźmy szczerzy – potrzeba dużej dozy pobłażliwości, żeby uwierzyć, że w bardzo zamkniętych zakładach (toć to nie Bwin) nikt nie wie na kogo swoje miliony stawia jeden z obstawiaczy…:P

Nie mam większych wątpliwości co do tego, czy powstanie czwórka. Żal takiej fajnej postaci jak Uri Boyka, żeby miała nie powstać.
(999)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl