Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Lost – The End, cz. 1

Widać w tytule? Poniżej myślniki dotyczące PIERWSZEJ CZĘŚCI finału. Nie spoilować więc części drugiej w komentarzach!!

– A więc to dziś jest ten dzień. Dzień, w którym nie ma już „Losta”. Ale zanim zniknie na dobre to jeszcze finałowe odcinki do obejrzenia. To dobra lekcja pokory dla mnie – akurat jestem na ciut wolniejszej sieci i trochę potrwa zanim będę mógł finał obejrzeć. Ale w przeciwieństwie do np. finału drugiego sezonu jestem o 500% bardziej spokojny i napalony na oglądanie – czyli full spokój.

A jutro dzień, w którym nie już Jacka Bauera. Smutny to tydzień.

Choć tak do końca to nie zniknie ani „Lost” ani Jack Bauer. W przypadku pierwszego ma być zdaje się jakieś dodatkowe 20 minut na DVD z sezonem 6, no a Jack niby powróci w filmie pełnometrażowym. Tak czy siak tydzień smutny.

– Jeszcze odnośnie poprzedniego odcinka i pytań o to, czy sobie żartuję z ojca Milesa. Nie, nie żartuje. Taka myśl mi przyszła na świeżo podczas oglądania odcinka, że ojcem Milesa jest Japoniec, ale przecież zupełnie zapomniałem, że Miles ojca już ma. Dopiero mi w komentarzach o tym przypomnieliście. Po prostu – moja pamięć odnośnie poprzednich odcinków jest dość znacznie dziurawa i stąd takie kulowpłoty.

– No dobra, nie było tak źle z tym zaopatrzaniem się w odcinek. Koniec można rozpocząć.

– Dziwnie tak w poniedziałek Losta oglądać, ale przecież nie będę do środy czekał.

– 53 minuty część pierwsza. Bardzo pozytywnie.

– Ameryka to wspaniały kraj. Idziesz do szpitala i mówisz, że chcesz mieć operację kręgosłupa i na drugi dzień masz operację kręgosłupa… Bardzo ładny początek, nostalgiczny taki zgodnie z przewidywaniami i logiką. Zapowiada się miły koniec.

– Ale by było. Cały świat się zastanawia czy Kate będzie z Jackiem czy Sawyerem, a tu by była z Hurleyem. A propos Jacka, nie wiem czy bym się zdecydował na pilnowanie żarówki na Wyspie bez telewizora i innych atrakcji różnych od strumyka wiedzy wszelakiej. Choć z drugiej strony chyba gdzieś tam w bunkrach mieli dostęp do telewizji. Nie pamiętam. No i przede wszystkim zdaje się, że chatka z satką poszła z dymem.

– Cha cha, ale z tym „Christian Shephard” na skrzynce to trochę przesadzili. Swoją drogą trochę nie kumam. O tym, że znaleziono trumnę z Christianem poinformował Jacka Desmond (o ile mnie pamięć nie zawodzi, a może, bo przez weekend sporo wypiłem). Czyli wydawałoby się, że po prostu go wkręca, żeby Jack przyszedł tam, gdzie chce Des. A tu rzeczywiście trumnę znaleźli. No ale po co by Des wabił Jacka na koncert poprzez info o trumnie? Chyba jestem nieuważnym widzem.

– Aha… No dobra. To teraz już tylko nie wiem, dlaczego Desmond dowiedział się przed Jackiem, że Christian (a raczej jego human remains) jest w LA.

– Tylko mi nie mówcie, że Christian wyskoczy z trumny w trakcie koncertu :)

– A nie, to kościół był, a nie sala koncertowa. No dobra, nic nie kumam 😀

– Trzeba uzupełnić filmik:

Zrobilimy z Robsonem sto lat temu taki sam :) Ale ten wyżej szybciej znalazłem.

– Hurley zdecydowanym debeściakiem pierwszych minut odcinka.

– O, jest druga moja ulubiona melodia lostowa i od razu odcinek +10 atrakcyjności zdobywa. Tu tu tu, tu tu tu tu, tu, tu, tu… Nie, zafałszowałem.

– „Oh, well” :D:D

– No tak, przerwa w „V” to i Juliett wróciła. Nawiasem mówiąc „V” ciągle fajny, ale ostatnie odcinki były strasznie niechlujnie napisane i co pięć minut nie pozostawało nic innego, jak tylko wierzyć w to, że postaci zachowują się racjonalnie. No ale to nie notka o „V”. Wracamy do Juliett.

– A w brzuszku Sun dziecko jaszczura… No już, już, koniec z tym „V”.

– Funny fact: „I have your amnio results. Everything checked out” brzmią podobnie po koreańsku.

– Ostro, przypomnieli sobie nie tylko Wyspę (na której nie byli :) wiem, wiem, byli, byli), ale i angielski. Swoją drogą:
– Pamiętasz?
– Pamiętam.
– Umarliśmy na Wyspie.
– No.
– Hura!
– Hura!
😀

– Locke’owi nie służą nakrycia głowy.

– Rysiek się starzeje. Jeszcze trochę i nie będzie mu wypadało malować oczu :)

– Pierwsze Prawo Quentina – jeśli nie widać trupa to nie ma trupa. Pozdrowienia dla wszystkich wyznawców teorii Lapidusa zabitego przez drzwi.

– Nie żeby w przypadku Flocke’a miało to jakieś znaczenie, ale nie da się ukryć, że nigdy nie nauczą się strzelać najpierw w łeb.

– Sawyer się może wkurwić, gdy zobaczy żonę (matkę jego syna) Jacka. Żonę.

– Chciałoby się powiedzieć „May the Force be with you” zamiast „Wierzę w ciebie, Djud”, co Hurley?

– Shannon. Oto co czeka większość lostowych aktorów.

– Table 23. Ciekawe czy mają czterdzieści dwa stoliki. Chyba że 23 to był numer Jacka to by wystarczyło. Choć gdybyście mnie zapytali „dlaczego?” to bym nie umiał odpowiedzieć.

– Cha cha. Korek.

– Jednakowoż mogli się wysilić i napisać jakiś ładniejszy kawałek na fortepian i Drive Shaft. chyba że najlepsze zostawili na koniec.

– Chyba żadna inna telenowela na świecie nie miała takiego budżetu jak „Lost” 😉

– Cha cha cha, jaka akcja na sam koniec pierwszej części. Największe zaskoczenie w historii „Lost” jak dla mnie! Oglądam sobie część pierwszą i nagle zapragnąłem zobaczyć ile jeszcze do końca. Pacnąłem „T” (w SubEdicie włącza pasek postępu; zwykle mam wyłączony, bo nie lubię się rozpraszać zerkając na niego), a tu wskakuje drugi plik. Hmm, „od kiedy to „T” uruchamia następny plik” się zastanawiam. Poklikałem poklikałem i się okazało, że jest tak jak było, włączył pasek postępu. Ale nacisnąłem go DOKŁADNIE w tym momencie, w którym kończyła się część pierwsza a zaczynała część druga. To się nazywa wyczucie czasu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.