Zejście 2 [The Descent: Part 2]

Pisałem tu wielokrotnie i nie zamierzam tego nigdy ukrywać, że filmy Neila Marshalla trafiają do mnie jak mało które (choć nadal nie wiem ile „l” jest w jego imieniu i nazwisku). Zarówno „Dog Soldiers”, jak i „The Descent” i „Doomsday” uważam za arcydzieła kina rozrywkowego, które wcale nie musi być mądre, ale ważne, żeby było rozrywkowe. Marshall już wkrótce zaatakuje po raz kolejny „Centurionem”, który pomimo należenia do niezbyt zachęcającego gatunku filmowego – kina sandałowego (nie mylić z drzewem sandałowym) – po zajawkach wygląda na kolejną niezłą zabawę. A póki co utalentowany Angol firmował swoim nazwiskiem kontynuację swojego „Zejścia” i szczerze mówiąc trochę nie wiem, dlaczego świeci za to oczami. Co prawda tylko jako producent, ale mimo wszystko.

A dziwię się i nie wiem głównie z jednego powodu – dwójka „psuje” mu film. I nie dlatego, że jest gorsza, bo to wiadomo bez oglądania, ani nie dlatego, że sensu jej powstania poza jakotakim zarobkowym nie widzę, ale dlatego, że jedynka kończyła się takim fajnym otwartym zakończeniem, które (jak przystało na otwarte zakończenie) każdy mógł sobie interpretować po swojemu. Tymczasem dwójka narzuca poprzedniczce tylko jedną możliwą interpretację końcówki – a ta interpretacja mi się nie podoba, bo po prostu spłaszcza to, co udało się Marshallowi w jedynce (mimo trywialnego pomysłu na film: laski wchodzą do jaskini i giną jedna po drugiej)… No ale widać dał się uprosić reżyserowi filmu Jonowi Harrisowi, który zrobił mu montaż do jedynki (a niedługo będziemy mogli zobaczyć jego montażową pracę przy okazji premiery „Kick-Ass”).

Trwają poszukiwania zaginionych grotołazek. Tymczasem spory kawał drogi od miejsca poszukiwań odnaleziona zostaje jedna z uczestniczek feralnej wyprawy. Nic nie pamięta, nie potrafi powiedzieć, co stało się z koleżankami – czarna dziura. Miejscowy szeryf postanawia więc wrócić z nią do jaskiń i na miejscu zobaczyć, czy coś sobie przypomni. Sprawę ułatwiają crawlery, które dość szybko zasadzają się na wyprawę ratowniczą.

Są w drugim „Zejściu” przynajmniej dwie głupie rzeczy: czterdziestominutowy (tak na oko oczywiście) początek i parosekundowy koniec. W jedynce, jak to już ustaliliśmy, koniec był bardzo fajny, natomiast początek rzeczywiście nie grzeszył szybkim tempem, ale przynajmniej nie był głupi i nic nie bolało zanim zabawa zaczęła się na dobre. Natomiast w dwójce początek jest po prostu okropny. Zziębnięta, zszokowana, poobijana i krwawiąca laska wychodzi z ziemi (upraszczając :P) i ląduje w szpitalu pod kroplówkami. Tam nachodzi ją szeryf z policjantką z gatunku bardziej kur domowych niż glin i wpada na genialny pomysł, że zaraz wszyscy wesołą gromadką pójdą z powrotem do ziemi (a tu bardzo ładna dwuznaczność :P). Zresztą nie jest to jedyny genialny pomysł szeryfa (znaczy chyba szeryfa, bo pewności to ja nie mam, kim był ten glina). Postanawia nic nikomu nie mówić (bo i po co), tylko cichaczem zorganizować wyprawę ratunkową. I tak do szybu zapomnianej kopalni w celu powłóczenia się po ciasnych jaskiniach zjeżdżają – gruby szeryf, policjantka kura domowa w jednym, laska, która przeżyła najbardziej koszmarny dzień swojego życia i zdążyła ze dwie godziny poleżeć pod kroplówką plus jeszcze dwójka czy trójka niewyspanych i zmęczonych grotołazów. Rzadko w horrorach mięso armatnie tak bardzo nadaje się na rolę mięsa armatniego. A gruby szeryf tylko dzięki scenarzyście (o ile był jakiś) unika pod ziemią cienkich przejść, przez które mógłby się nie przecisnąć.

A potem zaczyna się polowanie na nich wszystkich i parę dość niespodziewanych zaskoczeń (gdyby były spodziewane to by nie były zaskoczeniami), które choć wymuszone to jednak sprawiają, że jakoś tak łatwiej przełknąć dwójkę mając świadomość, że to rasowa kontynuacja (rasowa w sensie – nie tkana z ochłapów na zasadzie: bohaterami są kuzynki dziewczyn z jedynki), a nie film, który z poprzednikiem łączy tylko tytuł przed cyferką. Nie sprawia to, że film jest dużo lepszy, ale przynajmniej nie jest tak, że na co by w nim nie zwrócić uwagi to trzeba by to krytykować i z tego kpić. A że okraszone to wszystko solidną porcją makabry (nic godnego zapamiętania do końca życia, ale też nie PG-13) to da się to oglądać na trochę zapominając o idiotyzmie pierwszych kilkudziesięciu minut filmu.

Ale tylko na trochę, bo potem przychodzi końcówka z gatunku: solidny WTF.

3(6). Obejrzeć można głównie z jednego powodu – żeby poznać, jaka jest różnica między utalentowanym reżyserem, a utalentowanym montażystą, któremu zachciało się reżyserowania. Filmy o tym samym – kilkoro ludzi schodzi do jaskiń, w których zjadają ich mieszkające tam monstra – a różnica w oglądaniu diametralna.
(963)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.