Wszystko, co kocham

Dwa polskie domy na uroczym Helu.
W jednym związkowiec, a w drugim wojskowy.
Codziennie problem zgłębiają nie nowy
Czy polityka zniszczy życie wielu?
Bo gdy nienawiść pierś ojców pożera,
Miłość najpierwsza dzieci ich jednoczy.
Czy stan wojenny, co w grudniu wyskoczył,
Sprawi, że ona zacznie wnet umierać?
Miłość, punkową muzyką co wzbiera,
Ruskie niemalże u drzwi bohatera…
Czy z ukochaną będzie miał on dzieci,
Lub też sąsiadka z klatki go przeleci?
Jeśli do kina łaskawie pójdziecie,
To się wszystkiego już wkrótce dowiecie.

Nie mam zielonego pojęcia, czy z polskim kinem jest rzeczywiście lepiej, bo to by potrzebny był jakiś konkretny miernik (szaleństwo na punkcie polskiego kina na zagranicznych festiwalach filmowych? bo jednak frekwencja kinowa tej poprawy nie zmierzy – sukcesy kasowe „Ciacha” i innych gówien trudno żeby były miernikiem jakichś pozytywnych rzeczy – raczej na odwrót), ale faktem jest, że w ostatnim okresie powstało kilka naprawdę fajnych polskich filmów, których obejrzenie nie kończy się uczuciem żenady. Wiadomo „Rewers„, wiadomo „Dom zły„, wiadomo jeszcze parę innych tytułów mniej lub bardziej głośnych. A teraz tę poprawę i pójście ku lepszemu miał utrwalić nowy film Jacka Borcucha, który po miłości dojrzałej w „Tulipanach” postanowił opowiedzieć o miłości pierwszej, niewinnej, gówniarzernej i nakręcił „Wszystko co kocham”. I tutaj od razu czas i miejsce na wiadomość optymistyczną – rzeczywiście, „Wszystko, co kocham” potwierdza, że z polskim filmem coś drgnęło. Na razie nie wiadomo tylko, czy to na długo tak, czy może akurat sentyment do PRL-u sprawia, że filmy o nim ogląda się z od razu lepszym sentymentalnym nastawieniem. Ale chyba nie, bo jednak co dobry film to dobry film, choćby i o głębinowym nurkowaniu był. Szczególnie że łatwo o dowód na to, że film o PRL-u nie od razu równa się dobremu filmowi – „Ile waży koń trojański?„… Swoją drogą żal mi trochę Machulskiego, bo tyle było szumu w temacie tego jego filmu, że wspaniale oddane realia lat 80., że to, że śmo. A tu się zaraz okazuje, że każdy jeden film o  tych czasach bije na głowę jego dokonanie, które nazwać „słabym” byłoby obrazą dla słowa „słaby”. Może gdyby wiedział, co się czai za rogiem, to by się lepiej postarał. Nevermind, nie nasz problem.

Czas na sprawę dość prozaiczną, a zarazem kolejną złotą refleksję, jaka mnie naszła po seansie filmu Borcucha. Otóż wychodzi mi na to, że nasze kino to być może jedna z ostatnich ostoi znanego gołego cycka w kinie. Bo o ile w amerykańskich filmach coraz trudniej o znaną nagość (w ogóle w dobie PG-13 odchodzi się od nagości w stronę nagości bollywoodzkiej (seetrough lookalike 😉 ) a jeśli już coś się trafi to ze strony aktorek, które przyzwyczaiły do braku ekranowej pruderii; wiem, pewnie szybko by się sporo wyjątków od tej reguły trafiło – dawajcie propozycje! chętnie pooglądam :) ), to u nas nie dość, że jest tego coraz więcej, to jeszcze robi się z tego główny wabik napędzający widzów do kina. Tak było też w przypadku „Wszystko…”, gdy co drugi tekst o filmie skupiał się na niezwykle ważnej rzeczy – odwadze Olgi Frycz w pokazywaniu ciała. A żeby było przyjemniej, swoimi walorami podzieliła się tu również Katarzyna Herman dołączając do zacnego grona w postaci Żmudy-Trzebiatowskiej w „Ciacho” (nie widziałem, ale słyszałem wieść gminną dołączoną do nikłego zestawu plusów na temat tego, czy warto ten film zobaczyć) Arciuch i BrzydUli Kamińskiej w „Mniejszym źle” (tak się to odmienia? :) ) i jeszcze kilku innych nazwisk (Kinga Preis „Dom zły” 😉 ). I z jednej strony z oczywistego powodu to fajne, a z drugiej zastanawiające, bo jednak często ekranowa nagość jest jedynym wabikiem zachęcających widzów do wizyty w kinie. Nagość i wulgaryzmy – po co robić dobry film, skoro wystarczy wrzucić te dwa elementy i już gra i buczy. Ta z kolei myśl przyszła do mnie jeszcze przed seansem, gdy obejrzałem parę krótkich i bardzo fatalnych zwiastunów jakiegoś polskiego pierda „Randka w ciemno”. Półtorej minuty zwiastuna, kilka „kurew” w najmniej odpowiednich momentach i jedne chyba sztuczne i chyba czeskie cycki… Na szczęście ta ogólna refleksja dotycząca kondycji polskiego kina „rozrywkowego” nie dotyczy „Wszystko…”, bo tutaj nagość jest tylko sympatycznym dodatkiem. Dodatkiem, którego w amerykańskim filmie na taki temat zapewne próżno byłoby szukać.

To może w skrócie te dwa powyższe akapity dla tych, co skipują: „Wszystko, co kocham” jest fajne i są w nim nagie piersi Frycz i Herman… 😉

No i dobra, „Wszystko…” zaiste jest filmem fajnym, ale nie na tyle fajnym, żeby piać nad nim z zachwytu. Załapało się jeszcze na okres „z polskim kinem powoli jest coraz lepiej”, więc na tle wszelkich „Ciach” itp. wybija się znacznie, ale też poziomu na kolejny level nie podnosi. Nie znaczy to jednak, że jest filmem przeciętnym pływającym sobie po oceanie kupy. Wcale nie. Przede wszystkim Borcuchowi udało się uchwycić klimat „tamtych lat” poprzez filmowanie fajnie beznadziejnych lokacji (brawa dla ekipy filmowej, trochę musieli się naszukać pewnie tych wszystkich odrapańców bez HWDP (albo zamazać w kompie)), użycie rekwizytów wielkości różnej od kartki na mięcho itd. poprzez obowiązkowy w polskich filmach o PRL-u Grundig czy tam inny Kasprzak, a skończywszy na ładnie utrzymanych Fiatach 125p i Wartburgach (no przesadzam z tą liczbą mnogą). Wszystko to umiejętnie doprawione zostało nostalgicznie filmowanymi morzem i piaszczystymi plażami sprawiających wrażenie, że chciałoby się tam od razu przenieść w ten nadmorski wieczór AD 1981/1982. Sprawia to, że film Borcucha ogląda się z przyjemnością i z grubsza ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że ogląda się przebierańców z dość odległego czasowi akcji filmu XXI wieku. Postarali się o to również trafnie dobrani aktorzy. Olgę Frycz lubię już od czasów „Weisera”, więc nie budziła we mnie standardowych w takim przypadku emocji typu „no tak, tatuś załatwił”, chłopaki z zespołu WCK na czele z młodym Marcinem Hakielem również byli bez zarzutu i nawet sami wiosła szaprali i w bębny łoili, a partnerował im mój ulubiony Andrzej Chyra, który plam raczej nie daje i Katarzyna Herman, która wcale nie musi mieć żadnych kompleksów Moniki Bellucci. Pod tym względem więc pełen no problem, szczególnie że żadne Szyce, Gorczyce i inne Dorocińskie w zabawnych epizodach nie wyskakiwali za rogu. Ach, i jeszcze jedna moja ulubienica była – Anna Radwan. Byłbym zapomniał.

Czas na minusy, których jednak trochę było. Przede wszystkim „Wszystko, co kocham” to film trochę o niczym. Forma formą, kontekst historyczny kontekstem historycznym, a dojrzewanie dojrzewaniem, ale przydałoby się coś jeszcze, co sprawiłoby, że pod koniec filmu nie powiałoby nudą. Bo jednak trochę powiało i im bliżej końca było coraz ciężej. To chyba taki efekt tortu, który wcinasz ze smakiem, ale po pewnym czasie choć nadal jest smaczny, to jednak wchodzi coraz gorzej. Podobnie z filmem Borcucha, choć wyraźnie chciałby zaznaczyć, że ani przez chwilę nie zbliżył się on do momentu chęci zwrotu :) Fabuła zmieniła się dość przewrotnie (szczegóły przemilczmy w celu uniknięcia spoilera), w zakończeniu powiało… „Terminatorem” (szczegóły… spoilera), ale jednak pozostał niedosyt. Plus męcząca przez dłuższy czas myśl: „hej, luzacki był ten stan wojenny i co ci wszyscy bojownicy o wolność chromolą, że było ciężko”. Niby mowa tu o ruskich, niby transportery opancerzone jadą na Gdańsk, niby słowo „ZOMO” budzi postrach jak lew wśród antylop, a jednak – żadnego realnego zagrożenia ani przez moment tu nie czuć. A czasy, w których dojrzewają bohaterowie wcale nie są o wiele gorsze niż czasy, w których młodych nie stać na nowe Playstation… Przydałoby się we „Wszystko, co kocham” jakieś mocniejsze pierdut obuchem w łeb, a nie takie pitu pitu.

No i jeszcze osobny akapicik na ostatni (z tych, które pamiętam; ale możliwe, że więcej ich nie było) minus wobec którego mam mieszane uczucia. „Wszystko…” to w głównej mierze film o muzyce. Muzyka to dźwięk. Dźwięk i polskie kino to dwa różne bieguny. Jak więc realizatorzy poradzili sobie z tym odwiecznym ograniczeniem polskiego kina? Ano nie poradzili sobie. Możesz słuch nawytężać, a i tak nie usłyszysz, o czym śpiewają bohaterowie filmu. No i z jednej strony to punk, więc nie musi być wyraźnie, ale z drugiej strony teksty naszej kapeli mają dość ważne znaczenie dla całego filmu… No i cholera wie w zasadzie, jak to traktować, ale fakt pozostaje faktem – słów w piosenkach nie słychać. Słychać coś, co chyba jest słowami danego kawałka.

4+(6). Warto zobaczyć, żeby odtruć się po atakujących z każdego kąta „Ciachach”. A jak już zobaczycie to może mi powiecie, co się stało z tym egzaminem, który nasz bohater miał za dwa tygodnie :) Taaa, pewno o maturalny chodziło (aczkolwiek z tego co widzę, to na Helu nie ma raczej szkoły muzycznej, a i Fryczowa ze skrzypkami w futerale na lekcje nie popylała), ale jakoś tak pachniała mi scena fortepianowa co najmniej przedsionkiem do Konkursu Chopinowskiego, a potem już ani słowa o tm „egzaminie za dwa tygodnie” nie było. Sądzę więc, że twórcy filmu raczej stanęli przed dylematem: wyciąć tę scenę, czy wzbogacić nią szkic postaci? Wycinać było żal, bo to taki ładnie ambitny kontrast – muzyka klasyczna vs. punk rock – więc nie wycięli i mnie to teraz będzie męczyć :)
(928)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.