Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Rewers

Cóż za ryzykowny był to wypad do kina! Dwa filmy i ani jeden w normalnym, angielskim języku! Najpierw nasze polskie, a potem ichnie hiszpańskie. O ichnim hiszpańskim przy innej okazji, a teraz o naszym polskim.

„Rewers”, czyli polski kandydat do Oscara (o ile mnie gambit nie robi w człona), należy do bogatej kategorii polskich filmów zebranych w przegródce: „wysyłamy was po Oscara, ale go nie zdobędziecie, bo nie jesteście uniwersalnymi filmami”. Uniwersalnymi, czyli dla wszystkich. Siada sobie taki widz w Sudanie/Antarktydzie/Papui Nowej Gwinei/Nepalu/Łotewer, zapuszcza uniwersalny film i wszystko kuma bez konieczności skończenia studiów na wydziale nauki o Polsce na uniwersytecie w Chartumie. A tymczasem zapuści sobie „Rewers” i będzie dumał przez pół godziny, co to za bzdura z tym ukrywaniem jednej monety w układzie pokarmowym chudej kobitki. Sam nie jestem pewien, czy to miała być metafora tamtych czasów, w których wypadało bać się wszystkiego i niczego nie można było bagatelizować, a co dopiero ten biedny papuanowygwinejczyk zasiadający przed kinowym ekranem na egzotycznym Festiwalu Filmów Polskich.

Kiedy już więc mamy jasno ustalone, że „Rewers” żadnego Oscara nie dostanie, to możemy w końcu napisać, że mimo tego film zły nie jest. A szczególnie, jak na film polski jest momentami bardzo dobry. Nie podejmuje się jednak uniwersalnej oceny tego, czy każdemu się spodoba, bo to kino dość specyficzne i potrzeba mieć w zanadrzu to przyzwolenie na humor czasem zbyt absurdalny, by cieszyć się seansem. Dość powiedzieć, że miałem podczas seansu zarówno chwile zwątpienia, jak i chwile rozbawienia, a przez łeb przechodziły mi skojarzenia typu: „polski Napoleon Dynamite„, „polski Eraserhead”, czy w końcu „polski Sky Captain and the World of Tommorow„. Gambit mi podpowiedział, że to mogą być jeszcze „polscy Spaleni słońcem”, ale tego potwierdzić nie mogę, bo zwyczajnie film Michałkowa mnie do tej pory omijał.

Teraz czas na akapit z fabułą, na początku którego stwierdzę dwa proste fakty:
Fakt 1 – Przed seansem nie miałem cienia pojęcia o czym jest ten film. Jedynie Dorociński na plakacie mnie przerażał, bo ja Dorocińskiego nie lubię, a on jak na złość ostatnio jest dosłownie wszędzie.
Fakt 2 – Film oparty jest na jakiejś książce, ale w swojej ignorancji nie wiem, co to za książka i kto jest jej autorem. A w swym lenistwie dodam, że nie chce mi się sprawdzać.
Mamy rok 1952. Oto Sabina (Agata Buzek), która mimo chudej postury zamkniętej za dużymi okularami skrywa w sobie potężny potencjał erotyczny, eksplodujący szczególnie mocno, gdy Sabina paraduje w stroju łyżwiarki figurowej. Sabinie ciężko jest jednak wykorzystać swój potencjał, bo dziewczę to nieśmiałe jest, a na dodatek przesiąknięte od samego rana nieustannym kontaktem ze swoją matką i babcią (Janda & Polony), które do powiedzenia mają coś jedynie na dwa tematy: śmierci i swatów. Jakby tego  było mało, trzy kobiety orientują się, że weszły w posiadanie złotego, amerykańskiego dolara (nominału nie pomnę, nieważne), który może im przysporzyć dużego kłopotu i łatki wroga Polski Ludowej. Sabina postanawia wziąć sprawę trefnej monety w swoje… hłe hłe… ręce i dalej wszystko toczyłoby się normalnie, gdyby nie nocne spotkanie z przystojnym Bronisławem, który najwyraźniej leci na Sabinę od pierwszego wejrzenia.

Przez dłuższą chwilę myślałem, ze umrę na seansie „Rewersu”. Nie od razu załapałem się w jego klimat i cierpiałem katusze. Owszem, moim cierpieniom towarzyszyły od czasu do czasu błyskotliwe dialogi, ale jednak przeważało uczucie WTF. Sprawa się ułatwiła, gdy w myślach określiłem sobie film Lankosza ww. mianem „polskiego Napoleona Dynamite’a”. Od tego momentu poszło. Poszłoby pewnie wcześniej, gdybym cokolwiek o filmie wiedział, ale jak już pisałem, nie wiedziałem o nim nic. Potem do końca już nie cierpiałem, bo choć oceniając „Rewers” całościowo nie jest on filmem wybitnym, to słabe momenty przeplata naprawdę bardzo dobrymi kawałkami, głównie dialogów. Prostych w sumie, ale świetnych.
„- Na wypadek, gdybym umarła – przepis na sernik jest w szufladzie.”
😀

No i choć wydawać by się mogło podczas seansu, że jestem na „co ja tu robię?”, to jednak film przekonał mnie do siebie. A łatwo mu nie było, bo po pierwszych minutach myślałem tylko o tym, jak go obsmaruję na blogu. Obronił się jednak i nie mam najmniejszego zamiaru go obsmarowywać. Może to głównie zasługa tego, że konkurencji w naszym kraju dużej nie ma i każdy film wystający ponad polską przeciętność wydaje się być światełkiem w tunelu beznadziei. Ale i pomijając to, doceniam że jego twórcy stworzyli dzieło nieprzypadkowe, przemyślane i jak na nasze warunki zachwycające ponurą jak czasy, w których akcja się dzieje realizacją, przewrotnymi dialogami, czarnym humorem, dobrymi kreacjami aktorskimi i znalazło się nawet miejsce na kilka twistów. I pewnie jakieś szanse na Oscara by „Rewers” miał, gdyby nie ten nieszczęsny brak uniwersalności. To, że na widok napisu „1952” na ekranie polski widz ma już automatycznie we łbie przynajmniej częściowy background całej historii, to jednak widz spoza naszego kraju ma tylko ten napis i powtarzający się z uporem maniaka widok wydawnictwa „Nowina”. Jak gdyby w całej Warszawie była tylko jedna lokacja, która może robić za 1952 rok. To za mało.

No ale ostatecznie to nie nasz problem, bo ani kwestia Oscara, ani zrozumienie filmu poza naszymi granicami nas nie obchodzi. Nas obchodzi, czy film jest dobry, a „Rewers” jest dobrym filmem i mimo wyraźnych słabości i za dużej ilości wiejącej z ekranu nudy (no „nudeczki”, nie bądźmy okrutni) w polskim kinie jest wydarzeniem. 4+(6)

PS. A scena z buchalterem rządzi.
(901)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.