Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Matka [Madeo aka Mother]

Po jednym zagranicznym kandydacie do Oscara („Rewers„) przyszedł czas na kandydata numer 2, czyli film wystawiony do walki o to trofeum przez kraj utalentowanych filmowców, jakim bez wątpienia jest Korea Płd. Mowa oczywiście o filmie z tytułu tej notki.

Tytułowa matka samodzielnie wychowuje niepełnosprawnego na umyśle syna. Syn nieustannie wplątuje się w różne nieciekawe historie, ale apogeum tych kłopotów przychodzi wraz z aresztowaniem go pod zarzutem morderstwa młodej dziewczyny. Wszystkie poszlaki wskazują na niego, a policja nie ma żadnych wątpliwości. Wątpliwości ma jednak szanowna pani mama, która na własną rękę próbuje odnaleźć mordercę dziewczyny.

Powiem tak, żeby nie przedłużać: widziałem zarówno lepsze, jak i gorsze filmy koreańskie. „Matka” to takie typowe kino na 4(6). choć nie sposób mu odmówić charakterystycznego dla koreańskich filmów uroku, a jego reżyserowi talentu. Szkoda tylko, że zwykle reżyserski talent idzie w tę stronę, której nie za bardzo lubię, czyli w stronę zapędów artystycznych, a często za bardzo artystycznych. A ja akurat wolę filmy przechylające szalę bardziej w stronę rozrywki niż artyzmu, natomiast ideałem jest zachowanie równowagi. W przypadku „Matki” thriller sensacyjny poszedł w stronę dramatu psychologicznego i zapewne miłośnicy cięższych filmów będą z tego powodu zadowoleni. Natomiast pozostała reszta, a wśród niej ja, pokręci trochę nosem. Szczególnie że jednak nie wszystko da się bezbłędnie wychwycić bez znajomości koreańskiej mentalności – film pozostawia z kilkoma pytaniami, na które ciężko znaleźć odpowiedź. Jeśli zaś chodzi o główną fabułę „kto zabił?”, to ta nie pozostawia już żadnych pytań i jest ładnie rozwiązana, choć (tu największy zarzut w stosunku do filmu) wszystko to jest za bardzo rozwleczone w czasie. Film ma jakoś tak lekko licząc pięć zakończeń i przy każdym pojawia się we łbie widza myśl: „nooo… łeee, jeszcze nie koniec? eee…”. A co za tym idzie, ostatnie 10 minut dłużyło mi się niewyobrażalnie, choć natężenie twistów było w tych 10 minutach spore.

Ostatecznie jednak nie o twisty w tym filmie chodzi, a o nakreślenie psychologicznego portretu naszej tytułowej bohaterki, która postacią dość skomplikowaną jest i ma życiorys o wiele bogatszy niż można to wyczytać na pierwszy rzut oka z jej poczciwej twarzy. Film jest dość długi, bo trwa powyżej dwóch godzin, więc czasu na poznanie jej i motywów jej postępowania jest sporo. Choć na dobrą sprawę motyw jest jeden i nie trzeba oglądać filmu, żeby go wyartykułować – miłość do syna, która to „love conquers all”. Co by jednak nie gadać na temat matki, to i tak uważam, że najfajniej scharakteryzowano w filmie akurat jej syna – poszło to szybko przy pomocy jednej li tylko, krótkiej sceny z… sikaniem. W jedną dziurę się wlewa, a z drugiej zaraz wylewa (nie szukajcie tu nic zboczonego, bo niczego takiego tu nie ma) – zupełnie tak samo, jak z pamięcią potomka naszej bohaterki.

Film wyreżyserował Joon-ho Bong, facet który na swoim koncie ma takie filmy jak „The Host” i „Memories of Murder” (jak ja tego nienawidzę argh! jestem pewien, że pisałem reckę, a na blogu jej nie widzę; to gdzie ją pisałem? we śnie? :/). Pierwszy z nich zrobił w Korei niespotykaną karierę, co dla mnie jest rzeczą niezmiennie dziwną, bo to straszna nuda jest. Dużo lepiej w kwestii nie-nudy z tym drugim opowiadającym o bodajże pierwszym w historii Korei przypadku seryjnego mordercy. „Matka” ma z „MoM” sporo wspólnego, bo zarówno tu i tam biedni policjanci stają przed problemem dla siebie nowym. Morderstwo w „Matce” to dla nich pierwszy taki przypadek odkąd są w stanie przypomnieć. Nic więc dziwnego, że ktoś robotę musi zrobić za nich. Pada na matkę i muszę przyznać, że myślałem iż w trochę innym kierunku to wszystko pójdzie. No ale na szczęście nie poszło w złym.

W każdym bądź razie „Matka” to dobre i dość ciężkie kino psychologiczno-thrillerowate, przy czym niespecjalnie porywa do jakichś wyższych przeżyć. Ale i nie nudzi na tyle, żeby kręcić nosem. Poważniejsze to wszystko niż filmy Je-gyu Kanga, ale na szczęście (na szczęście, bo łatwiej się ogląda i mniej ziewa) mniej poważne niż dokonania Chan-wook Parka.
(902)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.