Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Chinka [She, A Chinese]

Serdecznie przepraszam tę jedną czy tam dwie osoby, które być może bym ostrzegł przed wybraniem się dzisiaj na zakończenie festiwalu filmowego Ale Kino! Miałem to napisać wczoraj, żeby można się było obronić przed wizytą w kinie, ale jakoś się nie udało. W związku z czym nie uratuję już raczej nikogo, ale to w sumie dobrze – bo czemu miałem cierpieć tylko ja? No i Asiek ze mną, choć Jej to nie współczuję, bo sama sobie ten los zgotowała, nie słuchając swego mądrego, czującego pismo nosem Quentina.

Sądząc li tylko po frekwencji w sali nr 7 warszawskiej Kinoteki, polski widz wygląda na przekonanego o wyższości kina chińskiego nad kinem koreańskim. Podczas, gdy seans „Matki” odwiedziło zaledwie kilkanaście osób zapełniając salę może w połowie, to na „Chince” sala była już zapełniona w całości. A nawet bardziej, bo dwie osoby usiłowały zająć też miejsca na schodach nie bacząc na to, że tym samym zasłonią polskie napisy (nawiasem mówiąc, przydałaby się twórcom tychże jakaś szybka lekcja synchronizowania ich razem z mówiącymi aktorami, a nie puszczania ich dwie sekundy po nich). I generalnie nic w tym dziwnego, bo jakoś kino z Korei ciągle nas omija szerokim łukiem (a skoro o łuku to pozdro dla Kim Ki Duka) i nic nie wskazuje na to, że miałoby się to zmienić. A szkoda, bo w Korei już dawno biją na łeb na szyję swoich azjatyckich sąsiadów, czego wybitnym dowodem jest choćby porównanie dwóch wyświetlanych na festiwalu filmów – „Matka”, znowu wcale nie taka dobra jak na koreański film, nie zanudziła nas z Aśkiem na śmierć. Czego o „Chince” powiedzieć nie można.

Jak na ironię – „Chinka” zgarnęła jakąś tam nagrodę na festiwalu filmowym w Pusan. W Korei… Zgarnęła nagrodę zresztą nie tylko tam, bo i np. dostała Złotego Leoparda na FF w Locarno. Optymista powiedziałby w tym momencie: no cóż, to dowodzi wyraźnie, że nie nadaję się na miejsce w jury festiwalu filmowego.

Adaptacja powieści „Chińsko-angielski zwięzły słownik dla zakochanych” napisanej przez reżyserkę filmu, Guo Xiaolu, to historia stara jak świat. Młoda dziewczyna ma w swojej wiejskiej dziurze za ciasno (pozdrawiam serdecznie poszukiwaczy zboczonych dwuznaczności) i postanawia się z niej wyrwać. Wyjeżdża „do miasta”, gdzie szybko okazuje się, że jest tam tak samo do dupy. A nawet jeszcze gorzej. I tak rozpoczyna się, cytując za opisem z repertuaru festiwalu: „rock’n’rollowa odyseja”, co jest bzdurą totalną wymyśloną przez kogoś, kto chyba filmu nie widział. OK, „odyseja” się zgadza, ale jak ona jest „rock’n’rollowa” to ja jestem królowa angielska. Ogólnie cały ten festiwalowy opis jest wyjęty z czeluści dupnych otchłani. „Rock’n’rollowa odyseja śledząca losy młodej dziewczyny szukającej tożsamości i sensu życia”. Że co? – chciałoby się zapytać. Jakie szukanie tożsamości? Kaman. Niech no tylko dociągnę do kolejnych akapitów to wrócę do tematu. Na razie cd. opisu: „jest filmową metaforą współczesnego, wielokulturowego, coraz bardziej zglobalizowanego świata”. Pięknie to brzmi i tak mądrze, ale znowu KAMAN? Bo laska poznaje Angola i Hindusa? Ten zacytowany kawałek w sam raz nadaje się do wyartykułowania jakiejś zasady typu: „Chcesz zabrzmieć mądrze, a nie wiesz jak to zrobić – użyj określenia filmowa metafora”… I końcówka opisu „ścieżkę dźwiękową uzupełniają punk-rockowe piosenki w wykonaniu chińskich artystów”, która powinna brzmieć nieco inaczej – …jedna punk-rockowa piosenka. Góra dwie. A wiecie, czym się różni chińska punk-rockowa piosenka od innych punk-rockowych piosenek? Tym, że wokaliści (w tym przypadku wokalistki) mają śmieszny angielski akcent. Kurde, nawet na tym się zawiodłem. Liczyłem na te chińskie punk-rockowe piosenki, a tu pupa. Człowiek chciał posłuchać czegoś nowego, do tej pory znał jedynie chińskie pościelówy, a tu klops. Jak i cały film zresztą.

Bo w ogóle co to za chiński film, w którym nikt nie zna kung fu?!

„Chinka” nie jest złym filmem w rozumieniu tego słowa w sposób „zły jak Plan 9 z Kosmosu”. „Chinka” jest po prostu śmiertelnie nudnym filmem, który usypia lepiej niż eter. Jak widać szanowne państwo jurorostwo na całym świecie lubi oglądać nudne filmy i dostrzega w nich coś, czego zwykły śmiertelnik dostrzec nie potrafi, ale ja z perspektywy zwykłego śmiertelnika mogę powiedzieć to głośno i nie muszę się krygować – „Chinka” to nuda okropna! Dialogi ograniczone zostały tu do minimum, a zadaniem głównej bohaterki jest snucie się po ekranie i rozmyślanie. Rozmyślanie nie wiadomo o czym, bo (i tu tkwi największa słabość tego filmu) nasza bohaterka nie ma absolutnie żadnej osobowości ani nawet najprostszych marzeń. Domyślamy się, że ciągnie ją do wielkiego świata z dala od swojej wioski, ale nie mamy pojęcia, po jaką cholerę ona chce tam jechać. Już by można było coś pozytywnego o filmie napisać, gdyby np. od dziecka marzyła, że chce zatańczyć w „Mazowszu”, ale nie. Posiadanie marzeń przekracza możliwości naszej bohaterki, która nic dziwnego, że nie potrafi odnaleźć szczęścia, skoro nawet nie wie, co byłoby dla niej takim szczęściem. A przy okazji dowodzi, że kobiety są takie same pod każdą szerokością geograficzną – nie wiedzą, czego chcą. Wyrwały się z zabłoconej wiochy, ochajtały za starego Angola z kasą (jak na zapotrzebowanie bohaterki), który nic od nich nie chce – ale dalej cierpią. A gdyby choć nasza bohaterka miała jakieś hobby, to już by mogła być zadowolona z życia oddając się mu, skoro nie musi oddawać się staremu dziadowi z kasą. No ale wtedy nie byłoby jej dramatu ani metafory ble ble zglobalizowanego świata. Tyle że dla mnie jedynym dramatem, jaki przyniósł ten film była konieczność wytrzymania na nim do końca. A doprawdy trudno jest się wciągnąć w film, o którego bohaterce myśli się jedynie: a weź się dziewczyno i utop – skrócisz cierpienia swoje i moje przy okazji też.

Plusy? Gołe cycki. Niewielkie, ale zawsze 😉 Plus dla kobiet – ze dwa gołe męskie tyłki. No i ożywienie, jakie swoim pojawieniem się wzbudził Hindus. Wiadomo, Indie są wszędzie. A jak tylko nasza bohaterka wylądowała w Lądku, to od razu wiedziałem, że wpadnie na Hindusa. I nie zawiodłem się. No i jeszcze można zaplusować za utwierdzenie widza w przekonaniu, że chińskie filmy to nie tylko miliardowe (niezależnie od waluty) megaprodukcje Yimou Zhanga.

Nie oceniam. Za ocenę niech starczy słowo: „nuda”.
(903)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.