Projekt 1000 (Część 15)

Wczoraj było o w miarę nowych filmach, to teraz czas, żeby trochę powspominać. A ku temu najlepszym sposobem jest napisanie kolejnego odcinku „Projektu 1000”, który poprzez multum recenzji typu „pamiętam tylko tyle, że” prowadzi mnie prostą ścieżką w kierunku tysięcznej recenzji umieszczonej na tym blogu.

I gdyby tylko Miśka rozumiała moją głęboką potrzebę ciszy i przestała choć na godzinę rumburaczyć, to by było miło. Niestety, nie można mieć wszystkiego.

Skończyliśmy na „Rambo 3”, więc teraz czas na… uciszenie w jakiś sposób Miśki……… :/

„W krzywym zwierciadle: Wakacje” [„National Lampoon’s: Vacation”]

Chevy Chase, król komedii lat 80. w jednym ze swoich najbardziej popularnych i znanych filmów. Który jakoś nigdy mi się nie podobał (w przeciwieństwie do Beverly D’Angelo). Wiadomo, najlepsze są wakacje świąteczne, europejskie wakacje są niezłe, a te w Vegas beznadziejne. A wakacje wakacje w moim odczuciu są ot takie sobie. A może po prostu takimi je zapamiętałem i już nie chciało mi się powtarzać seansu, który mógłby rzucić nowe światło na moją opinię? Fakt faktem, że te pierwsze jakoś tak jako trzecie z kolei oglądałem i może gdyby kolejność oglądania była inna, to i moja opinia byłaby inna?

Jakby nie było, mamy rodzinę Griswoldów, która, o ile mnie pamięć nie zawodzi, wybiera się w podróż przez Stany do jakiegoś wesołego miasteczka. Jeszcze pięć minut temu myślałem, że to Disneyland był, ale sprawdziłem że nie i już mogę udawać, że od początku wiedziałem, że chodzi o Walley World. Oczywiście po drodze mają sporo przygód, łącznie ze spotkaniem ze swoją rodziną w postaci kuzyna Eddiego, który jak to się tam teraz mówi rządzi. Choć bardziej rządził w wakacjach świątecznych szczerze wyznając, że nie pracuje, bo czeka na jakieś kierownicze stanowisko.

No i tak sobie jadą przez tą Amerykę, a mnie to jakoś nie śmieszyło. Może dlatego, że nie kojarzyłem miejsc, które odwiedzali? Bądź co bądź oglądałem to dobre naście lat temu i mogłem nie kumać. A może po prostu, jak to często bywa, seans przypadł na moment, w którym w złym humorze żaden film by mi się nie podobał? Tak jak teraz, w ogóle mi się odechciało pisać ten Projekt 1000 na chwilę obecną… No ale do standardowego powodu niechęci do takich rzeczy już się powinienem przyzwyczaić.

Jakby nie patrzeć – klasyka, ale taka, której nie uznaję. Żarty typu trup ciotki, czy kto to tam był, wieziony na suficie auta niczym nie różni się od cienkich żartów z dzisiejszych komedii, które są odsądzane od czci i wiary właśnie za taki klozetowy humor. A proszę, „Wakacje” wielu wspomina z rozrzewnieniem. Wielu minus ja, ale o tym to ja już pisałem.

***

„Lato na białej wodzie” [„White Water Summer”]

Są filmy w moim spisie, których nijak nie przeskoczę i nijak nie napiszę o nich więcej niż akapit. To jeden z takich filmów. Pamiętam, że mi się podobał, ale do grona filmów obejrzanych x razy nie należy.

Ojciec wysyła swojego syna mięczaka na obóz przetrwania, który ma go nauczyć bycia mężczyzną. Na obozie spotyka charyzmatycznego opiekuna, który wygląda na to, że nie zawsze zachowuje się w stosunku do swoich podopiecznych tak, jakby tego nakazywały przepisy BHP.

Z filmu pamiętam obrazową metaforę ciała rozbijającego się po upadku o skały (ciało markowane jajkiem) i fajną obsadę w postaci Seana Astina i Kevina Bacona.

***

„Szkoła wyrzutków” [„Toy Soldiers”]

Sean Astin jeszcze raz, tym razem w filmie absolutnie kultowym, którego kultowość uznaję i ja. Choć ten z kolei nie wszyscy uznają za klasykę – ostatnio strasznie mnie wnerwiły bodajże w Gazecie Wyborczej trzy gwiazdki dla tego filmu. Niektórzy nie mają pojęcia co czynią.

Gdy w Kolumbii porwany zostaje przez dzielnych Amerykanów narkotykowy baron, jego syn z lekka się wkurwia i wyrusza do Stanów, aby osobiście dopilnować, żeby ojczulek miał sprawiedliwy proces. A że sprawiedliwość rozumie nieco inaczej niż przeciętny obywatel, to razem z oddziałem swoich kumpli ładuje się do prywatnej szkoły, w której uczy się syn przyszłego sędziego w sprawie barona. Standardowo oko za oko. Tyle że syna sędziego już tam nie ma. Jest za to kilkunastu uczniów, którzy z zachowania mają co najwyżej mierny. A że większość z nich ma bogatego ojca, to czyni ich świetną kartą przetargową w interesie spod znaku: oddajcie mi ojca, uwolnię zakładników. W zaminowanej szkole, uczniowie zmuszeni są wziąć sprawy w swoje ręce. I biorą.

Idealny przykład na to, że kino było kiedyś fajniejsze. Dzisiaj pewnie taki film zostałby okrojony z co fajniejszych pomysłów, żeby tylko dostać odpowiednią kategorię wiekową i tyle. A kiedyś nikt się tym nie przejmował. I wyszło z tego świetne rozrywkowe kino, które przecież nie uczy nikogo jak zostać seryjnym mordercą. Ot trochę postrzelali, pozabijali, pożartowali, podzwonili na seks telefon i tyle.

Świetne połączenie kina akcji i komedii. John McClane w końcu też miał kiedyś szesnaście lat, a „Szkoła wyrzutków” daje znakomitą możliwość zobaczenia, co się mogło wydarzyć w jego młodości. Tutaj w roli lidera tytułowych wyrzutków Sean Astin, który trochę się zatracił, a potem odnalazł w „Władcy pierścieni”. A potem znowu się zatracił. Widać taki urok tego aktora. Do pomocy ma tutaj mojego ulubionego aktora tamtych czasów – Louisa Gossetta Jra, który całkiem nieźle sobie radzi z rozbrykanymi chłopakami, którzy oczywiście wcale tacy wredni nie są, ale jak trzeba to przypieprzą patelnią. No i mają poczucie humoru, ale niestety nie ma na YT jak wynoszą wyposażenie biura swojego dyrektora, więc nie mogę Wam tego pokazać.

Apache w filmie dla młodzieży to jest to w każdym bądź razie.

***

„Randka z nieznajomą” [„Blind Date”]

Jedna rzecz najbardziej mnie zawsze rozwalała w tym filmie. No przychodzi sobie Bruce Willis z Kim Basinger i szampanem do studia nagraniowego i się Willis pyta Kim, czy ta lubi muzykę gitarową. Ona mówi, że tak, bardzo lubi… No jaka ściema! Idę o zakład, że nigdy nie zastanawiała się nad istnieniem czegoś takiego jak muzyka gitarowa 😛

Pierwszy wielki fabularny hicior w karierze Bruce’a Willisa, który ową karierę zapewnił był sobie wcześniej udziałem w „Moonlighting”. Samotny bohater Willisa potrzebuje partnerki na przyjęcie w jego firmie. Brat naraja mu niejaką Nadię, która w jego opinii jest śliczna (jak czarny bokser bez zębów). Willis vel Walter Davis wyjścia nie ma i korzysta z propozycji randki z Nadią. Wkrótce okazuje się, że nie ma czego żałować, bo Nadia wygląda jak Kim Basinger i ma w zasadzie tylko jeden feler – nie wolno dać jej się napić. Walter ma jednak gdzieś ostrzeżenia przed jej słabością i poi ją szampanem. No i szybko tego żałuje, bo Nadia robi burdę na przyjęciu z zacnymi gośćmi z Japonii. A to dopiero początek ekscytującej nocy.

Świetna komedia zasługująca ze wszech miar na status kultu. Świetna obsada, prosta historia, świetne gagi i masa komplikacji, które stają na drodze bohaterów. Na czele z tyrpniętym na oponę mózgową byłym narzeczonym Nadii, który sypia z misiem. „Randka z nieznajomą” to jeden z tych filmów, dzięki którym dzisiaj często można usłyszeć to banalne już zdanie brzmiące w sposób następujący: takich filmów już się nie robi.

No i jest też dzięki niemu okazja, żeby chyba po raz pierwszy tutaj napisać o Michaelu Jacksonie.
– Tańcz!!!
[…]– Moonwalk? Nienawidzę tego gówna!
:)


(850)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.