Projekt 1000 (Część 14)

Dziwny i męczący dzień, zakończony na dodatek twistem. Pora oddać się jakiemuś odmóżdżającemu zajęciu – równie dobrze może to być czternasty odcinek Projektu 1000.

„Willow”

Klasyka nad klasykami, jeden z moich absolutnie ulubionych filmów, który obejrzałem spokojnie ponad dziesięć razy w trakcie mojego krótkiego życia. Nie wiąże się z nim jednak żadna wzruszająca historia z dzieciństwa. No może tylko taka, że dużo czasu minęło zanim dorwałem kopię, która po przegraniu na swoją kasetę dałaby się oglądać.

Jest zatem królestwo karłów, w którym mieszka sobie tytułowy Willow. Poczciwa chłopina ma żonę bardzo podobną do mojej koleżanki (tylko z twarzy, bo z wysokości i charakteru to już nie) i dwójkę bodajże dzieci. Willow jest chłopiną z ambicjami sięgającymi ciepłej posadki przechuja czarownika. Na corocznym przeglądzie kandydatów daje jednak ciała i z posadki nic. Nic jednak w przyrodzie nie ginie i wkrótce z miejscowej rzeczki wyławia lookalike Mojżesza – ludzkie dziecko, z którym trzeba coś zrobić, a najlepiej zanieść z powrotem do ludzi. Willow w towarzystwie kilku kompanów rusza więc w niebezpieczną podróż w celu wrzucenia dzieciaka do wulkanu… wróć… :) Po drodze odkrywa, że znalezione dziecko ma większą wartość niż darmowa produkcja kupek, a na jego główkę czyha ponura królowa i jej prawa ręka, prywatnie córka zakuta w zbroję. Przeciwności więc przed małym Willowem jest kupę, ale na szczęście znajduje niespodziewane wsparcie w postaci dzielnego inaczej rycerza Madmartigana.

Pełna przygód, dobrego tempa, magii i z deka przestarzałych już efektów specjalnych (choć i tak przejdzie do historii jako ten, w którym po raz pierwszy zastosowano morfing) historia opowiedziana przez Rona Howarda. Fantasy w czystej postaci – stwory, miecze, kościotrupy, smoki, psy stylizowane na dziki i inne tego typu rzeczy. Krytycy trochę kręcili nosem na całość, ale kogo to obchodzi. Howarda też to nie obeszło, a zanagramowanymi nazwiskami dwóch z nich nazwał dwugłowego smoka pojawiającego się w jego filmie.

Życiowa rola Warwicka Davisa. A no i bardzo fajny główny motyw muzyczny.

***

No i włączyli w sąsiedztwie jakąś głupią muzykę i skupić się nie idzie. Nie wystarczy, że jestem zmęczony, rozdrażniony twistem, łeb mi pęka i jest duszno? „Bal wszystkich świętych”?? Mamy 2009 rok, na Boga!

***

„Raj na Ziemi” [„My Blue Heaven”]

Steve Martin to najlepszy komik na świcie. Kropka. Ostatnio niestety nie potwierdza tej opinii (Różowe Pantery, brrrr), ale co tam ostatnio. Był taki czas, kiedy każdym filmem rozśmieszał mnie do łez. Także i tym, w którym dzielnie partnerował mu zapomniany już nieco Rick Moranis.

„W życiu zawsze czasem musi popadać. Nawet w San Diego” – oto kolejny cytat, który na stałe wszedł do mojej potocznej mowy. Pochodzi oczywiście z opisywanego filmu. Jak i kilka innych cytatów, które zapadły w mojej pamięci i które pewnie tu zacytuję. Bo nie ma lepszego dowodu na wielkość filmu od tego, że kilka lat po jego ostatnim seansie wciąż pamięta się dialogi z niego.

– Miałem kiedyś szczeniaka. Reagował tylko na swoje imię.
– A jak się wabił?
– Spieprzaj.

Vincent „Vinnie” Antonelli to mafiozo, który postanowił sypnąć swoich kumpli z mafii i skorzystać z programu ochrony świadków. Do czasu udzielenia w sądzie zeznań nad jego bezpieczeństwem czuwa zwartopośladowy agent FBI, który marzy o karierze większej niż terenowe biuro we Fresno czy jakiejś tam innej zapadłej dziurze. Tymczasem Vinnie odkrywa, że POŚ to wcale nie jest takie hop siup. Zamknięty w słodkim do wyrzygania miasteczku i z perspektywą zarabiania na siebie uczciwą pracą postanawia wrócić do swoich starych przyzwyczajeń i rozkręcić mafijny biznesik, a przy okazji wyswatać agenta FBI z równie zwartopośladową panią prokurator.

– Po co panu dwadzieścia pięć sztuk tej samej książki?
– Na wypadek, gdybym chciał ją przeczytać kilka razy.

Aktorski popis Steve’a Martina, któremu pozostali aktorzy zaledwie towarzyszą swoją obecnością na ekranie.

Pełen onelinerów, zabawnych sytuacji i mafijnych stereotypów podanych na wesoło film, który osiąga poziom niedostępny dzisiejszym komediom. A przecież „w swoich czasach” wcale nie był jakimś tam nie wiadomo jak wielkim hitem. Na dodatek widz może wyciągnąć z niego kilka lekcji dotyczących życia – ja się z niego nauczyłem, żeby nie kłaść się do łóżka w spodniach od garnituru.

– Jak masz na imię?
– Barney.
– Piękne imię.
– Zawsze tak mówią, nawet jak masz na imię Alfons(?)

Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Cruella na ten przykład uwielbia sceny taneczne:

I tylko absolutnie genialnej opowieści o rowerku nie mogę znaleźć na YT :(

***

Gdyby mi tak nie buczeli za oknem to pewnie napisałbym drugie tylko o powyższym filmie. Nienawidzę braku ciszy! A teraz do zagłuszania dołączył Asiek… Ciszy, spokoju, proszę….

***

„Diabelska edukacja”

Część międzynarodowego projektu erotycznego obejmującego kilka krótkich filmów. O tym polskim nie mam nic do powiedzenia, ale mam za to coś do pokazania:

Renata [1]

Renata [2]

I to właściwie wszystko, co ciekawe w tym krótkim filmie. No ale może musiałbym go uważniej obejrzeć, a nie na przewijaniu 😉

***

„Moskwa nad rzeką Hudson” [„Moscow on the Hudson”]

Kultowa przez dość krótki okres czasu (przynajmniej w moich okolicach) komedia, która nigdy mi się nie podobała. W zasadzie to chyba nawet nie komedia tylko komediodramat i w tym może tkwić źródło mojego „niepodobania” – wot obejrzałem to jako gówniarz, spodziewałem się komedii, dostałem komediodramat, zawiodłem się spodziewając się czegoś na miarę „Akademii policyjnej”, więcej nie obejrzałem i do dzisiaj mam przekonanie o tym, że to kiepska komedia, na której się nie zaśmiałem ani razu.

A kultowa była ze względu na scenę z papierem toaletowym, którą podniecali się moi znajomi. Ot, to wszystko czego potrzeba do szczęścia srocom z podstawówki – ruski zdziwiony tam, jak miękka jest amerykańska srajtaśma w porównaniu do trudno dostępnego towaru w ZSRR.

Przy okazji tego filmu w zasadzie też byłoby coś do pokazania… No to w sumie czemu nie:

Maria Conchita

„Moskwa…” opowiada historię radzieckiego muzyka (Robin Williams), który korzystając z okazji ucieka z cyrku odbywającego tournee po Stanach Zjednoczonych i zostaje w usiech na stałe próbując się przystosować do nowej rzeczywistości, w której miękka srajtaśma to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Typowy amerykański produkt filmowy ery Ronalda Reagana, dziś, jak mniemam, posiadający dużą wartość historyczną i będący niewątpliwie ciekawym przykładem na to, jak to kiedyś było na świecie.

***

„Rambo 3”

Początek tego mojego spisu kaset wideo to jak widzę same kultowe filmy poprzetykane jakimiś gorszymi tytułami nagranymi w LP, żeby zapełnić miejsce na kasecie stoosiemdziesiątce, która do dupy się nadawała, a nie do nagrywania na niej dwóch filmów.

– I co teraz zrobimy?
– Otoczymy ich.

John Rambo, weteran wojny w Wietnamie, żyje sobie spokojnie pomagając mnichom stukając młotkiem i napieprzając się na pałki. Tymczasem odwiedza go stary druh, pułkownik Trautmann, który próbuje przekonać go do wzięcia udziału w misji mającej na celu dostarczenie dzielnym mudżahedinom rakiet pomocnych im w walce z radzieckim okupantem (era Ronalda Reagana again). John odmawia, a Trautmann wpada w łapy okrutnego Zajcewa, który próbuje wycisnąć z niego ostatnie poty. John rusza z akcją odwetową, a widzom pozostaje żałować, że w Afganistanie nie stacjonowało całe wojsko radzieckie, bo komunizm upadłby wcześniej.

– Gdzie są rakiety?
– Blisko.
– Jak blisko?
– W twojej dupie.

Trzecia część przygód dzielnego Rambo była pierwszą, jaką dane mi było obejrzeć. Pożyczony odtwarzacz wideo, pożyczone pięć filmów na krzyż, czyjaś tam pierwsza komunia, na której wypadało być. No i poszedłem, ale wpieniało mnie, że mam ten odtwarzacz tylko do niedzieli wieczór, a marnuje czas, podczas którego mógłbym oglądać filmy. Nie doczekałem końca komunii, wróciłem do domu i dalej katowałem, co tam sobie pożyczyłem od kumpla posiadającego ojca na kontrakcie w Iraku.

– Co to jest?
– Latarka.
– A co ona robi?
– Świeci na niebiesko.

Arcydzieło kina akcji, któremu dzisiejsze pierdoły mogą co najwyżej buty sznurować. Możecie sobie mówić co chcecie, ja i tak swoje wiem. 7(6) bez dwóch zdań niezależnie od bzdur typu jeden przeciw wszystkim i helikopter kontra czołg (był kiedyś w kinie równie oryginalny pojedynek?). Sly w najlepszej formie fizycznej, opaska na łeb, ładunek wybuchowy na grot strzał, nóż za pazuchę (mam taki nóż, kupiłem sobie kiedyś replikę), a jadeit na szyję i dawaj zabijać ruskich. Z przerwą na samoopatrzenie. Takich filmów już się nie robi i basta.

„Oddałem kilka strzałów” :D:D:D
(828)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.