Gran Torino

Oto film, który w żaden sposób nie zasługuje na los, którego staje się udziałem. Po pierwsze, powinien mieć swoją osobną reckę, a nie miejsce w recce zbiorczej (nieaktualne; standardowo chciałem napisać za jednym zamachem kilka krótszych recek obejrzanych ostatnio filmów, a już przy okazji tej pierwszej okazało się, że z żadnej strony ona nie jest krótsza; stąd też to przekreślenie poniżej). A to i tak małe miki w porównaniu do po drugie. Bo po drugie, to „Gran Torino” powinno dostać furę nominacji do Oscara, a nie dostało. To dopiero granda! A ja na początku tej mini recki, która mam nadzieje, że dzięki opisanemu wyżej zabiegowi socjotechnicznemu będzie jednak maxi recką, od razu powiem, że po obejrzeniu tego filmu i po dokonaniu podsumowań filmowych roku poprzedniego nie miałem wątpliwości, żeby wystawić mu ocenę taką, jaką mu za chwilę wystawię. Już teraz, nie czekając do konkluzji. Tak więc, jako że to świetny film i jako że w zeszłym roku żaden film nie dostąpił ode mnie tego niewątpliwego zaszczytu, to żeby jakoś zakląć ten rok w lepszy filmowo, bez zastanowienia wystawiam mu 6(6).

Bohaterem „Gran Torino” jest weteran wojny koreańskiej i zatwardziały rasista w jednym – Walt Kowalski (Clint Eastwood). Waltowi właśnie zmarła żona, a na domiar złego w sąsiedztwie zamieszkała cała zgraja mieszkańców o żółtym kolorze skóry, którzy to mieszkańcy działają Waltowi na nerwy. Zresztą, pomijając jego osobistego psa, to Waltowi wszystko na nerwy działa. Wyrostki rozbijające się w sąsiedztwie furami ze szrotu, ksiądz, który próbuje go siłą wyciągnąć do konfesjonału, rodzina, która traktuje go jak dziadka (którym de facto jest, tyle że zostało mu nieco grafitu w ołówku) i zapewne setka innych rzeczy. Żeby jednak nie było, że Walt w ogóle nie ma uczuć, to w jego garażu stoi odpicowany tytułowy gran torino (samochód taki), na który nasz dziadek-bohater przelewa ostatnie resztki miłości, jakie mu zostały. Nic więc specjalnie dziwnego, że wkurza go dzieciak z sąsiedztwa, który chce mu zajumać tę furę.

Jak donoszą ćwierkające ptaszki, „Gran Torino” to ostatni film, w karierze aktorskiej małomównego Clinta. Eastwood czuje się już za stary na pojawianie się przed kamerą i całą pozostałą parę teraz włoży w reżyserowanie, które „całkowicie mu wystarczy”. Jeśli więc ćwierkające ptaszki mają rację, to aktor z hukiem żegna się z ekranem, choć do zrobienia tego huku wystarczył mu kameralny film, którego akcja nie sięga dalej niż jedna przecznica na przedmieściach. I nie przeszkadza w niczym ta jego kameralność, bo i tak ogląda się go znakomicie, a głównego bohatera choć skurwysyna, nie sposób nie polubić. Zresztą z tym skurwysynem to oczywiście przesada, bo gdyby się dostawało od dzieci telefon z dupną tarczą to w każdym urodziłby się skurwysyn. Tak czy siak, Walta lubimy coraz bardziej z każdym przekleństwem, które pada z jego ust. A pada ich wiele.

W gruncie rzeczy jest w „Gran Torino” sporo rzeczy, które kojarzą się z poprzednim wielkim reżyserskim sukcesem Eastwooda – „Million Dollar Baby„. Oglądając film zastanawiałem się, co też złego wyrządziła Eastwoodowi jego rodzina, że tak pastwi się w swoich filmach nad tą instytucją. W MDB były sępy z rodziny Hilary Swank, a tutaj mamy dość niekumatych potomków Walta Kowalskiego. Trochę w tym względzie „Gran Torino” jest przeszarżowany, bo postaci jego synów, synowych i wnuków są za bardzo przerysowane. Tu nawet nie chodzi o to, że to dwa/trzy zupełnie inne pokolenie – biega o to, że to półmózgi są zwykłe, które nic nie kumają. Można było łagodniej ich potraktować, bo przecież tak naprawdę wiele do fabuły swoim irytującym zachowaniem nie wnieśli. Jeśli zaś szukać innych podobieństw, to przez cały czas trwania filmu przewija się motyw negacji lepszego świata gdzieś tam w niebie i niechęć do instytucji kościoła i szefa, który owa instytucja reprezentuje. No ale to chyba domena starszych ludzi, więc trudno się Eastwoodowi dziwić, że i on zabiera w tym temacie swój głos. Wszak do najmłodszych nie należy. Parę rzeczy można by jeszcze wymienić, ale większego sensu to nie ma, bo film sam się broni i oglądanie go to prawdziwa przyjemność. To wspaniały testament odchodzącego aktora, który odzywa się tylko i wyłącznie wtedy, gdy ma coś do powiedzenia. Nawet jeśli jest to zwykła „kurwa”. Widziałem, ze niektórzy narzekają na zakończenie, ale doprawdy nie wiem, czego się spodziewali. Kończy się dokładnie w tym miejscu, do którego cała ta historia zmierzała.

Jak już pisałem, 6(6). „Gran Torino” to taki „Tańczący z wilkami” XXI wieku (tym samym przekreśliłem ostatnią szansę na to, że Asiek będzie go chciała obejrzeć…). Jedyna różnica jest taka, że DwW rozpoczął tak naprawdę wielką karierę Kevina Costnera, a GT kończy inną wielką karierę. Za to w świetnym stylu, bo to właściwie „one man show”, w którym cała reszta jest tylko dość kiepsko grającym dodatkiem.
(744)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.