Jestem na tak [Yes Man]

Życie Carla Allena (Jim Carrey) zdeterminowane jest przez jego negatywny stosunek do życia. Ten zgorzkniały pracownik banku, odpowiedzialny za przyznawanie kredytów, na wszystko ma tylko jedną odpowiedź – nie! Zamykając się coraz bardziej w sobie i tracąc ostatnich przyjaciół, coraz bardziej pogrąża się w samotność. Wszystko zmienia się jak za sprawą magicznej różdżki, gdy dawno nie widziany przyjaciel zaprasza Carla na spotkanie pewnej grupy ludzi skupionych wokół wizjonera Terrence’a Bundleya (Terrence Stamp), który zawiera z nim pewien układ. Carl od tej pory ma na wszystkie propozycje odpowiadać twierdząco, w zamian za co, jego życie ma zmienić się diametralnie. I rzeczywiście, pierwsze dobre uczynki wynikające ze spełnienia układu, stawiają na jego drodze miłą, sympatyczną i dość postrzeloną Allison (Zooey Deschanel).

Jim Carrey powraca do tego, za co kochają go widzowie na całym świecie – do komedii. Po krótkiej przygodzie z thrillerem („Numer 23”), tego wesołego Kanadyjczyka już wkrótce (premiera 26 grudnia) zobaczyć będziecie mogli w „Jestem na tak”, filmie opartym na książce Danny’ego Wallace’a. I co najważniejsze, spotkanie z Carreyem powinno zadowolić każdego fana jego humoru. W przeciwieństwie do niezbyt udanego „Dick i Jane: Niezły ubaw”, „Jestem na tak” to naprawdę dobra komedia oparta na dobrym pomyśle i dobrym wykonaniu. Nie tylko zresztą dla Carreya warto udać się do kina. W filmie dotrzymują mu kroku przesympatyczna Zooey Deschanel i świetny Rhys Darby, znany z serialu „The Flight of the Conchords”, który wciela się tu w rolę kolegi Carla, zapalonego fana filmów o Harrym Potterze, a jednocześnie zabawnego pierdoły.

Można powiedzieć, że „Jestem na tak” to typowy dla Carreya film, którego głównym i jedynym zadaniem jest wywołanie uśmiechu na twarzy widza. W porównaniu do szalonych komedii w typie dwóch filmów o dzielnym psim detektywie Ace Venturze, Carrey zdecydowanie stonował swoje szaleństwo, a całą paletę przeróżnych min ograniczył do jedynie kilku, co wyszło filmowi na dobre, gdyż charakterystyczna vis comica aktora nie przytłacza filmu i pozwala rozwinąć skrzydła także innym członkom obsady. Brak tego małpowania wpływa również dobrze na fabułę filmu, który sprawnie opowiada jakąś konkretną historię. To już nie zlepek różnych scen ułożonych tak, by móc zaprezentować „gumową” twarz komika, ale dosć wyraźnie ocierająca się o romantyczność komedia.

Nie jest jednak tak, że „Jestem na tak” nie ma żadnych wad. Głównym zarzutem, jaki można zarzucić temu filmowi jest jego zbytnie podobieństwo do jednego z poprzednich filmów Carreya „Kłamca kłamca”. Punkt wyjścia obu historii jest w zasadzie taki sam, a i wynikające z niego wydarzenia układają się w podobnie kłopotliwą dla bohatera filmu kolejność. W każdym bowiem, choćby najszczęśliwszym obrocie sprawy, w końcu pojawiają się problemy. Dlatego ci, którzy dobrze bawili się na „Kłamcy kłamcy” mogą odczuć wrażenie, że oglądają drugi raz to samo. Nie udało się również uniknąć twórcom filmu kilku żartów (doprawdy niewielu) poniżej pewnego poziomu, ale na szczęście film nie jest przez nie zdeterminowany. W dużej większości humor filmu utrzymany jest na dobrym poziomie i po wyjściu z kina nie czuje się z jego powodu niesmaku. Zastrzeżenia można mieć również do zakończenia filmu, ale tak naprawdę lepiej nie dało się wybrnąć z tej historii. Bo choć pomysł na film był bardzo dobry, to jednak w pewnym momencie się wyczerpał i nie starczyło go na udźwignięcie ciężaru półtoragodzinnego seansu. Nie można jednak zbytnio narzekać, bo w zamian za to otrzymujemy choćby kilka niewinnych parodii takich hitów kinowych jak „Piła”, „300”, czy wspomniany wyżej „Harry Potter”. Zresztą we wcieleniu tego ostatniego możemy zobaczyć samego Jima Carreya.

Podsumowując, „Jestem na tak” to lekka i przyjemna komedia, która z pewnością zapewni półtorej godziny dobrej rozrywki, ale chyba nic więcej. Myślę jednak, że jak na dzisiejszy stan kina to i tak nieźle i choćby z tego powodu warto ograniczyć kręcenie nosem. Film jest zabawny, sympatyczny, momentami wzruszający i na pewno warto na niego poświęcić trochę czasu.

A na koniec odrobina prywaty: chciałbym serdecznie podziękować miłej Pani przy wejściu na salę kinową, która uwierzyła, że jestem tym, za kogo się podaję i bez problemu wpuściła mnie na pokaz prasowy filmu. Dziękuję.
(719)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl