The Machine Girl [Kataude mashin gâru]

Poczciwy Yu jest dręczony przez bandę wyrostków dowodzoną przez szefa yakuzy. Wkrótce dochodzi do tragedii – Yu zostaje zrzucony z wysokiego budynku i ginie na miejscu. Ami, siostra Yu, postanawia pomścić swojego brata. Bierze sierp i wyrusza na polowanie, którego celem jest każdy jeden, kto przyczynił się do śmierci Yu.

Mała uwaga dla mnie: Q, nie pisz recenzji, gdy jesteś śpiący, bo ci drętwe wychodzą.

Zabrzmi to jak oczywista oczywistość, ale jeżeli jeszcze ktoś miał wątpliwości na temat tego, że Japończycy maja nasrane w głowie, to zamiast się zastanawiać czy to prawda czy nie, powinien wziąć i obejrzeć sobie „The Machine Girl”. Nie jest to co prawda szczyt tego, co umysł Japończyka jest w stanie wymyślić, ale na pewno solidną dawkę popierdolizmu można tutaj odnaleźć. popierdolizmu w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo oczywiście my, niżej podpisany, nie mamy nic przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie, dobry popierdolizm od czasu do czasu jest wskazany, bo przecież ile można oglądać dramaty obyczajowe?

W „The Machine Girl” znaleźć można wszystko, co potrzebne jest do nazwania scenarzysty/reżysera mianem „ten to ma nasrane w głowie”. Pompowana pod ciśnieniem krew sika na wszystkie strony, kończyny fruwają, matki smażą na głębokim tłuszczu ręce młodych dziewczyn, a potem wymiotują na odcięte głowy swoich synów pływające w zupie, katany tną powietrze i nie tylko, kule świszczą, biustonosze są z metalu, a śmiercionośną bronią stają się siki. Oprócz tych wszystkich atrakcji mamy typowe japońskie kino czyli nagie miejskie mury, szare kolory, laski w kusych spódniczkach, migające dla japońskich zboczeńców od czasu do czasu dziewczęce biustonosze i majteczki, sushi i inne tego typu atrakcje. Jest na co popatrzeć nawet nie będąc japońskim zboczeńcem 😉

„The Machine Girl”, jak już zdążyliście się dawno domyślić, nie jest filmem dla każdego widza, ale dla tych, którzy lubią podobne klimaty się nada. Zdecydowanie jest się z czego pośmiać i na co popatrzeć. Byłoby naprawdę super, gdyby film był zrealizowany za trochę więcej jenów i nie był taki teatralny. Pierwsze na pewno wpłynęłoby na jakość efektów specjalnych, które niestety sa marne, a drugie ożywiło opowiadaną historię, bo pomijając sceny akcji widz ma wrażenie, że ogląda teatr telewizji na świecie. No i mogliby też popracować nad scenami walki wręcz (choćby zwykłego kopania leżącego), bo te są równie maksymalnie sztuczne. Ciosy dochodzą w powietrze, a tempo walki jest niezadowalające (powiedział ekspert od karate 😉 ). Da się jednak na to wszystko przymknąć oko, bo film jest po prostu dobry i rekompensuje te niedoskonałości czarnym (czerwonym) humorem. Bez oceny, bo ciężko mi się na jakąś zdecydować. Ale bawiłem sie dobrze.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl