„Come Early Morning”

Jedna sprawa absolutnie nie ulega wątpliwości – jestem dziwny. Najpierw przez dwa dni jęczę na siebie w myślach, że nie obejrzałem żadnego filmu równocześnie obiecując sobie, że już już coś obejrzę tylko zrobię siku, tylko coś zjem, tylko sprawdzę co słychać w necie, a potem po dwóch dniach, mimo że mam do obejrzenia bardzo duzo zaległych filmów, które zdobyły uznanie widzów i krytyki i które chcę obejrzeć od dłuższego czasu, oglądam „Come Early Morning”, o którym zapewne nikt nie słyszał skoro i ja nic o nim nie słyszałem. WOW, to prawdziwie bardzo złożone zdanie!

Bohaterką „Come Early Morning jest Lucy (etatowa ostatnio odtwórczyni ról kobiecych supermanów, Ashley Judd, która na chwilę zrzuciła maskę silnej baby lejącej facetów po mordach). Lucy jest niezrównoważoną emocjonalnie kobietą po trzydziestce, która spodnie ściąga szybciej niż można ściągnąć zzipowany plik midi na łączu 5-megabitowym. Życie Lucy toczy się w trójkącie pomiędzy pracą, barem, a łóżkiem, które rano jest dla niej zupełnie nowym i nieznanym miejscem, z którego jak najprędzej chce uciec.

Rzadko się zdarza, żeby film zaskoczył mnie po 25 sekundach. Właściwie to prawie nigdy (o ile w ogóle kiedyś) coś takiego się zdarza. Tymczasem „Come…” właśnie dokładnie po takim czasie wywołał na mojej twarzy zaskoczoną minę. Kiedy na ekranie pojawiło się „A film by Joey Lauren Adams” szeroko otwarłem oczy i mruknąłem „He?”. Zupełnie nie spodziewałem się czegoś takiego, tak samo jak i nie spodziewałem się, że Joey zarówno napisała scenariusz jak i wyreżyserowała ten film. Czego jak czego, ale takich umiejęteności się po niej nie spodziewałem. Dla mnie (i pewnie dla wielu innych) na zawsze pozostanie już Alyssą Jones z „Chasing Amy”, która to rola była zapewne najważniejszą w jej filmografii i w zasadzie jedyną godną uwagi w powodzi epizodów małych, słodkich blondynek z głosikiem niczym Jennifer Tilly. Myślałem już, że Joey na zawsze przepadła w nijakości a tu proszę, taka niespodzianka. Znaczy się musi mieć coś pod tą blond fryzurką (tak, wiem, szowinista ze mnie wyszedł).

No, ale efekt zaskoczenia nie mógł trwać wiecznie. Film się zaczął, efekt zniknął, a ja cieszyłem się, że w ogóle zabrałem się za oglądanie jakiegoś filmu.

„Come…” jest filmem takim sobie. W samych Stanach co roku kręconych jest wiele takich produkcji, jedna podobna do drugiej. Dla ich reżyserów/scenarzystów/łotewer są to zapewne osobiste historie do których dojrzewali całe życie i w których dzielą się z nami swoim wnętrzem, ale dla przeciętnego widza oglądających kolejny obyczajowy film o zagubionej dziewczynie szukającej swojego miejsca w życiu nie różni się niczym od dziesiątek innych. I taki właśnie jest „Come…” – nihil novi. Wiele się w nim nie dzieje, fabuły w zasadzie nie ma żadnej, no i tak się toczy przed siebie aż do końca. Nie jest zły, nie jest dobry. Ogląda się go w porządku, ale nie sposób pozbyć się myśli, że w gruncie rzeczy to stracony czas.

Miałem ochotę na film, którego akcja dzieje się w jakimś zapyziałym amerykańskim miasteczku i z tego punktu widzenia „Come…” się sprawdził. Właśnie w takim miasteczku dzieje się jego akcja a ja lubię takie klimaty. Swojskie rzekłbym. Gwar wielkich miast mnie męczy, wolę posiedzieć na trawie i pogapić się w zachodzące słońce nawet jeśli kumple mówią „Ej, Q, siedzisz w tej dziurze, w której nic nie ma i dupy nie ruszysz; przecież tu jest syf, malaria i ruina”. Może i jest, ale ja to lubię, tak samo jak lubię filmy kręcone w takich miasteczkach. Szkoda tylko, że oprócz tego „Come…” nie miał dużo więcej do zaoferowania. Żadnych emocji, nic. Zaczął się, skończył się, czas dwa dni narzekać na siebie w myślach, że nic nie oglądam. No miał jeszcze Laurę Prepon, którą bardzo lubię (a ściślej, która mi się podoba) co zresztą jest dość dziwne, bo tak naprawdę to widziałem ją do tej pory jedynie w pół odcinka „Różowych lat 70”.

3(6) pani Adams. Wolałem, gdy się pani przebierała w „Mallrats”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl