„Krwawy diament” [„Blood Diamond”]

Sierra Leone, lata 90 ubiegłego wieku. Danny Archer (Leonardo di Caprio) jest przemytnikiem diamentów. Pewnego razu dowiaduje się o istnieniu ogromnego diamentu, który na jednej z tajnych kopalni odkrył niejaki Salomon Vandy (Djimon Hounsou). Mężczyźni poznają się i ruszają w daleką podróż celem odzyskania zakopanego w ziemi świecidełka, a pomaga im w tym amerykańska dziennikarka Maddy (Jennifer Connelly)

Brzmi jak scenariusz całkiem niezłego filmu przygodowego. Pościgi, strzelaniny, zawadiacke dyskusje, lawina niespodziewanych sytuacji, jakiś mocno charakterystyczny czarny charakter i takie tam. I pewnie gdyby taki to był film, to byłby całkiem fajny. Tyle, że za kamerą „Blood Diamond” stanął Edward Zwick, spec od widowisk z przesłaniem („Glory”, „Courage Under Fire”, „Legend of the Fall” itd.) i raczej ciężko się już było spodziewać filmu lekkiego, łatwego i przyjemnego. I rzeczywiście film lekki, łatwy i przyjemny to nie jest. To raczej kolejne nakręcone z rozmachem widowisko, które od daleka zalatuje Zwickiem.

I być może nie byłoby w tym wszystkim nic złego, gdyby tak naprawdę nie powstał film o niczym. OK, jest w „Blood Diamond” wyraźne i łopatologiczne przesłanie „kupujecie świecidełka, a oni tam są zabijani przez dzieci”, ale co ma niby z tego wynikać? Czy to jakiś ważny głos w sprawie biednej Afryki, do której nikt się nie chce przyznać? Wcale nie. To już raczej kolejne wykorzystanie dobrego tematu do nakręcenia filmu. Bo temat jest dobry – wstrząsająca historia biednych ludzi, któzy żyją w kraju rządzonym przez kałasznikowy. Dodajesz Leosia i masz kolejny super hit za grube miliony, który zaraz po sezonie zostanie zapomniany, a Afryka dalej pozostanie biedna aż do czasu nakręcenia o niej kolejnego filmu. Ostatnio zresztą co jakiś czas wszyscy martwią się o Afrykę. Muzycy po raz drugi grają koncert Live Aid, filmowcy kręcą kolejne filmy itd. z czego nic nie wynika poza tym, że jest okazja do zagrania na gitarze i pokazania się przed kamerą i załatwienie jakiegoś tam moralnego kaca, że ludzie gdzieś tam cierpią, a ja co rano zjadam posiłek za tysiąc dolarów. Zapewne cała ekipa „Blood Diamond” ma teraz lekko na duszy, że coś zrobiła, żeby zmienić taką sytuację. Tymczasem nic nie zmieniła. Ostatnio przy okazji WOŚP obiło mi się o uszy, że WOŚP przez 15 lat trwania akcji zarobiła 60 milionów dolarów. 60 milionów – 15 lat. I ile dobrego za to można było zrobić. A tymczasem w Hollywood 60 milionów to raczej średni budżet jak na wyprodukowanie filmu…

OK, ostatecznie nigdzie nie jest powiedziane, że trzeba od razu dać sobie spokój z kręceniem jakiegoś filmu tylko dlatego, że ktoś tam będzie brzęczał o hipokryzji. Jednemu widzowi to przeszkadza, drugiemu nie. Ja osobiście nie mogłem się pozbyć tej myśli, że patrzę na kilkadziesiąt milionów dolarów wydanych na film, który został nakręcony niby po to, żeby coś tam powiedzieć o świecie, a tak naprawdę to ma się tylko zwrócić i zarobić na siebie.

A pomijając te wszystkie aspekty pozostaje sam film, który również porywający nie jest. Nie jest zły, nie jest nudny, ale nie jest też wielki i niezapomniany. Właściwie gdyby nie Di Caprio to pewnie mało kto by na niego zwrócił uwagę. „Boski” Leo jest największym atutem „Blood Diamond”. Aktorem dobrym był zawsze, a teraz na dodatek posiedział długimi godzinami posiedział u jakiegoś language coacha, podłapał południowo-afrykański akcent i dodając jedno do drugiego stworzył wyrazistą postać rozdartą między chciwością, a ukrytym gdzieś tam głęboko w środku romantyzmem, który dawno został zgaszony przez realia w jakich przyszło mu żyć. Wybitna rola może to nie jest, ale z pewnością jest to rola bardzo dobra i myślę, że przyniesie mu zasłużonego Oscara. Niech sobie ma, co mi tam szkodzi.

Wszystko inne poza Leo jest takie sobie. Ot kolejna sprawnie opowiedziana historyjka ładnie wyważona z elementów obowiązkowych jak to w programie krótkim w łyżwiarstwie figurowym. Trochę tego, trochę tamtego, zamieszać i wypuścić do kin. Dwie godziny lecą szybko, ale też po seansie wiele nie zostaje, bo przecież cóż może zostać po filmie, który przez dwie godziny najwyraźniej nie potrafił pokazać to, co miał dopowiedzenia i trzeba było rzucić w napisach końcowych łopatologiczny morał. Djimon Hounsou gra swoją tradycyjną rolę (idę o zakład, że w większości scenariuszy do filmów, w których gra od razu zamiast nazwiska postaci jest napisane ‚Djimon Hounsou’) a Jennifer Connelly ma się ładnie uśmiechać i pokazywać się od czasu do czasu Leosiowi, żeby ten miał jakieś światełko w tunelu zamiast zwykłej chciwości i żeby mógł działać. Nawiasem mówiąc jakaś ta Connelly nie podobna do siebie.

Jakieś to wszystko takie mdłe. Niby film bez zarzutu, ale zachwycać się nie ma czym. To solidna robota filmowej ekipy, która za miliony dolarów zła byćnie może to i zna się na swoim fachu, co widać na ekranie. I tyle. Żadne porywy serca widzom nie grożą. Tak samo jak i wyjazd do Afryki rodem Madzi z „M jak miłość”, która rzuciła wszystko i pojechała do Afganistanu. Obejrzeć i zastanowić się co oglądać jako następne. 4(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.