[„BEYOND RE-ANIMATOR”]

Pewnej nocy, do domu małego Howiego, zakrada się ożywiony trup, który zwiał prosto z laboratorium doktora Herberta Westa (Jeffrey Combs). Z ożywionymi trupami żartów nie ma, o czym śmiertelnie przekonuje się siostra Howiego. Wkrótce potem do mieszkania wpada policja i rozprawia się z zombiakiem, a sam doktor West zostaje aresztowany i skazany na długoletnie więzienie. Mija trzynaście lat. Doktor West mimo ograniczonych możliwości i skromnych środków, jak tylko może próbuje udoskonalić swoją metodę ożywiania zmarłych. Nie idzie mu to najszybciej, ale się nie poddaje, a jego upór wkrótce zostaje nagrodzony. Do więzenia, w którym odbywa wyrok, zostaje przydzielony nowy lekarz, doktor Howard Phillips, który zdaje się być zafascynowany dokonaniami doktora Westa. Wkrótce proponuje Westowi współpracę, a prace nad udoskonaleniem ożywczej formuły, ruszają z kopyta.

Dawno, dawno temu, panowie Stuart Gordon i Brian Yuzna, postanowili wziąć na warsztat opowiadanie H.P.Lovercrafta „Herbert West, Re-Animator”, a z ich współpracy powstało dzieło, które do dzisiaj nosi słuszne miano dzieła kultowego. Współpraca ta była tak owocna i skuteczna, że nie trzeba było długo czekać na sequel „Re-Animatora”, który to, również „dawał radę”. No, ale na trzecią z kolei odsłonę sagi o doktorze, który śmierć uważał za chorobę, przyszło poczekać czternaście lat. Czy było warto czekać?

Ustalmy na początku jedną rzecz – nie mam pojęcia czy obejrzałem ocenzurowaną wersję „Beyond…” czy też taką bez żadnych niepotrzebnych „wycięć”. Jeśli to pierwsze, to moja ocena raczej nie będzie sprawiedliwa, no ale jeśli to drugie, to po tym co widziałem, to więcej jak 2+(6) nie dam. Przykro mi, bo sentymentem darzę pierwsze dwie części i w krwawo-śmiesznym rankingu stawiam je równie wysoko, ale aż tak nieobiektywny nie jestem, żeby dawać wysokie oceny za nic. I szczerze mam nadzieję, że to, co widziałem było wersją ocenzurowaną. Z drugiej strony wybuchanie trzewi i wypadanie oka, które są wymienione tu i ówdzie jako wycięte w niepełnych wersjach, w mojej wersji były więc…

Załóżmy więc, że widziałem całość, a to co widziałem, niestety mi się nie podobało. Zabrakło właściwie wszystkiego. Humoru, jako takiego scenariusza, a nawet gore – tak naprawdę, to dopiero przy końcu coś się zaczyna dziać w tym temacie. Wcześniej non stop gadają o jakichś pierdołach i znów każą nam uwierzyć na słowo, że ci mówiący z europejskim akcentem aktorzy, to Amerykanie (w ogóle przez większość filmu myślałem, że West siedzi w hiszpańskim więzieniu i zastanawiałem się dlaczego właśnie tam). Tym razem nie Rumunia, a Hiszpania była miejscem powstania filmu, a co za tym idzie właściwie 95% obsady stanowili aktorzy hiszpańscy. Na szczęście lepiej mówiący po angielsku niż Rumuni. Jednym słowem „Beyond Re-Animator” jest po prostu nudny.

Jedynym jasnym punktem tego filmu jest Jeffrey Combs, zdaje się stworzony do grania postaci Herberta Westa. Podobnie jak i w pierwszych dwóch częściach jest rozbrajająco cyniczny, oraz ma wyjątkowo diableski wyraz twarzy. Natomiast największym zaskoczeniem jest tu dla mnie Santiago Segura – w niczym nie przypomina grubasa znanego z filmów Alexa de la Iglesii.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl