Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

[„THE DESCENT”]

Sześć młodych kobiet, amatorek sportów ekstremalnych, spotyka się w drewnianej chacie w środku lasu, skąd mają zamiar wyruszyć na eksplorację jednej z jaskiń w Apallachach. Wycieczka ta ma być łatwa i przyjemna, ale wkrótce okazuje się, że wcale taka nie będzie, a to, co miało być przyjemnym spędzeniem czasu, przeradza się w walkę o przetrwanie.

Nie wiedziałem za dużo o tym filmie, poza tym, że jest fajny i że można go pomylić z jakimś bzdetowym filmem science-fiction. Początek „The Descent” nie wskazywał, że to s-f więc wiedziałem już, że się nie pomyliłem i pozostało się tylko przekonać czy to jest rzeczywiście dobry film. Miałem wątpliwości, a że nie chciało mi się nawet sprawdzić kto jest jego reżyserem więc nie miałem żadnych podstaw ku temu żeby swoje oczekiwania kierować w jedną bądź też w drugą stronę skali. A gdybym spojrzał w IMDb to bym wiedział, że film ów został wyreżyserowany przez Neila Marshalla, który to odpowiedzialny był za „Dog Soldiers”, które podobało mi się bardziej niż bardzo. No, ale że to film Marshalla, dowiedziałem się dopiero po seansie.

„The Descent” to znak naszych czasów. Do lamusa odchodzą bowiem męscy superbohaterowie zmagający się ze wszystkim, co tylko nadaje się do tego, by się z tym zmagać. Zmiana w tym przypadku jest wyjątkowo duża. Sześć pań z gracją i bez wysiłku pokonuje kolejne przeszkody przygotowane przez Matkę Naturę, o dziwo nie rozpaczając z powodu złamanych paznokci, czy zmierzwionej fryzury, a mężczyźni… cóż, mężczyźni w tym filmie są jedynie minidodatkami. Minidodatkami, które nie potrafią prowadzić samochodu, nie potrafią wybrać dobrego zegarka na prezent, no i nadają się co najwyżej do popilnowania dziecka, podczas, gdy mamusia w pontonie przemierza spienione nurty rzeki.

Nie jest to jednak film feministyczny, czy też przeznaczony tylko i wyłącznie dla kobiet. To przede wszystkim czysta adrenalina, klaustrofobiczne wąskie przestrzenie i akcja, której nie powstydziłby się żaden film. Momentami miałem wrażenie, że oglądam „Predatora” XXI wieku, co w moich ustach jest komplementem, zważywszy, że „Predator” to jeden z moich ulubionych filmów. Oczywiście, trzeba zachować odpowiednie proporcje przy takim porównaniu.

Film Neila Marshalla, bardzo szybko przyciąga do siebie uwagę widza, co według mnie jest połową powodzenia każdego filmu. Jeśli po dziesięciu minutach jesteśmy przykuci do ekranu, to potem już reżyser musi się wyjątkowo starać żeby popsuć ten efekt. I odwrotnie, gdy po 10 minutach ziewamy, to pewnie po pół godzinie będziemy spali. Tutaj tak na szczęście nie jest. Początek jest może i nudnawy, ale za chwilę następuje BUM i od razu zapomina się o wszystkim innym, oprócz przyjemności z oglądania. Potem przez chwilę znów jest nudnawo, ale warto poczekać, bo potem już do końca jest coraz lepiej.

Jak się to mówi, „The Descent” to film dla ludzi o mocnych nerwach, ale też nie ma w nim za dużo przesady w stronę wyjątkowego straszenia widza, czy obrzydzania go potokami krwi. Wszystko jest właściwie wyważone i na swoim miejscu. Jasne, to horror, więc nie należy się spodziewać delikatnych wrażeń estetycznych (nawet jeśli to film o kobietach), ale też nie znajdzie się tam oderwanych kończyn.

Jeden z lepszych filmów jakie ostatnio widziałem. A widziałem dużo, tylko mi się pisac o nich nie chce 😉 5+(6)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.