Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

„POWRÓT DO GARDEN STATE” [„GARDEN STATE”]

Wyst. Zach Braff, Natalie Portman, Peter Sarsgaard, Ian Holm
Reż. Zach Braff
Scen. Zach Braff
Zdj. Lawrence Sher
Muz. Chad Fisher
Ocena: 5(6)

Andrew Largeman (Braff) jest młodym aktorem, który zabłysnął w jednej ze swych ról, w której wcielił się w upośledzonego futbolistę, a potem jego kariera osłabła (znaczy kariera aktorska Largemana, a nie kariera futbolowa futbolisty :) późno już, gdy to piszę). Nie poddaje się jednak i pracując chwilowo w wietnamskiej restauracji, czeka na to, aż jego zła passa się odwróci i znów będzie na aktorskim topie. Nie ułatwia mu sprawy fakt, że na codzień jest nieco przytłumiony przez lekarstwa, które zażywa, a które przepisał mu jego własny psychiatra, a prywatnie osobisty ojciec. Choć minęło sporo lat odkąd Andrew wyrwał się spod skrzydeł rodziców, to wciąż mają na niego wpływ. Pewnego dnia dzwoni do niego ojciec i mówi, że ma złą wiadomość. Matka Largemana zmarła, topiąc się we własnej wannie. Andrew natychmiast wsiada w samochód i wyrusza na powrót do rodzinnego Garden State, w którym ostatni raz był dziewięć lat temu.

„Garden State” to jeden z niewielu filmów, który jest lepszy od trailera. Akurat jeśli idzie o mnie, to trailer narobił mu wiele złego, bo po prostu mnie zniechęcił do seansu. Nie pamiętam już dlaczego, chyba przez psychodeliczną muzykę, a może przez brak strzelanin. Znając mnie to pewnie to drugie. No, ale prawie wszyscy „Garden State” (nie chcę pisać GS :) ) chwalili więc co mi szkodziło się przekonać czy mają rację, czy nie. Mieli. To bardzo dobry film jest.

Wielką sztuką jest zrobić film, w którym głównie gadają, a który nie jest nudny. W „P.S.” non stop gadali i uśpili mnie niczym Kaszpirowski. Tutaj też non stop gadają, ale jest coś, co sprawia, że nie jest to tylko puste gadanie. Tym czymś jest wyobraźnia Zacha Braffa (scenarzysty, reżysera, odtwórcy głównej roli) i jego talent do opowiadania historii w ten zadziwiający sposób, który sprawia, że widzimy na ekranie różne rzeczy, zdawałoby się wprost z marzeń sennych, albo ze skeczu Monty Pythona, a jednocześnie nie mamy żadnej wątpliwości, że to jawa. Kwintesencją tego jest moment, gdy Largeman budzi się po imprezie i widzi rycerza. A takich rzeczy jest dużo więcej. Odkrywanie ich sprawia podobnie wiele przyjemności, co wydłubywanie rodzynek z ciasta. Abstrakcyjna wyobraźnia i spora dawka ironii sprawiają, że ten film, którego akcję można opisać jednym zdaniem (chłopak wraca do rodzinnego miasta, spotyka się ze starymi przyjaciółmi i nawiązuje nowe przyjaźnie) ogląda się z prawdziwą przyjemnością. To ten sam sposób opowiadania filmowej historii co w przypadku filmów Kaufmana, czy „Napoleona Dynamite”, a jednak jeszcze na innym biegunie niż te dwa przykłady. Zdecydowanie bliżej jednak Kaufmana niż „Napoleona” (choć nie sposób nie zauważyć, że Titembay i LaFawnduh to ta sama parafia jest :) ). Tak, sporo ostatnio o Kaufmanie nadaję, ale okazuje się, że właśnie taki abstrakcyjny humor lubię najbardziej.

Plusów jest zresztą dużo więcej, choćby muzyka, która mnie odrzuciła w trailerze. W filmie wszystko gra jak należy i jest na swoim miejscu. Kiedy trzeba jest nostalgiczna, a kiedy trzeba psychodeliczna (momentami hinduska więc najbardziej psychodeliczna z psychodelicznych). Co do minusów, to trzeba by się bardzo wysilić żeby jakiś znaleźć. Nie musiałem tego robić, ale znalazłem. Nie przeszkadza mi to, ale uważam, że Braff i Portman zagrali wyjątkowo marnie i lepiej by było, gdyby w ich rolę wcielili się inni aktorzy. No, ale nie można mieć wszystkiego więc zamiast kręcić nosem, lepiej zauważyć kolejny przykład ironii, serwowany nam przez scenariuszowe wcielenie Braffa – Żydówka występuje w roli dziewczyny, która nie jest Żydówką, a która kręci z Żydem. Zresztą nie samymi Portman i Braffem „Garden State” żyje. Jest przecież jeszcze choćby Ian Holm, który co prawda zbyt długo na ekranie się nie pojawia, a jednak jedną sceną, w której po prostu stoi za lodówką, robi więcej dobrego niż w całym „Władcy pierścieni”.

„Powrót do Garden State” to idealny przykład na to, że jednym, niekoniecznie posiadającym wielomilionowy budżet, filmem, można zapewnić sobie nieograniczone możliwości jeśli idzie o zrobienie kolejnego filmu. Tak rodzą się gwiazdy i jeśli tylko Braff utrzyma poziom, to już nigdy nie będzie się musiał niczym martwić. Jeśli mogę mu coś radzić, to bym radził żeby dał sobie spokój z aktorstwem, a skupił się na pisaniu scenariuszy.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.