MŁOTKI I MARZENIA UTRACONE

Miałem marzenie. Nic specjalnego. Nie marzyłem o worku, najlepiej zielonych, pieniędzy, nie marzyłem o szybkim samochodzie, który będzie mnie stać aby go zniszczyć na wiejskich drogach, nie marzyłem o żelaznym zdrowiu, dzięki któremu mógłbym smiać się prosto w twarz wirusom, nie marzyłem w końcu o pięknej kobiecie, która leżałaby obok mnie wyginając swoje seksowne ciało, gdy ja bym się budził. Marzyłem żeby się wyspać. Cruella za to miała inne marzenie. Żeby zjeść parę włoskich orzechów. A żeby je zjeść musiała je obrać. Młotkiem.

Andrzej Gołota też miał marzenie – chciał zostać mistrzem świata wagi ciężkiej w boksie. Trzy razy stawał do walki o swoje marzenie i trzy razy przegrał. Szkoda, że tym razem w walce z takim „młotkiem”. Szkoda, bo gdyby Andrzej (wszyscy mu po imieniu mówią jakby go znali; ale i tak najlepsi byli komentatorzy TVNu, którzy o Evanderze Holyfieldzie wyrażali się per „Holly”) osiem lat temu był taki jak dzisiejszej nocy, to już dawno byłby mistrzem świata. Gdyby zamiast robienia jajecznicy przyświecał mu cel pod nazwą „walka” to kolekcja jego kaset video na pewno wzbogacona byłaby o kasetę z naklejką: „Walka, w której zostałem mistrzem świata”. Niestety, na Ruiza chęć boksowania nie wystarczyła.

Ja nie wiem czy Ruiz nie ma żony, ale nawet jeśli ma to i tak jest wyjątkowo niedopieszczony. Każdym swoim ruchem podczas dwunastu rund walki zdawał się mówić: „Andrzejku, chodź do mnie i mnie przytul”. Gołota chciał się bić, a ten w amory. Czym dla piłki nożnej są Włosi ,tym dla boksu jest Ruiz. Kombinuje, udaje, prowokuje, oszukuje, robi wszystko żeby czasem nie walczyć. I dobrze na tym wychodzi, bo jest mistrzem świata. Włosi też nieraz nimi byli. Po raz kolejny okazuje się, że liczy się przede wszystkim kombinowanie. Aż dziw bierze, że Ruiza jeszcze ze związku nie wyrzucili i nie zapisali go do jakiegoś klubu zapaśniczego. Albo jeszcze lepiej do Hollywood niech jedzie. Mało kto tak potrafiłby udawać, że przeciwnik cały czas go przytrzymuje i nie pozwala mu walczyć.

Gołota nie ma się czego wstydzić, bo po raz kolejny nie przyniósł Polsce wstydu, ale i narzekanie na to, że werdykt był niesprawiedliwy moim zdaniem jest nie na miejscu. Zgoda, Ruiz nie był lepszym pięściarzem, ale nie na tyle żeby przegrać walkę. Walczył brzydko, ale swoje zrobił. Niby nie uderzał, a rozwalił Gołocie całe prawe oko. No i przede wszystkim pozostawił po sobie lepsze ostateczne wrażenie. To on wygrał ostatnie rundy. I nawet jeśli wcześniej leżał na dechach to było to zbyt dawno żeby sędziowie pamiętali. Zresztą i tak Andrzej parę razy uderzył nie tam gdzie trzeba (Ruiz znakomicie go prowokował) na co sędzia był pobłażliwy więc nie ma co szerzyć pogłosek o spiskowej teorii dziejów. Ruiz na zwycięstwo nie zasłużył, ale nazywanie werdyktu skandalem, co próbują nam wmówić internetowe portale, moim zdaniem jest nie na miejscu. Gołota może czuć się pokrzywdzony, ale nie powinien. Jedyne co powinien był zrobić to przylać Ruizowi tak, żeby ten nie wstał. I nie byłoby kłopotu. A kto chce zobaczyć jak wygląda prawdziwy skandal niech sobie zobaczy walkę Zegana z Gregorianem i nie mówi więcej, że dzisiejsza walka też była takim skandalem. Świat boksu nie rusz widział dużo wieksze nieporozumienia.

Zresztą i tak debeściak jest Chris Byrd. To co wczoraj pokazał to był boks, a nie żałosne (choć efektywne) zapasy w wykonaniu Ruiza.

No nic, pozostaje wierzyć, że dzisiaj o 15:00 młotkiem polskich hokeistów w drodze na olimpiadę w Turynie nie okażą się Holendrzy. Trzymajcie kciuki.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl