MAŁE SZCZĘŚCIA

Spałem dzisiaj niewiele, bo może jakieś cztery godziny. No góra pięć. Byłbym dłużej, ale rano obudził mnie Dropsik. Myślałem, że w gości przyszedł, ale nie, sprawę miał. „Jedziesz do Kacowic?” spytał, a że istotnie tam jechałem to wprosił się na pasażera. Towarzystwa nie dotrzymał mi za długo, bo już w Zawierciu wysiadł. Pogadaliśmy chwilę, ale nie chciał mi zdradzić czy miał dachowanie, czy co innego, że swojej nowozakupionej bryki nie wziął. Może się rozeszli z Gośką, a Ona miała lepszych adwokatów i zabrała całe auto miast przynależnej jest połowy :) Chyba nie, bo Dropsik na nieszczęśliwego nie wyglądał, ale kto to wie, kto to wie. W Zawierciu się pożegnaliśmy – on poszedł gdzieś tam, a ja na rynek. Spotkanie z Dropsikiem nazwijmy małym półszczęściem. Prologiem do innych małych szczęść (niespecjalnie brzmi, no ale chyba nie „szczęściów”? :) ) dnia dzisiejszego.

Małe szczęście numer jeden. Jak już napomknąłem, polazłem sobie na rynek w celu zakupu czystych płytek. W kieszeni miałem dziesięć złotych (bogactwo jak na mnie) więc w perspektywie zakup płytek w liczbie dziesięciu. Tyle, że na miejscu okazało się, że moje ulubione płyki kosztują o dwadzieścia groszy mniej. Uruchomiłem systemowy kalkulator i wyszło mi na to, że kupię nie dziesięć, ale dwanaście. Yuppi! Proszę więc o zwiększoną liczbę płytek, a tu pan mówi, że powyżej dziesięciu jedna płytka gratis. „Sprzeczał się nie będę” odparłem (nigdy nie umiem nic mądrego obcym ludziom powiedzieć) i zapakowałem do pudełka feralną liczbę płytek. A teraz na płytki ponagrywam oczywiście same legalne rzeczy!

Małe szczęście numer dwa. Miałem dzisiaj kolokwium na angielskim (lepiej to brzmi niż określenie „kartkówka ze słówek” :) ). Zabrałem się ze swoją kartką do pierwszego rzędu i siadłem vis a vis pani od angielskiego, co by nie miała wątpliwości żadnych. Siadłem, napisałem, dostałem piątkę. Ach Quentin, jaki Ty jesteś mądry!

Małe szczęście numer trzy. Stwierdziwszy zatem, że dzień należy do wyjątkowo szczęśliwych, postanowiłem nie iść na ćwiczenia z badań operacyjnych. Po co miałem sobie psuć humor jąkaniem się przed tablicą. Nie sądzę żeby trafiły do przekonania wykładowcy (ćwiczeniowcy? :) ) moje argumenty, że próba wyduszenia ze mnie czegokolwiek to zwykła strata czasu. Dlatego też gdy tylko wybiegłem „szczęśliwy i wesoły” z zajęć, na których poznałem nw. wzór, to od razu pobiegłem do samochodu i dawaj nach Siewierz! No, a jako że decyzja o jutrzejszym olaniu sikiem prostym zajęć, podjęta została dużo wcześniej, zatem mam wolne 😛

A teraz siedzę i zastanawiam się co zrobić żeby dotrwać do walki Gołoty. Koncepcje są dwie – kładę się spać i się budzę, albo nie kładę się spać i  czekam cierpliwie na transmisję. W normalnych warunkach wybrałbym opcję numer dwa, ale dziś padnięty jestem i oczy mnie bolą od niewyspania więc bliższy jestem opcji numer jeden. Tyle, że to już bym się musiał kłaść, a to z deka żałosne w sobotni wieczór… Eeee… Nie marudzę w ten dzień małych szczęść! Jutro będzie gorzej. Siedzę i czekam, pewnie padnę i nie obejrzę walki, no ale liczę na to, że chęć na sen mi minie. Prześpię co prawda całą niedzielę za to, ale czego się nie robi dla poczucia dobrze spełnionego patriotycznego obowiązku.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl