×
☰
Clayface, reż. James Watkins.

Clayface. Recenzja kolejnej odsłony komiksowego uniwersum DC

Jak to miło, że wciąż istnieją zwiastuny, którym można ufać. Zwiastun Clayface zapowiadał komiksowy body horror z odpowiednią dawką makabry i dokładnie taki film trafił do kin. Recenzja filmu Clayface.

O czym jest Clayface

Matt Hagen (Tom Rhys Harries) ma u stóp filmowy świat Gotham City i okolic. Z nominacją do Oscara i sławą aktora metodycznego jego kariera stoi otworem. Jedyne, co może stanąć na drodze Hagenowi, to sam Hagen, choć początkowo wydaje się, że to sympatyczny i kumaty gość. No ale podczas spontanicznej imprezy poznaje dziewczynę gangstera (Joana Ribeiro, David Dencik), z którą spędza noc, a nazajutrz, otoczony przez złoczyńców, traci twarz. Nie tak metaforycznie, ale dosłownie. Lica Hagena zostają pocięte brzytwą i do widzenia, kariero, dzień dobry, materacu z karaluchami w najnędzniejszej dzielnicy Gotham. Jedyną nadzieją aktora jest eksperymentalna nanoterapia, nad którą pracuje pani doktor Caitlin Bates (Naomi Ackie). I jak to zawsze w przypadku eksperymentalnych terapii bywa – najpierw jest bardzo fajnie, a za chwilę pojawiają się skutki uboczne.

Zwiastun filmu Clayface

Recenzja filmu Clayface

Warner Bros., zanim kupili je ci z Paramountu i cholera wie, co teraz będzie, potrafiło zaryzykować pieniądze na projekt, który niekoniecznie wpisywał się we współczesną modłę i mógł wydawać się przynajmniej ryzykowny. Tak było choćby w przypadku bardzo fajnego Wcielenia, ale też w przypadku Clayface, który zaczął powstawać przed głośną fuzją i pewnie tylko to sprawiło, że został zrealizowany. W sytuacji, gdy nie wiadomo, co z odnowionym DCEU, ostatnie, czego trzeba kierownictwu, to krwawego komiksowego horroru w świecie, w którym widzowie przyzwyczaili się do komiksiaków w PG-13. Żeby to jeszcze był jakiś Aquaman vs. Wonder Woman, to jeszcze. Ale anonimowy Facet Glina? (Nie mylić z RoboCopem). A jednak udało się przeprowadzić do końca ten dziwny eksperyment, w którym Gunn i Safran powiedzieli, że pomiędzy Supermanem i Supergirl zrobią horror o Clayface’ie.

Ja tam się cieszę z tego powodu, bo od początku kibicowałem projektowi. Nie, żebym był fanem Clayface’a, bo nawet nie słyszałem wcześniej o jego istnieniu. No ale lubię wysokobudżetową makabrę, bo to zawsze jest szansa na to, że zaskoczy czymś więcej niż niskobudżetową makabrą. I niby wiem, że to tylko 40 milionów dolarów budżetu, ale jednak Warner Bros. zobowiązuje. Poza tym scenariusz napisał Mike Flanagan, którego przedstawiać nikomu nie trzeba. No, jeśli to wyjdzie tak, jak myślę, to może być fajnie – myślałem. I wyszło. Fuck yeah!

Kiedy słyszysz o body horrorze i gwieździe filmowej, która przegrywa starcie z fizycznością, od razu do głowy przychodzi Substancja, bo inaczej być nie może. Jest to skojarzenie właściwe, bo Clayface to z grubsza męska odpowiedź na Substancję i bez jej sukcesu nie byłoby nawet możliwości, by Clayface powstał w takiej formie, w jakiej powstał. No i dobrze, ale ja w kwestii porównawczej wolę sobie myśleć akurat o innym tytule, z którym film wyreżyserowany przez Jamesa Watkinsa ma dużo wspólnego. Mało znany, powstały gdzieś na uboczu, makabryczny horror na podstawie komiksu – Darkman Sama Raimiego, nie chce być inaczej. No i dla mnie ów Clayface to taki właśnie współczesny Darkman. Wystarczająca rekomendacja, bo Darkmana zawsze lubiłem, nawet gdy przepadał finansowo. Clayface’owi niby też to grozi, ale jednak pierwszy weekend w kinach wypadł dla niego obiecująco i może, może, wielkie może będzie z tego coś więcej? Choć jak dla mnie ta historia zamknęła się w odpowiednim momencie i nie jestem pewien, czy ciągnięcie jej w solowy sposób ma w ogóle jakiś sens. Różnie więc być może, ale niezależnie od tego, jak różnie, warto do kina na Clayface’a się wybrać, bo nie dość, że to fajny rozrywkowy film, to jeszcze przykład na to, jak można zrobić film komiksowy, by nie był stworzony według tego samego prawidła co 90 procent filmów o komiksowych super bądź antybohaterach.

Fabuła Clayface’a rozgrywa się z grubsza na dwóch płaszczyznach. Płaszczyzna pierwsza to geneza złoczyńcy, w którego stronę zmierza Matt Hagen szybciej, niż zdąży powiedzieć: „Pocięli mi twarz brzytwą”. Jak to w porządnej genezie złoczyńcy bywa, przyszły złol nie od razu rodzi się pojebem. Najciekawsze są bowiem te historie, w których złoczyńca zaczyna jako sympatyczny człowiek, który ma serce po właściwej stronie. Można wręcz powiedzieć, że to jedyne słuszne podejście do tego tematu, bo co to za złoczyńca, co od małego urywał głowy kotom w komórce? Ciekawiej jest zagłębić się w psychikę człowieka, którego okoliczności ukształtowały na złoczyńską modłę. Oczywiście nie mówię, że film Watkinsa przeprowadza tę wiwisekcję niczym Ingmar Bergman w filmie na podstawie scenariusza Krzysztofów Piesiewicza i Kieślowskiego, ale nawet taka analiza wykonana przez absolwenta Uniwersytetu Chłopskiego Rozumu jest atrakcyjna emocjonalnie.

Płaszczyzna druga to z kolei klasyczne kino zemsty, w którym źli ludzie czynią dobremu (?) człowiekowi zło i on postanawia odpłacić im pięknym za nadobne. Ta płaszczyzna w Clayface jest również satysfakcjonująca, głównie za sprawą tego, co najważniejsze – efektownych scen śmierci. Być może momentami zbyt groteskowych, ale satysfakcjonująco makabrycznych. W tym przypadku kamera zaskakująco często, jak na produkcję dużego studia, nie odwraca swojego oka od obrazów przecinania skóry i tego typu atrakcji. Widać było po reakcjach widowni, że zostało to pokazane skutecznie, a mięśniak siedzący obok mnie i odwracający głowę od ekranu w scenie z obieraczką do warzyw jest tego najlepszym dowodem. I nie piszę tego, żeby tutaj lansować się na gieroja, który siedział, patrzył i nie odwracał głowy od ekranu. No może nie odwróciłem, ale na mnie też działają takie sceny o wiele sugestywniej niż jakieś rozpirzanie głowy shotgunem. Pewnie dlatego, że łatwiej jest mi sobie wyobrazić, co można czuć podczas obierania się ze skóry obieraczką do warzyw.

No i to już chyba wszystkie najważniejsze informacje. Polecam wybrać się do kina, bo może to być ostatnia szansa na zobaczenie czegoś takiego w kinie na naprawdę dłuższy czas.

(2679)

Jak to miło, że wciąż istnieją zwiastuny, którym można ufać. Zwiastun Clayface zapowiadał komiksowy body horror z odpowiednią dawką makabry i dokładnie taki film trafił do kin. Recenzja filmu Clayface. O czym jest Clayface Matt Hagen (Tom Rhys Harries) ma u stóp filmowy świat Gotham City i okolic. Z nominacją do Oscara i sławą aktora metodycznego jego kariera stoi otworem. Jedyne, co może stanąć na drodze Hagenowi, to sam Hagen, choć początkowo wydaje się, że to sympatyczny i kumaty gość. No ale podczas spontanicznej imprezy poznaje dziewczynę gangstera (Joana Ribeiro, David Dencik), z którą spędza noc, a nazajutrz, otoczony przez…

Ocena Końcowa

7

w skali 1-10

Podsumowanie : Matt Hagen, gwiazdor filmowy z Gotham, traci twarz i poddaje się eksperymentalnej terapii, która prowadzi go w stronę potworności. Clayface to krwawy body horror i kino zemsty, które udowadnia, że film komiksowy nie musi być kolejnym superbohaterskim produkcyjniakiem.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004