Obi-Wan Kenobi (2022), reż. Deborah Chow. Netflix+.
Obi-Wan Kenobi (2022), reż. Deborah Chow. Netflix+.

Obi-Wan Kenobi. Recenzja serialu platformy Disney+

Z dużą biblioteką oryginalnego kontentu przychodzi duża odpowiedzialność – chciałoby się powiedzieć. O tym samym przekonywać będą nas na śmierć i życie włodarze Disneya i wszelkie osoby związane z rozwojem uniwersum Gwiezdnych wojen. Ale to po czynach je poznacie. A te popełnione przy serialu Obi-Wan Kenobo wskazują co najwyżej na to, że mimo wszystko chodzi tylko o pieniądze. Recenzja serialu Obi-Wan Kenobi. Disney+

O czym jest serial Obi-Wan Kenobi

Dziesięć lat po wydarzeniach zaprezentowanych w filmie Zemsta Sithów, Obi-Wan Kenobi (Ewan McGregor) ukrywa się na planecie Tatooine (to prawdziwy mistrz zapadnięcia się pod ziemię – ze wszystkich planet w Galaktyce wybrał Tatooine, a nazwisko zmienił na Ben Kenobi), gdzie zajmuje się krojeniem ryb i sekretnym pilnowaniem Luke’a Skywalkera zabunkrowanego u wujostwa Owena i Beru. Tymczasem w Galaktyce trwają łowy na pozostałych przy życiu mistrzów Jedi. Szczególnie Obi-Wan jest łakomym kąskiem dla jego byłego ucznia Anakina Skywalkera, który po wymordowaniu dzieci Jedi i straceniu kończyn, przepoczwarzył się w Dartha Vadera. Aby wkraść się w łaski Dartha Vadera, inkwizytorka Reva (Moses Ingram) postanawia wywabić Kenobiego z ukrycia. Aby go do tego skłonić, dokonuje śmiałego porwania córki senatora Organy.

Zwiastun serialu Obi-Wan Kenobi

Recenzja serialu Obi-Wan Kenobi

Nie mam nic przeciwko wykorzystaniu Gwiezdnych wojen przez studio Disneya. Wydali kupę kapuchy, żeby odkupić markę i teraz kombinują, w jaki sposób miałaby się im ta inwestycja zwrócić. Najprostszy pomysł to oczywiście nieśmiertelne „wincyj!”. W tym akurat przypadku uwaga Disneya zwrócona została na wątki, które można by wykorzystać w tworzeniu seriali napędzających dobrze naoliwioną machinę Disney Plusa. W pierwszych sześciu filmach Sagi znalazło się wiele wątków i bohaterów, którzy idealnie nadają się na bohaterów nowych produkcji. I te produkcje – raz lepsze, raz gorsze – powstają. I spoko, o ile są lepsze to już zupełnie nie mam z tym żadnego problemu. Gorzej, gdy mowa o gorszych. A tych podejrzewam może być coraz więcej, bo zamiast w jakość podąża to wszystko w ilość.

Na papierze opowieść o Obim-Wanie zapowiadała się na samograj. Dość szybko ubity w Nowej nadziei, wykorzystany potem/wcześniej w Trylogii Prequeli – jednym słowem: kultowy. Szczególnie dla osób, które przez lata nie śledziły tych wszystkich książek, komiksów i innych animków, które przyniosły nowych bohaterów. Bohaterów, którzy teraz będą mieli swoje własne seriale. No ale Obi-Wan z będącym w pakiecie Darthem Vaderem – no zainteresowanie +1000. Szczególnie że na potrzeby serialu do tych ról wrócili McGregor i Hayden Christensen. Wydawało się, że jeśli inne gwiezdnowojenne seriale nie wyjdą, to ten wyjść musi. W końcu zabrali się za filar tego uniwersum.

Hype skończył się wraz z premierą pilotowego odcinka, który przyniósł zaskakujący zwrot akcji dla osób, które po trailerze spodziewały się trochę czegoś innego. W tym momencie moje zainteresowanie serialem jeszcze nie osłabło, choć nie powiem, żebym się nie wynudził albo nie parsknął, gdy zza drzewa wybiegł Flea. Jak już ustaliliśmy, jestem dość pobłażliwy dla produkcji z tego uniwersum i nie są dla mnie świętością. Są jednak czymś, co oglądam od dziecka i czymś, co ma dla mnie jakieś tam znaczenie. Co widać porównując je do konkurencyjnych seriali Marvela. To stosunkowo nowe uniwersum nie zdołało wyryć we mnie takich emocji jak oglądane za dzieciaka Gwiezdne wojny. A co za tym idzie, marvelowskie seriale Disney+ przeważnie topornie mi wchodzą. Nawet jeśli obiektywnie są lepsze/ciekawsze, to i tak bardziej ciekawią mnie te starwarsowe produkcje. I nie ma się co dziwić. Z pierwszymi seansami oryginalnej Trylogii mam masę wspomnień, a co do filmów Marvela nie pamiętam już nawet, kiedy i w jakich okolicznościach je oglądałem po raz pierwszy.

Dlatego teoretycznie ten cały „fan serwis” jest dla mnie totalnie akceptowalny, choć za fana się nie uważam. Podoba mi się jednak, że kumam smaczki, rozpoznaję mrugnięcia okiem i dostaję dopowiedzenia do zasygnalizowanych lata wcześniej wydarzeń. Nawet jeśli nie do wszystkich, bo tzw. (starego) kanonu nie znam aż tak dobrze. To samo było w Mandalorianie, to samo w Księdze Boby Fetta, to samo teraz w Obi-Wanie. Tyle, że może co za dużo, to niezdrowo? Choć chyba bardziej: nie potrafisz, nie pchaj się na afisz.

Bo poza tymi smaczkami, nawiązaniami, sentymentami, nie ma w serialu Obi-Wan Kenobi nic więcej. Jeśli ponowny pojedynek Obiego-Wana i Dartha Vadera nie budzi w tobie absolutnie żadnych emocji – coś zdecydowanie musi być nie tak. Ale to coś nie tak pojawia się tu głównie na poziomie opowiedzianej historii. To historia zupełnie zbędna, której wcale nie musiałem poznawać. OK, w tłumaczeniach twórców ładnie brzmi to całe „zawsze zastanawialiśmy się, dlaczego Leia uderzyła o pomoc do Obiego-Wana”, ale okazało się, że nie trzeba było całego serialu, żeby się tego dowiedzieć. Chyba wystarczyłoby powiedzieć: a bo tak i tak, ale to za słabe, żeby kręcić z tego cały serial. A w zasadzie to trochę dłuższy film, bo te sześć różnych metrażowo odcinków składa się na taki właśnie długi film, który obecnie nazywany jest serialem limitowanym.

Naprawdę trudno angażować się w historię, której finał jest znany. Wiadomo, że Vader nic nie zwojuje, wiadomo, że wszyscy przeżyją, wiadomo, że Luke się ocknie, choć muzyka będzie podpowiadać, że już na pewno umarł. Wszystko wiadomo, więc serial łatwo zaczyna jawić się jako próba zarobienia kapuchy, co w jego przypadku należy czytać jako próbę nagonienia nowych abonentów Disney+. Chodźcie, mamy też serial o Obim-Wanie Kenobim. A oni idą, by się przekonać, że spokojnie mogli żyć bez niego. Nie wniósł do historii Gwiezdnych wojen właściwie nic. No chyba, że Reva dostanie swój własny serial, bo taka biedna, hejterzy ją atakują.

Co gorsza, realizacyjnie Obi-Wan Kenobi też się nie broni. Średni scenariusz często pcha historią na mielizny banalnych dialogów i śmiechowych sytuacji, jak ta z ostrzelaniem rogatki z blastera, choć wystarczyło przejść obok. Wizualnie również nie dowozi, a ta cała technologia wyświetlania tła na wielkich ekranach LCD tym razem wydaje się bardziej wrogiem niż przyjacielem serialu. Widać ten „bluescreen” o wiele bardziej i częściej niż powinno.

Z dużą biblioteką oryginalnego kontentu przychodzi duża odpowiedzialność – chciałoby się powiedzieć. O tym samym przekonywać będą nas na śmierć i życie włodarze Disneya i wszelkie osoby związane z rozwojem uniwersum Gwiezdnych wojen. Ale to po czynach je poznacie. A te popełnione przy serialu Obi-Wan Kenobo wskazują co najwyżej na to, że mimo wszystko chodzi tylko o pieniądze. Recenzja serialu Obi-Wan Kenobi. Disney+ O czym jest serial Obi-Wan Kenobi Dziesięć lat po wydarzeniach zaprezentowanych w filmie Zemsta Sithów, Obi-Wan Kenobi (Ewan McGregor) ukrywa się na planecie Tatooine (to prawdziwy mistrz zapadnięcia się pod ziemię – ze wszystkich planet w Galaktyce wybrał…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Trwają czystki niedobitków Jedi. Aby wywabić z kryjówki Obiego-Wana Kenobiego, podwładna Dartha Vadera realizuje sprytny plan porwania jednej z osób, na których zależy mu najbardziej. Zbędny serial, niepotrzebna do szczęścia historia. W parze z niestarannym scenariuszem idzie tu słabsza niż można by oczekiwać po Disneyu realizacja. W efekcie powinien Obi-Wan dalej ukrywać się w jaskini i czekać na coś lepszego.

4 odpowiedzi

  1. Zakup SW juz sie zwrocil po samych filmach, zaplacili za to 4mld teraz juz czysty zysk. A odczucia mam takie same, mialo zachwycac a kompletnie nie rusza. Scena z rouge one gdy na samym koncu pojawia sie Vader wzbudzila we mnie wiecej emocji niz caly ten serial.

  2. Quentin

    Z tym zarabianiem na streamingach to nie takie proste i do kasy. Przede wszystkim nie wiesz, ile dana produkcja zarobiła. Wystarczająco za dużo, niewiele, wcale. To wszystko pracuje na całą machinę, jaką jest platforma streamingowa i możesz co najwyżej szacować. Ale nie dowiesz się, czy to ten serial nagonił ci użytkowników, czy może inny. Czy przez niego parę osób odsubskrybowało, czy nie. Czy może dzięki niemu użytkownicy płacą ci co miesiąc, a może nie dzięki niemu. Ten „czysty zysk” w tym przypadku to bardziej skomplikowana sprawa. Wyprodukowanie serialu kosztuje (OBK na pewno tani nie był, choć czasem wygląda), zyski idą na funkcjonowanie platformy i nowe produkcje. Świat pełen jest bankrutów, którzy zarabiali kiedyś na czysto krocie :)

  3. Co do tego zwracania sie na streamingach – pełna zgoda. Ja odnosiłem się do konkretnego zdania „Wydali kupę kapuchy, żeby odkupić markę i teraz kombinują, w jaki sposób miałaby się im ta inwestycja zwrócić. ” No wiec zakup marki sie zwrocil juz po samych filmach. Marvel juz kilkakrotnie. Wiec seriale oczywiscie musza sie zwrocic bo wpakowana tam kasa jest duza, ale nie odrabiaja juz za zakup marek. Z drugiej strony disney jak apple jest tak bogaty ze moze i przez 5 lat straty przynosic ale jak wykonczy netfliksa to sie oplaci.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl