Księga Boby Fetta, The Book of Boba Fett. Disney+.
Księga Boby Fetta, The Book of Boba Fett. Disney+.

The Book of Boba Fett. Recenzja serialu Księga Boby Fetta. Disney+

Czymże byłby Q-Blog bez narzekania? No właśnie. Zanim więc recenzja wspomnianego w tytule serialu, ponarzekajmy sobie troszkę. A właściwie to nawet nie ponarzekajmy, ale zarysujmy sytuację. Kwarantanna młodej, ferie, teraz przeziębienie autora – i cyk, dwa tygodnie bez wpisu na Q-Blogu. Przy ostatniej częstotliwości nie jest to czymś dziwnym i niespotykanym, ale nawet jak na mnie – dwa tygodnie to trochę przesada. A, co gorsze, nie za bardzo wiem, o czym by tu napisać. W kinie nie byłem od trzech tygodni, na streamingu też za wiele nie widziałam. Głównie jadę na serialach, ale do pisania o nich muszę mieć dodatkową melodię. Z drugiej strony czuję presję napisania czegoś, żeby nie straszyło bezwpisową dziurą. Z trzeciej, może gdybym zamiast pisania coś obejrzał, to miałbym potem o czym napisać? No nie jest łatwo siedzieć w mojej głowie z tymi wszystkimi myślami na temat tego, co chciałbym zrobić i co z tego wszystkiego wybrać, bo wszystkiego nie zrobię, a w efekcie skończy się tak, że nic nie zrobię.

Skłamałem zatem, trochę narzekania też było. A teraz spróbuję powalczyć z tym całym chce mi się, ale mi się nie chce i coś nastukam na Q-Bloga. Choć właściwie mógłbym wrzucić już tylko to i w temacie zaznaczyć, że „informacyjnie” i żartobliwie dopisać „goła baba”, żeby wyszedł jakiś clickbait.

PS. A trzeba wiedzieć, że koncepcji na temat tego, co chciałbym zrobić jest wiele. Chciałbym np. zapytać, czy jest tu (albo bardziej na Q-Fejsie, bo tam istnienie trochę większe Q-życie) ktoś, kto zna się na SEO i zająłby się przerobieniem Q-Bloga w coś, co korzystałoby na bogatych przecież zasobach recenzji i wypluwało je w guglach wyżej niż na siedemnastej stronie. Nie wierzę w to całe „a bo rzadko dajesz wpisy to ludzie nie zaglądają”. Tzn. wierzę, ale wierzę też w to, że z ogarniętym SEO, kilka recenzji mogłoby pracować na statystyki tak jak niestrudzenie od zawsze pracują na nie „imprezowa gra karciana” i „slang więzienny”. Tak, to najpopularniejsze wpisy na Q-Blogu pod kątem klilkalności… No więc chciałbym o to zapytać, a także o wycenę takiej ingerencji – i może w końcu o to zapytam, na razie tylko chciałbym. Tak samo jak chciałbym np. ruszyć z podcastem o filmach ery VHS-u, ale cały czas wydaje mi się, że nie mam kiedy, nie bardzo wiem jak i w ogóle nie ma sensu tego zaczynać, bo w sumie nie wiem czemu. Bo musiałbym pewnie siedzieć nad tym po nocach, a to jedyny czas na obejrzenie czegokolwiek… I koło się zamyka.

A teraz czas na zapowiadaną we wstępie (he, he, he) recenzję serialu Księga Boba Fetta. Recenzja serialu The Book of Boba Fett.

O czym jest serial The Book of Boba Fett

Po pozbyciu się Biba Fortuny, Boba Fett (Temuera Morrison) przejmuje terytorium po Dżabie Hacie i zostaje nowym Daimyo Tatooine. To pozycja, która powinna mu zapewnić szacunek i strach w oczach innych mieszkańców planety, ale się tak nie dzieje. Ktoś tam czasem wpadnie pokłonić się i oddać jakiś podarek, ale cała reszta raczej nie traktuje Boby poważnie. Jest na Tatooine wielu kryminalistów i innych cwaniaków, którzy uważają się za lepszych, bardziej odpowiednich do trzęsienia planetą i groźniejszych od Fetta. Nie zraża to jednak naszego tytułowego bohatera i z pomocą Fennec Shand (Ming-Na Wen) postanawia zmienić panującą sytuację. Tymczasem dookoła kwitnie sobie handel pustynną przyprawą, który kontroluje niejaki Syndykat Pyke’ów. I wiele wskazuje na to, że to nimi trzeba się będzie zająć, zanim Fett dochrapie się do pełni władzy na Tatooine.

Zwiastun serialu The Book of Boba Fett

Recenzja serialu The Book of Boba Fett

Historia powstania serialu The Book of Boba Fett sięga końcówki drugiego sezonu The Mandalorian, kiedy to niespodziewanie, zamiast sezonu numer trzy, zapowiedziany został serialowy spin-off. Czyli The Book of Boba Fett właśnie. Ale tak naprawdę historia powstania tego serialu sięga jeszcze dalej, bo oryginalnej trylogii, w której pan Boba Fett mignął w trzech scenach na krzyż i to wystarczyło, żeby zostać ulubieńcem fanów. Na tyle, że na jego postaci oparta została kolejna trylogia filmowa, a teraz powrócił w dwóch pierwszych gwiezdnowojennych serialach platformy Disney+.

No i trzeba przyznać, że trafił się ten Boba Fett Temuerze Morrisonowi jak ślepej kurze ziarnko. Chcąc zachować ciągłość, czy co tam przyświecało twórcom, nie bawili się w ponowne obsadzanie tej postaci, ale zadzwonili do Morrisona, żeby powtórzył rolę. W The Mandalorian stanowił raczej trzecie tło, a do tego często chodził w hełmie, więc nie stanowiło to wielkiego problemu. Sytuacja trochę zmienia się w solowym serialu poświęconym tej postaci. Na barkach mało znanego nie bez powodu, ale kojarzonego Morrisona spoczął cały (no prawie) serial i wydaje się, że tę kultową postać Boby Fetta można było obsadzić lepiej niż facetem, który wydał fortunę na dentystę, ale się nie opłaciło, bo dziwnie wygląda z tymi idealnymi zębami, które odwracają uwagę od serialu w stronę kpin.

Gdyby więc szukać najsłabszych elementów serialu, to trzeba by się zwrócić właśnie w stronę Morrisona. Trochę słabo, bo to tytułowy bohater serialu i tu nie powinno być zgrzytów. Gorzej, że nie domaga też sama pokazana tu opowieść. Nie ma jej właściwie żadnej i ciężko jest już choćby napisać streszczenie fabuły, bo sprowadza się do kolesia, który będzie walczył z niezbyt efektownymi czarnymi charakterami o jakąś przyprawę, która nikogo nie obchodzi. Dej młodego Luke’a Skywalkera.

Paradoksalnie – jak na serial bez ciekawej fabuły i charyzmatycznego bohatera (na szczęście trochę chodzi w hełmie) – daleki jestem od krytykowania The Book of Boba Fett, bo oglądało mi się go dobrze. Nie oczekiwałem po nim żadnych cudów, nie oceniałem klatka po klatce jako wielki fan Gwiezdnych wojen, który wszystko wie najlepiej na temat tego jak coś powinno wyglądać. Nie lubię tego. To tak jak z tym gadaniem kibiców, że Legia to oni. Nie uzurpuję sobie prawa do zjedzenia wszystkich rozumów i oglądania serialu z pozycji tajemniczego klienta. Wychodzę z założenia, że coś albo się dobrze ogląda, albo się tego dobrze nie ogląda i wtedy trzeba to coś wyłączyć. Oczywiście bywa, że pozuję w moich recenzjach na takiego wszechwiedzącego mądralę, który wie lepiej od wszystkich co powinno być i jak, ale w tym przypadku nie czuję takiej potrzeby. Zdając sobie sprawę ze słabości The Book of Boba Fett, zdaję sobie też sprawę z tego, że dostałem serial o jakości takiej, o której parę lat temu nikt nawet nie śmiałby śmiać. A teraz wygląda na to, że takie produkcje są w stanie wypluwać po pięć rocznie i nie ucierpi na tym zbytnio produkcyjna ich jakość. Choć nadal najbardziej efektowne są te rysunki na napisach końcowych odcinków.

The Book of Boba Fett jedzie na nostalgii widza i tego nie ukrywa. Całą jego wartością jest ten cały fan serwis, którego to określenia nie lubię i dlatego w mojej głowie są to staromodne smaczki. Kiedyś utykano takie gdzieś na trzecim tle w dwóch scenach, a teraz budowane są na nich całe seriale. Nie inaczej jest w The Book of Boba Fett, z którego po wycięciu tych wszystkich nawiązań, do tego co było, nie pozostałoby nic godnego uwagi. A tak to co odcinek dowalają nam tu jakieś czarne Wookie albo historie o tym, jak Boba wydostał się z jamy Sarlacca, czy jak mu tam było. I to główne momenty, w których jakoś tak ciekawiej siedzi się przed ekranem, jeśli w jakiejś części zna się Sagę. Bez znajomości poprzednich produkcji spod znaku Gwiezdnych wojen nie ma co nawet zasiadać do oglądania. The Mandalorian pod tym względem wypada dużo mniej hermetycznie, choć im dalej w tamten serial, tym liczba smaczków istotnych dla fabuły też rośnie.

Na pewno zaletą The Book of Boba Fett jest niewielka liczba jego odcinków. Do tego zresztą trzeba się przyzwyczaić w serialowych produkcjach Disneya, bo ich twórcy nie zamierzają docierać zbyt daleko z wydarzeniami w nich przedstawionymi. Mają dokładnie odmierzoną liczbę nawiązań, które w danym serialu będą eksplorować i tego się trzymają. Fani se ponarzekają, ale oglądać i tak będą. Zresztą tychże fanów nie zadowolisz, choćbyś na głowie stanął. Tego akurat jestem pewny. Chcieli trzeci sezon The Mandalorian, dostali Bobę Fetta. Źle. No to dostali dwa odcinki The Mandalorian w Boba Fecie. Też źle, ło jaka beka z Disneya, że główny bohater poszedł w odstawkę na dwa odcinki. Zapewniam, że Morrison na pewno na to nie narzeka, bo jak już pisałem, ślepa kura i tak dalej. Wszystkich wszystkim nie zadowolisz i wyjścia masz dwa: możesz spróbować, albo możesz nic nie robić i zostawić temat w spokoju. Czy na pewno kręcący nosem na The Book of Boba Fett byliby szczęśliwsi, gdyby ten serial nigdy nie powstał? Nie jestem tego do końca pewien. Jak dla mnie wystarczy przeświadczenie, że autorzy serialu mają szacunek do materiału źródłowego i nie czuć podczas oglądania, że to perfidny skok na kasę.

Nie czuć, bo to serialowa produkcja najwyższej jakości. Nawet jeśli CGI czasem nie dowozi, to i tak takiej jakości w polskim kinie/serialu nie doczekamy się za sto lat. Podobnie jak The Mandalorian, również The Book of Boba Fett utrzymany jest w konwencji westernu, czemu sprzyja umiejscowienie akcji na pustyni. Bywa, że serial przynudza tu i ówdzie, ale potrafi się odwdzięczyć fajną muzyką, scenami emocjonującej akcji, no i tym wykorzystaniem każdego, nawet najmniejszego kawałka nostalgii na rozwinięcie go w całe backstory czy uczynieniem na maksa pobocznych postaci poprzednich produkcji, postaciami mniej pobocznymi.

Nie mam absolutnie nic przeciwko kolejnym starwarsowym produkcjom i póki co nudzą mnie mniej niż produkcje marvelowskie, które uśpiły mnie już Falconem, a następnych nie chciało mi się włączać. Jednak dużo większą sympatią darzę Star Warsy od Marveli.

Czymże byłby Q-Blog bez narzekania? No właśnie. Zanim więc recenzja wspomnianego w tytule serialu, ponarzekajmy sobie troszkę. A właściwie to nawet nie ponarzekajmy, ale zarysujmy sytuację. Kwarantanna młodej, ferie, teraz przeziębienie autora – i cyk, dwa tygodnie bez wpisu na Q-Blogu. Przy ostatniej częstotliwości nie jest to czymś dziwnym i niespotykanym, ale nawet jak na mnie – dwa tygodnie to trochę przesada. A, co gorsze, nie za bardzo wiem, o czym by tu napisać. W kinie nie byłem od trzech tygodni, na streamingu też za wiele nie widziałam. Głównie jadę na serialach, ale do pisania o nich muszę mieć dodatkową…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Po przejęciu terytorium niegdyś należącego do Jabby the Hutta, Boba Fett robi, co w jego mocy, aby twardo usadowić się na czele kryminalnego półświatka bardzo odległej galaktyki. Fabularnie serial nie ma wiele intersującego do zaoferowania. Akcja stoi w miejscu, jak to tylko możliwe, jeśli chodzi o rozwój uniwersum. Zatrzęsienie nawiązań do poprzednich produkcji spod znaku Star Wars oraz wysoka jakość produkcyjna wystarczą jednak, żeby oglądać to z przyjemnością.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl