Venom 2: Carnage, Venom: Let There Be Carnage (2021), reż. Andy Serkis.
Venom 2: Carnage, Venom: Let There Be Carnage (2021), reż. Andy Serkis.

Venom 2: Carnage. Recenzja filmu Venom: Let There Be Carnage

Bywają filmy, które są tak nędzne, że po ich kontynuacjach człowiek nie spodziewa się niczego dobrego i jeśli już je ogląda to do obierania ziemniaków. I wtedy czasem okazuje się, że twórcy odrobili pracę domową, poprawili to, co było złe i w efekcie wyszło fajne i zaskakujące kino rozrywkowe, które po prostu fajnie się ogląda. To nie jest przypadek takiego filmu, ale bywają. Recenzja filmu Venom 2: Carnage.

O czym jest film Venom 2: Carnage

Eddie Brock (Tom Hardy) i symbiot Venom w jednym spali domku. Eddie na kanapie przed telewizorem, a Venom w Eddie’m, marząc o świeżych, ludzkich mózgach. Mimo znaczących różnic charakterów, tej niezwykłej dwójce udaje się jakoś dogadywać. Choć Eddie wciąż wzdycha do swojej Anny (Michelle Williams), wie, że nie ma większych szans na to, aby do niej powrócić. Lepiej rysuje się jego sytuacja zawodowa. Brock był kiedyś rozchwytywanym dziennikarzem, ale zaprzepaścił to wszystko. Teraz pojawia się szansa na odkupienie, wraz z propozycją wywiadu, jaką otrzymuje. Wywiadu z nie byle kim, bo z seryjnym mordercą Cletusem Kasadym (Woody Harrelson). Brock z propozycji korzysta, a dzięki pomocy Venoma, poznaje największy sekret Cletusa. I kiedy wydaje się, że wszystko skończy się śmiertelnym zastrzykiem, Cletus odkrywa w sobie niespodziewanego gościa. Czerwonego symbiota Carnage’a.

Zwiastun filmu Venom 2: Carnage

Recenzja filmu Venom 2: Carnage

Jest na świecie wiele nierozwiązanych po dziś dzień tajemnic. Czy kosmici rzeczywiście pomogli w budowie piramid? Kto zabił JFK-a? Jakim cudem pierwszy Venom zarobił miliard dolarów? Nie wiadomo. Coś jednak musi być na rzeczy – przynajmniej w tej ostatniej kwestii – bo kontynuacja Venoma również dobrze poradziła sobie w box-office, choć wystartowała w pandemii pomiędzy innymi Marvelami konkurencyjnego Disney Studios.

Nie podejmę się prób zrozumienia tego fenomenu, bo zwyczajnie nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało. Nie odmówię jednak twórcom serii konsekwencji. Posiadając produkt, który zarobił miliard baksów, nakręcili równie głupi i nieudolny film jak pierwsza część. Nie daj Boże coś by tu jeszcze poprawili i nie zarobili. A tak mogą świętować – ludzie chcą oglądać marne filmy takie jak Venom 2: Carnage.

Nie zmienia się największy mój zarzut pod kątem filmu. Pal licho jego fabułę, wykonanie itp., ale kto wymyślił, żeby obsadzić w nim Toma Hardy’ego to nie wiem. Na własne oczy widzę dowód sensowności takiej decyzji, bo przecież film zarabia, ale mimo to dalej nie wierzę, że ktoś z charyzmą Hardy’ego może grać kolesia, który w ogóle nie posiada charyzmy. Do tej roli potrzeba było tak niespodziewanej decyzji obsadowej jak kiedyś z obsadzeniem Michaela Keatona w roli Batmana. Hardy w ogóle nie pasuje do Brocka i zamiast grać, musi się starać, żeby sprawić wrażenie, że jednak pasuje. Hardy’ego widziałbym w roli superbohatera, który sam potrafi sobie poradzić ze wszystkim i nie potrzebuje boosta w postaci matki, która zrobi mu pranie i ugotuje.

Jednakowoż tym razem Hardy ma łatwiej, bo Woody Harrelson w roli głównego złola jest tu jeszcze bardziej beznadziejny. Przerysowany do tego miejsca, w którym dawno ominięta została granica samoświadomości i celowego grania przerysowanej postaci. Zresztą cały Venom 2: Carnage jest właśnie taki. Tak bardzo chce być pastiszem kina superbohaterskiego, że zamiast być tym pastiszem, widać jak siedzi na kiblu i walczy z zatwardzeniem.

Nie kupuję żadnej samoświadomości twórców tego filmu. Nie wierzę, że celowo zrobili tak zły film. Uważam, że zrobili to z pełną powagą kręcenia udanego kina superbohaterskiego, które fani docenią za kreatywność. Nie czuję tu ani grama niewymuszonego luzu (no może w niektórych scenach kłótni Brocka z Venomem), a zamiast tego czuję za ciężką cegłę wrzuconych do jednego wora absurdalnych pomysłów okraszonych umowną fabułą i beznadziejnymi efektami specjalnymi. Półtoragodzinne wprowadzenie do sceny w trakcie napisów, która jest jedynym celem egzystencji tego superbohaterskiego słabiaka.

Nie mówiąc już o tym okropnym PG-13-zawodzie, który musi towarzyszyć każdemu filmowi z „rzezią” w tytule i ciągłym gadaniem o ludzkich mózgach, w którym nie ma ani sekundy tego typu atrakcji.

(2506)

Bywają filmy, które są tak nędzne, że po ich kontynuacjach człowiek nie spodziewa się niczego dobrego i jeśli już je ogląda to do obierania ziemniaków. I wtedy czasem okazuje się, że twórcy odrobili pracę domową, poprawili to, co było złe i w efekcie wyszło fajne i zaskakujące kino rozrywkowe, które po prostu fajnie się ogląda. To nie jest przypadek takiego filmu, ale bywają. Recenzja filmu Venom 2: Carnage. O czym jest film Venom 2: Carnage Eddie Brock (Tom Hardy) i symbiot Venom w jednym spali domku. Eddie na kanapie przed telewizorem, a Venom w Eddie’m, marząc o świeżych, ludzkich mózgach.…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Eddie Brock i Venom muszą stawić czoła seryjnemu mordercy, w którego ciele rozgościł się morderczy symbiot Carnage. Równie zły, co pierwsza jego część, więc spodoba się fanom jedynki. Reszta może przewinąć do sceny po napisach.

3 odpowiedzi

  1. Wodomierz J. Nikczemnyj

    Oj tam, Panie Łukaszu, wydaje mi się, że okazał się Pan zbyt surowy.
    W końcu to tylko film rozrywkowy dla dzieci czy młodszej młodzieży i z tej perspektywy należy go oceniać.
    Gdybym miał 9 czy 10 lat i poszedł na „Venom: Let There Be Carnage” do kina, to… wróciłbym na niego co najmniej dwa razy i przeżywałbym seans swoim serduszkiem przez circa about trzy tygodnie.
    Z wrodzonej ciekawości zapytam tylko o tytuł wzorcowego filmu o superbohaterze, do którego poziomem winien równać każdy z twórców tego typu dzieł.
    Pozdrawiam serdecznie.

  2. Quentin

    Nie sądzę, aby targetem twórców Venoma byli 10-latkowie, ale w sumie mogę się mylić :).
    Nie jestem fanboyem filmów o superbohaterach, więc raczej w tym przypadku dzielę filmy tego gatunku na podobał mi się, nie podobał mi się. Wzorca z Sevres też nie mam, bo chyba żadnego z komiksiaków nie uważam za dzieło wybitne czy warte zachodu jako po prostu kino, a nie kino komiksowe. Bardziej podobają mi się te na poważnie („Logan” czy s1 „Daredevila”) niż takie „Avengers: Koniec gry”, na którym dwa razy zasnąłem. Ale też nie jest to regułą, bo i luźne komiksowe filmy też potrafią mi wejść.
    Tak czy siak, całe to „Sony Marvel Universum” – za wyjątkiem Spider-Mana – funta kłaków nie jest warte.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl