Beckett (2021), reż. Ferdinando Cito Filomarino. Netflix.
Beckett (2021), reż. Ferdinando Cito Filomarino. Netflix.

Beckett. Recenzja filmu z Johnem Davidem Washingtonem. Netflix

Odzwyczaiłem się od pisania recenzji przez te kilkanaście dni, na które tu nawet nie zaglądałem. Zacznę więc może od czegoś prostego, żeby nie było siary. Recenzja filmu Beckett. Netflix.

O czym jest film Beckett

Becket (John David Washington) przebywa razem ze swoją partnerką April (Alicia Vikander) na wakacjach w Grecji. Właśnie opuścili swój przytulny hotel w Atenach, przy którym miała zostać zorganizowana głośna manifestacja. Będą więc zwiedzać prowincję. Zwiedzanie to jest męczące na tyle, że Beckett w trakcie drogi powrotnej zasypia za kółkiem i bach, tragedia gotowa. Mężczyzna budzi się w szpitalu z krótkimi flaszbakami minionej nocy. Zostaje poinformowany, że niestety, April nie przeżyła wypadku, ale pokazać jej ciała mu nie chcą. Beckett wybiera się więc na miejsce wypadku, gdzie zaczynają do niego strzelać greccy policjanci. Od tej pory będzie stale uciekał.

Zwiastun filmu Beckett

Recenzja filmu Beckett. Netflix

Fascynującą rzeczą w przypadku takich filmów jak Beckett i dziesiątków przykładów innych filmów z ostatnich miesięcy, pozostaje zastanawianie się na tym, po co i jakim cudem takie produkcje powstają. Niby wiadomo, streaming chce mieć pozycje dla każdego. Każdy gatunek, każdy kraj, każdy znany aktor, każdy znany reżyser. Żeby se coś wpisać w gugla i żeby wypluło na pierwszym miejscu wynik z takiego Netfliksa. Bach, odpalamy film, dwie minuty seansu – algorytmy Netfliksa zaliczają produkcję do obejrzanych. Miszyn akompliszd. Żeby tego dokonać trzeba nawalić sto przeciętniaków zamiast jednego dobrego filmu, OK. Ale przecież za tymi tytułami stoją jacyś ludzie, nierzadko znane nazwiska. Czy oni nie czują, że to nudziarstwo odklepane z automatu tylko po to, żeby być częścią dużego obrazka, a nie po to, żeby zapewnić widzowi cokolwiek? Paradoskalnie – technicznie to rzadko są złe filmy. Ale nic ponadto. I często można odnieść wrażenie, że wystarczy napisać cokolwiek, żeby Netflix chciał już to przenosić na ekranik smartfona. Tyle lat narzekaliśmy, że nie ma w Polsce scenarzystów, a tu proszę, ostatnio dzień bez nowego polskiego filmu/serialu na Netfliksie, dniem straconym (odkryli w końcu, że za 3 miliony dolarów można u nas nakręcić Ogniem i mieczem, a wiadomo, że wydają pół miliarda na prawa do dwóch części Na noże).

Wraz z kolegą Beckettem przenosimy się do szaro-burej Grecji widzianej oczyma amerykańskiego twórcy. Zwykle tego typu podróżnicze destynacje są pełne morderczych dzieci i sadystów czekających na rajskich plażach. W Grecji też za wesoło nie jest, bo ani się obejrzysz, a ścigają cię policjanci, a ty mykasz jak gazela po górskich żlebach. Beckett będzie tak mykał przez cały film, a po godzinie to nawet coś tam zacznie się dziać.

Netfliksowy Beckett to takie surowo-kamienne kino przywołujące na myśl europejskie dzieła z lat 70. ubiegłego wieku. Tyle, że pozbawiony emocjonującej historii i bohatera, któremu by się kibicowało. Bo niby coś się tu dzieje, czegoś tam nie wiadomo, jest dość tajemniczo i w ogóle łotdefak, ale finalnie całość sprowadza się do jakiejś mało zrozumiałej intrygi związanej z grecką polityką, kłopotami z Unią Europejską, protestami lewicowych bojówek, zamachami na tle politycznym i związanymi z nimi porwaniami. Kogo to obchodzi? Kogo to obchodzi, gdy zostało to opowiedziane w taki sposób? Widzowi w twarz rzucane są jakieś hasła, a widz sam se je musi poukładać w całość mając na pomoc to, co o sytuacji geopolitycznej dowie się z Faktów i Wiadomości. Panie, zrelaksować się chciałem na filmie z synem Denzela Washingtona!

W efekcie jedynym pozytywem filmu są te greckie widoczki, które niekoniecznie można obejrzeć podczas wycieczki na Kos. Przepastne góry oraz prowincjonalne okolice pełne miejscowych gospodarzy widzianych amerykańskim okiem wsi sprzed pięćdziesięciu lat.

Ale trzeba przyznać, że kusi mnie, aby zapewnić Was o tym, że warto wytrzymać do finału, żeby zobaczyć TĘ końcówkę.

(2489)

Odzwyczaiłem się od pisania recenzji przez te kilkanaście dni, na które tu nawet nie zaglądałem. Zacznę więc może od czegoś prostego, żeby nie było siary. Recenzja filmu Beckett. Netflix. O czym jest film Beckett Becket (John David Washington) przebywa razem ze swoją partnerką April (Alicia Vikander) na wakacjach w Grecji. Właśnie opuścili swój przytulny hotel w Atenach, przy którym miała zostać zorganizowana głośna manifestacja. Będą więc zwiedzać prowincję. Zwiedzanie to jest męczące na tyle, że Beckett w trakcie drogi powrotnej zasypia za kółkiem i bach, tragedia gotowa. Mężczyzna budzi się w szpitalu z krótkimi flaszbakami minionej nocy. Zostaje poinformowany, że…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Amerykański turysta zostaje wplątany w niebezpieczną polityczną rozgrywkę podczas wakacji w Grecji. Kolejna produkcja Netfliksa odbębniona tylko po to, żeby wyskoczyć w wyszukiwarce po wpisaniu hasła „film o Grecji”. Nietrzymający w napięciu thriller w finale przeradzający się w science-fiction.

10 odpowiedzi

  1. To cudownie, że znowu coś napisałeś. :)

  2. Cudownie… :)

  3. O, jakże cudownie, że znowu napisałeś!

  4. A mi się podobało, szczególnie ze względu na hiczkokowy klimat (bardziej lata 60 niż 70), tylko Batman na końcu mi zepsuł seans.
    No i Washington Jr to nie jest „leading man material”, co już w Tenet było widać.
    Takie 6/10, ujdzie w tłumie.

  5. Cudowną wiadomością jest fakt, że znowu napisałeś!

  6. Quentin

    @PLuToN
    Jaka huśtawka nastrojów! „A mi się podobało, takie 6/10, ujdzie w tłumie.” :)

  7. frank drebin

    Szósty czytelnik się melduje 😉

  8. Quentin

    Szaleństwo! Aczkolwiek wydaje mi się, że piąty, bo ten szósty to tylko przyszedł tu podważać moją recenzję! 😀

  9. Od dłuższego czasu zastanawiam się jak to jest z tymi filmami Netflixa. Bo realizacyjnie to jest bardzo wysoka półka, efekty z reguły są spoko, budżet się zgadza, gwiazdy udaje się przyciągać, ale coś niedomaga scenariuszowo. Tylko teraz przecież to nie jest tak, że jakby Netflix jeszcze jeden worek z pieniędzmi rzucił to scenariusz magicznie by się poprawił. Z jednej strony ludzie z branży powinni widzieć niedostatki scenariusza i być w stanie je poprawić. Z drugiej może rzeczywiście jest tak, że te lepsze scenariusze wykupują duże studia za większe pieniądze i potem je zamieniają w filmy kinowe.
    Niemniej jednak w wielu tego typu produkcjach w zasadzie zgadza się wszystko poza scenariuszem, ewentualnie lekko reżyserią. Ale wciąż nie mogę zrozumieć czy Netflix robi to specjalnie czy po prostu tak im wychodzi mimo tego, że się starają.
    Czy skupiają się na serialach, a filmy robią na zasadzie: musimy mieć w portfolio koniecznie film z aktorem X i aktorką Y, ludzie zaczną szukać i zobaczą coś czego jeszcze nie widzieli, bo tylko my to mamy. Nie wiem. Fajnie by było jakiś wywiad poczytać z kimś, kto ma wpływ na to, co będzie robione, a co nie i przekonać się co oni o tym myślą.

    Czytałem kiedyś wywiad z Tomaszem Hajtą, jak jeszcze grał w piłkę, w którym mówił, że on wcale nie jest brutalem i przy każdym wślizgu on jest święcie przekonany, że trafi czysto w piłkę. Tylko czasem mu nie wychodzi i stąd te żółte i czerwone kartki. Ciekawe czy z Netflixem jest tak samo, że im nie wychodzi, czy jednak robią to z premedytacją. Ale jeśli z premedytacją, to jaki w tym sens, żeby specjalnie robić słabe filmy, które przy niewiele większym wysiłku (i to wcale nie finansowym) mogłyby być dużo lepsze?

  10. Quentin

    Tylko po co te filmy miałyby być lepsze? Kilka osób mniej by na nie narzekało, a poza tym to tylko więcej roboty (nawet jeśli niewiele), w trakcie której można by już następny film nakręcić. Moim zdaniem, jedynym wyznacznikiem, na jaki patrzy NF jest liczba subskrybentów. Jeśli ta się zgadza, są zadowoleni i w nosie mają opinie widzów (marudzą, a jednak ich przybywa). Przestanie przybywać, może się zastanowią nad zmianą strategii, a na razie ta strategia im się sprawdza. Do tego mają ten swój logarytm dwie minuty i cyk, produkcja uznana za obejrzaną, dzięki któremu oglądalność liczą w dziesiątkach milionów. Mało kto będzie wnikał w szczegóły, przeczyta, że „Lupina” obejrzało w miesiąc 80 milionów gospodarstw i pomyśli: „A wykupię subskrypcję”. Tam nawet nieoglądalne gówna pokroju „Miłości do kwadratu” są na pierwszym miejscu oglądalności (tu akurat w Polsce). Ludzie lubią narzekać, ale lubią tez mieć na co narzekać (ewentualnie pierwsi coś obejrzeć, żeby się tym chwalić) i dzięki temu to się znów kręci. Teraz, wydaje mi się, kolejnym krokiem jest inwestycja w krajowe produkcji. Za polski film płacą tyle, za co Smith by pierwszej części „Sprzedawców” nie nakręcił, więc o czym tu w ogóle gadać. Za grosze mają kolejne tytuły do portfolio i bach, znów się kręci.

    „Lepiej zrobić dziesięć takich sobie, różnorodnych portali, niż jeden porządny” – powiedział mi ktoś, kiedyś i myślę, że doskonale się to sprawdza w przypadku strategii Netfliksa. Ilość > jakość. Jedyne, co tu chyba do rozkminiania to właśnie kwestia tego, jak udaje im się przekonać tych wszystkich twórców, żeby takie dziadostwa kręcili. Choć tu mam podejrzenie, że jest łatwiej przez tą coraz popularniejszą metodę lizania się po tyłkach. Wystarczy sobie wejść na Instagram i poczytać jak jedne gwiazdy zachwycają się wszystkim, co zrobią drugie gwiazdy i vice versa. Odkryli, że takie wzajemne cmokando nakręca fanów do wielbienia ich jeszcze bardziej. W tym środowisku wszystko jest cudowne, piękne, „ach, kochany, jak ty to pięknie napisałeś!”. Wydaje mi się, że w takiej atmosferze o wiele prościej przekonać kogoś, że dany projekt jest lepszy niż się pierwotnie wydawało. Kiszą się w swoim sosie, a powiedz słowo, to jesteś hejterem.

    Jednym :) słowem tu na pewno działa wiele czynników, ale sprowadza się do tego, ze Netflix to korpo, a nie kochany dziadziuś, który zrobi wszystko dla swojego wnuka. W tym świecie to dziadkowie biorą cukierki od swoich wnuków 😀

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.