Proces Siódemki z Chicago, The Trial of the Chicago 7 (2020), reż. Aaron Sorkin. Netflix.
Proces Siódemki z Chicago, The Trial of the Chicago 7 (2020), reż. Aaron Sorkin. Netflix.

Proces Siódemki z Chicago. Recenzja filmu The Trial of the Chicago 7. Netflix

Aaron Sorkin powraca na salę sądową, gdzie w 1992 roku zmierzył się z tematem fali w wojsku w filmie Ludzie honoru. Tym razem, nie tylko jako scenarzysta, ale też jako reżyser, bierze na tapetę prawdziwą historię ósemki protestantów, którzy w 1968 roku pojawili się w Chicago, by protestować przeciwko udziale Stanów Zjednoczonych w wojnie w Wietnamie. Recenzja filmu Proces Siódemki z Chicago. Netflix.

O czym jest film Proces Siódemki z Chicago

Jest rok 1968. Udział Stanów w wojnie w Wietnamie jest coraz bardziej wyraźny. Tym samym coraz więcej młodych ludzi idzie w kamasze, by walczyć w wojnie na innym kontynencie. Zaangażowanie w wojnę nie podoba się wszelkiej maści aktywistom, którzy coraz wyraźniej wyrażają swoje niezadowolenie. Okazją do tego jest organizowana w Chicago konwencja partii demokratycznej. Pokojowe demonstracje zorganizowane z tego powodu w mieście przeradzają się w starcie pomiędzy protestantami, a policją i Gwardią Narodową. W efekcie ośmioro liderów protestujących organizacji trafia przed sąd. Do ich skazania wyznaczony zostaje ambitny prokurator, który ma udowodnić, że demonstracja była z góry zaplanowanym spiskiem. Oskarżeni utrzymują, że ani nie rozpętali zamieszek, ani nie działali w myśl wcześniej zaplanowanej współpracy pomiędzy organizacjami.

Zwiastun filmu Proces Siódemki z Chicago

Recenzja filmu Proces Siódemki z Chicago

Proces Siódemki z Chicago wyreżyserowany i napisany przez Aarona Sorkina niemal od razu rzuca nas na salę sądową, gdzie pod przewodnictwem sędziego Hoffmana (Frank Langella) rozpoczyna się główny proces. Co za tym idzie nowy film Sorkina to rasowy dramat sądowy, którego akcja niemal w całości rozgrywa się na sali sądowej. Zamieszki z Chicago pojawiają się tu jedynie w formie retrospekcji, a pałowanie demonstrujących ograniczone zostało do niezbędnego minimum. Nie jest to więc opowieść o zamieszkach, która metodycznie odhacza kolejne punkty programu zagłębiając się najpierw w tło całej sytuacji, poprzez późniejsze dokładne odwzorowanie tego, kto, kiedy i gdzie stał, gdy dostał w łeb pałką. Wręcz przeciwnie, wprowadzenie takie zostaje załatwione nad wyraz szybko, co może na początku seansu wprowadzić w lekki zawrót głowy od nadmiaru postaci i typowych dla Sorkina szybkich dialogów. Spokojnie, wszystko w trakcie trwania filmu się wyjaśni, bo „chaos” to ostatnie, co można powiedzieć o filmie Proces Siódemki z Chicago. Żadnego chaosu tu nie stwierdzono, choć ciekawych rzeczy do opowiedzenia jest więcej niż sporo.

Głównie za sprawą bohaterów tej opowieści, spośród których większość zasługiwałaby na osobny film. Nie tylko postawieni przed ławą przysięgłych oskarżeni reprezentujący szerokie spektrum różnorodności ruchów społecznych i walczących o sprawiedliwość dziejową aktywistów, ale też przedstawiciele prawa. Tu na uwagę zasługuje subtelna kreacja Josepha Gordona-Levitta, za którym nie przepadam, w roli prokuratora Richarda Schultza. Umiejętnie oddał on złożoność tej postaci, która z jednej strony zdaje sobie sprawę, że każą mu wygrać przegraną ideologicznie sprawę w myśl naciągniętej do własnych celów praworządności, a z drugiej potępia działanie oskarżonych aktywistów i nie będzie płakał, gdy pójdą siedzieć. Co nie przeszkadza mu zgrzytać zębami na stronniczość prowadzącego sprawę sędziego.

Różnorodność oskarżonych – nie ma błędu w tym, co napisałem wyżej o ośmiu oskarżonych, pomimo wyraźnej siódemki w tytule – pozwala spojrzeć na sprawę walki o sprawiedliwość z wielu różnych punktów widzenia. Pokojowego, rodem z nauk Gandhiego, pragmatycznego i dorosłego, ale też pozornie nieodpowiedzialnego i sprowadzającego się do spółkowania w miejscach publicznych. A także siłowego, za co odpowiedzialny jest Bobby Seale (Yahya Abdul-Mateen II) z Czarnych Panter. Każda ta postawa znajduje tu dla siebie miejsce, choć oczywistymi ulubionymi bohaterami filmu stają się automatycznie Jerry Rubin (Jeremy Strong) i Abbie Hoffman (Sacha Baron Cohen), którzy odpowiedzialni są za większość emocji, jakich dostarcza film Proces Siódemki z Chicago. Głównie uśmiechu za sprawą celnych docinków i ujawniania hipokryzji władzy poprzez poczucie humoru, ale i powagi wtedy, gdy trzeba. W tym momencie pewnie można by napisać o zaskakująco świetnym Cohenie, gdyby nie fakt, że dawno nie powinno to już nikogo zaskakiwać. Jest stworzony do takich ról jak Abbie Hoffman.

Ale Proces Siódemki z Chicago to głównie obraz tamtych czasów i problemów trawiących amerykańskie społeczeństwo, władzę i rzeczywistość. Czasów, w których prawo pięści wciąż wygrywało ze sprawiedliwością, a procesy polityczne nie istniały w Stanach tak jak seryjni mordercy nie istnieli w Związku Radzieckim. Bo tak twierdziła władza. Rzeczywistość jednak była inna i w zderzeniu z represyjnym systemem prawnym państwa, obywatele, choćby i mieli rację, nie mieli szans w sytuacji, gdy działali nie pomyśli tejże władzy. Proces oskarżonych obserwujemy więc z poczuciem bezsilności i przeświadczeniem, że przegrali w momencie, w którym zasiedli na ławie oskarżonych. Mogli tylko licytować się na wymiar późniejszej kary, ale zdając sobie sprawę, że w zderzeniu z tysiącami ginącymi w Wietnamie ich tragedia nie jest tak duża, a cena, jaką zapłacą, nie jest ostateczna, mieli siłę by się sprzeciwić. I nie przestali tego robić, nawet jeśli nie zgadzali się ze sobą co do metod.

Świetnie zagrany, świetnie napisany, interesujący. Proces Siódemki z Chicago to gotowy materiał na udany, mądry i – pomimo rozgrywania się ponad pięćdziesiąt lat temu – wciąż aktualny seans. Film Sorkina fruwa teraz po niektórych kinach, a już od 16 października będzie można zobaczyć go na Netfliksie, co z czystym sumieniem polecam. Choć z dwóch sądowych dramatów Sorkina wciąż bardziej podobają mi się Ludzie honoru. I mam trochę wrażenie, że przez humorystyczne – to mądry i inteligentny humor, ale nadal humor – podejście do pisania scenariuszy przez Sorkina, momentami gdzieś za bardzo ucieka tu powaga sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie filmu. Zabrakło mi więcej tego wywołania wkurwu towarzyszącego temu, co stało się udziałem Bobby’ego Seale’a. Czasem odniosłem chyba niepotrzebne wrażenie, że oglądam nie dramat historyczny, a film przygodowy. Co nie zmienia faktu, że Proces Siódemki z Chicago to jeden z najlepszych filmów, jakie przyniósł ten nieszczęsny 2020 rok.

(2432)

Aaron Sorkin powraca na salę sądową, gdzie w 1992 roku zmierzył się z tematem fali w wojsku w filmie Ludzie honoru. Tym razem, nie tylko jako scenarzysta, ale też jako reżyser, bierze na tapetę prawdziwą historię ósemki protestantów, którzy w 1968 roku pojawili się w Chicago, by protestować przeciwko udziale Stanów Zjednoczonych w wojnie w Wietnamie. Recenzja filmu Proces Siódemki z Chicago. Netflix. O czym jest film Proces Siódemki z Chicago Jest rok 1968. Udział Stanów w wojnie w Wietnamie jest coraz bardziej wyraźny. Tym samym coraz więcej młodych ludzi idzie w kamasze, by walczyć w wojnie na innym kontynencie.…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Po krwawym stłumieniu demonstracji, do jakich doszło podczas Krajowej Konwencji Demokratycznej w 1968 roku, przed sądem stają ich przywódcy. Świetnie zagrany, świetnie napisany, interesujący. Gotowy materiał na udany, mądry i – pomimo rozgrywania się ponad pięćdziesiąt lat temu – wciąż aktualny seans.

2 odpowiedzi

  1. Polarbear_pl

    No to czekam z niecierpliwością do przyszłego tygodnia.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.