Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Power (2020), reż. Henry Joost / Ariel Schulman. Netflix.
Power (2020), reż. Henry Joost / Ariel Schulman. Netflix.

Power. Recenzja filmu Project Power. Netflix

Warto byłoby sobie chyba stworzyć jakiś szablon recenzji filmów z Netfliksa. Zmieniałoby się tylko tytuł, aktorów, może jeszcze jakieś drobnostki, a reszta byłaby napisana od dawna i służyła przyspieszeniu publikowania recenzji. Do przygotowania recenzji filmu Power, który właśnie dzisiaj wjechał na Netflix, z pewnością by się taki szablon przydał. Ani to zły film, ani dobry – typowy netfliksowy przeciętniak. Recenzja filmu Power.

O czym jest film Power. Netflix

Pewnego dnia w Nowym Orleanie pojawia się tajemniczy koleś (Rodrigo Santoro), który podczas spotkania z lokalnymi dilerami dragów daje im w prezencie nowiutki narkotyk, jakiego świat jeszcze nie widział. I nie chce niczego w zamian. Dilerzy są nieufni, ale darmowy super-drug przyjmują. Kilka tygodni później stacje telewizyjne i nowoorleańskie gazety raportują o dziwnych wydarzeniach, jakie rozegrały się w ostatnich dniach. A to ktoś na piechotę dogonił samochód, a to znowu ktoś inny dokonał podobnie niemożliwego wyczynu znanego do tej pory z komiksów. Super-narkotyk, który trafił wcześniej do Nowego Orleanu, wciąż znajduje się w posiadaniu dilerów rozprowadzających go po całym mieście. Jedną z takich dilerek jest zakochana w hip-hopie licealistka (Dominique Fishback), której tyłka w stykowych sytuacjach chroni policjant (Joseph-Gordon-Levitt), który miał okazję do parokrotnego przetestowania na sobie tajemniczego narkotyku. Tymczasem w mieście pojawia się niejaki Major (Jamie Foxx), który jest wyraźnie zainteresowany odkryciem tego, kto stoi za całym tym zamieszaniem związanym z super-hiper-duper świeżynko-narkotykiem.

Zwiastun filmu Power. Netflix

Recenzja filmu Power

Jednego bez wątpienia nie można odmówić filmowi Power. Pomysłu. Tego z gatunku moich ulubionych, czyli tych, które spokojnie znalazłyby się w mojej primaaprilisowej notce. Oto film o narkotyku, który daje ci nadprzyrodzone moce, ale tylko na pięć minut. Proste, jednozdaniowe, pomysłowe.

Coraz częściej zaczynam odnosić wrażenie, że jest na tym świecie grupa filmów, do których fajny scenariusz napisał ktoś nieznany (w tym przypadku Rumun Mattson Tomlin, o którym niedługo będzie pewnie trochę głośniej, bo współtworzył nadchodzącego The Batmana Matta Reevesa), ale nie może znaleźć nikogo, kto by mu ten fajny scenariusz przeniósł na ekran. Przychodzi wtedy Netflix, mówi: „Podoba mi się twój fajny scenariusz i jego pomysł”, kupuje go i przerabia na swoją, przeciętną modłę, która zamiast do dwustu fanów jakiejś niszy dotrze do dwóch tysięcy generycznych widzów. Biblioteka Netfliksa rozszerza się o kolejny film, a scenarzysta jest raczej zadowolony, bo przed chwilą nikt nie chciał zrobić jego filmu, a teraz gra w nim Jamie Foxx. I tylko widzowie, którzy spodziewają się filmu dla bardziej szczegółowego targetu niż szeroko pojęty filmowy Janusz – oni mogą być zawiedzeni, że pomysł był, ale nie został wykorzystany.

Bo przecież nie zmarnowany. Power jest porządnym filmem, jeśli chodzi o wykonanie, i co do tego nie ma się co sprzeczać. Ma ze dwa na krzyż swoje momenty i przede wszystkim bardzo fajnie zrealizowane sceny przyjmowania narkotyku. No ale jeszcze nie widziałem filmu, który by kogoś zadowolił, bo ma jakieś bardzo porządnie zrealizowane sceny. Realizacja rzecz ważna, ale działa tylko wtedy, gdy jest poparta ciekawą fabułą albo choć z jajem wykonaniem.

Power nie ma ani ciekawej fabuły, ani z jajem wykonania. Ma przewidywalną historyjkę pełną wyświechtanych motywów filmowych. Wydawać by się mogło, że już w latach dziewięćdziesiątych wyświechtany był motyw „zamiast do szpitala zabrałam cię do weterynarza”, a tutaj w 2020 roku dalej z niego korzystają. Podobnie przeciętne są obecne tu typowe dla takiego kina przekomarzanki pomiędzy trójką współdziałających, ale przeciwstawnych bohaterów, do pewnego momentu wrogów.

Nie spieszyłeś się – rzuca Major do gliniarza, gdy ten w ostatniej chwili ratuje mu dupę podrzucając shotguna.
Nie dziękuj – odpowiada gliniarz czyniąc Power nie-wiadomo-już-którym filmem, w którym pada ten, lub jemu podobny, wesoły dialog.

Na takich to wypracowanych przez lata przez kino schematach płynie sobie Power swoim tempem do przodu. Po interesującym początku, potem nadciąga znużenie, które nie opuści już widza do końca seansu.

Gambit zwykł mawiać, że w każdym, nawet najgorszym filmie da się znaleźć jakiś interesujący motyw, który udowadnia, że twórcy potrafią myśleć outside-the-box i który pokazuje, że potrafili wymyślić coś oryginalnego. W Power czymś takim byłaby scena, w której zamkniętej w szklanej klatce pani, zaczyna kończyć się supermoc.

(2423)

Warto byłoby sobie chyba stworzyć jakiś szablon recenzji filmów z Netfliksa. Zmieniałoby się tylko tytuł, aktorów, może jeszcze jakieś drobnostki, a reszta byłaby napisana od dawna i służyła przyspieszeniu publikowania recenzji. Do przygotowania recenzji filmu Power, który właśnie dzisiaj wjechał na Netflix, z pewnością by się taki szablon przydał. Ani to zły film, ani dobry – typowy netfliksowy przeciętniak. Recenzja filmu Power. O czym jest film Power. Netflix Pewnego dnia w Nowym Orleanie pojawia się tajemniczy koleś (Rodrigo Santoro), który podczas spotkania z lokalnymi dilerami dragów daje im w prezencie nowiutki narkotyk, jakiego świat jeszcze nie widział. I nie chce…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Licealistka, policjant i były wojskowy próbują rozwikłać tajemnicę narkotyku, po zażyciu którego na pięć minut zyskuje się supermoce. Typowy przeciętniak Netfliksa. Nie tak zły, żeby go skreślać, ale nie tak dobry, żeby zakrzyknąć, że w końcu Netfliksowi wyszedł jakiś interesujący film.

2 odpowiedzi

  1. frank drebin

    Tylko narzekasz i narzekasz oglądając te słabe filmy a kiedyś jeden gość (Wiesz o Jakim Imieniu Mówimy) oglądając takie paździerze robił notatki i tworzył świetne scenariusze a w końcu sam zaczął filmy kręcić i dorobił się mnóstwa fanów i pieniędzy.
    Może trza pójść tą samą drogą? 😉

  2. Quentin

    Chciałbym, ale „zawsze coś” :).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.