Midsommar. W biały dzień, Midsommar (2019), reż. Ari Aster.
Midsommar. W biały dzień, Midsommar (2019), reż. Ari Aster.

Midsommar. W biały dzień. Recenzja filmu Midsommar

Niezależnie od tego czy seans najnowszego filmu Ariego Astera wywoła na waszej twarzy uśmieszek politowania, czy może spędzicie w kinie te dwie i pół godziny w narkotycznym transie – trzeba docenić pracę reżysera, który konsekwentnie trzyma się swojej wizji kina i nie idzie na żadne skróty. Obok bezkompromisowych filmów twórcy Hereditary nie sposób przejść obojętnie. I myślę sobie, że nawet jeśli dla kogoś ta mieszanka absurdu i surrealizmu to za dużo, by traktować Midsommar poważnie, to w głębi duszy czuje, że stawił czoła kinu wybijającemu się ponad coraz bardziej uciążliwą filmową przeciętność. Recenzja filmu Midsommar. W biały dzień.

O czym jest film Midsommar. W biały dzień

W związku Dani (Florence Pugh) i studiującego antropologię Christiana (Jack Reynor) nie dzieje się najlepiej. Powodem spięć między nimi trudna sytuacja rodzinna dziewczyny, której eskalacja przynosi trzy trupy: rodziców i siostry Dani. Parę miesięcy później dziewczyna wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią najbliższych. Christian wspiera ją jak może, ale coraz częściej czuje, że jest coraz dalej na liście ważności swojej dziewczyny. Podobnego zdania są koledzy Christiana, którzy uważają, że powinien znaleźć sobie jakąś bardziej rozrywkową dziewczynę i cieszyć się życiem. Okazja do tego nadarzy się wkrótce. Całą czwórką zamierzają wybrać się do Szwecji, by uczestniczyć w ludowym święcie odbywającym się raz na dziewięćdziesiąt lat w niewielkiej osadzie leżącej na całkowitym odludziu. Niespodziewanie do paczki przyjaciół dołącza Dani, która decyduje się wybrać razem z nimi do Szwecji. Na miejscu witają ich przyjacielsko nastawieni ludzie, którzy w ciągu najbliższych dni oddadzą się celebrowaniu letniego przesilenia i związanymi z nim zabawami i obrzędami.

Zwiastun filmu Midsommar. W biały dzień

Recenzja filmu Midsommar. W biały dzień

W rękach mniej zdolnego reżysera niż Ari Aster (warto przypomnieć, że to zaledwie jego drugi film), Midsommar. W biały dzień byłby kolejnym filmem o poczciwych amerykańskich studentach, którzy w egzotycznym europejskim kraju na własnej skórze przekonują się, że cywilizacja XXI wieku nie dotarła jeszcze wszędzie. Produkcją typu „słowackiego” Hostelu, czy „polskiego” The Shrine, których autorzy starają się przekonać widza, że Europejczycy dalej mieszkają w chatach krytych strzechą, na ulicach zamiast asfaltu rządzi błoto, a bohaterowie tych filmów nie tylko wyruszyli w podróż do Europy, ale i w czasie. I w sumie, patrząc powierzchownie na film Midsommar. W biały dzień, to również tego typu opowieść. Cywilizowani Amerykanie lądują w XIX-wiecznej krainie shyamalanowskiej Osady.

Co oddziela w Midsommar przysłowiowych mężczyzn od chłopców to nie treść, ale forma. Aster w wywiadach sugeruje by raczej nie porównywać Midsommar do poprzedniego Hereditary, bo filmy te różnią się od siebie niczym noc i dzień, ale tych porównań nie sposób uniknąć (przy czym trzeba pamiętać, że scenariusz do Midsommar powstał wcześniej). Podobieństw wymieniać nie będę, ale każdy, kto obejrzałby obydwa filmy bez znajomości ich reżysera, bez problemu zorientowałby się, że wyszły spod jednej ręki.

Jak sugeruje polski tytuł, akcja Midsommar dzieje się w głównej mierze za dnia. Nie jest tak, że cały film skąpany jest w słonecznym świetle lata, ale wszystko, co najważniejsze rozgrywa się właśnie wtedy. Na rozgrzanych słońcem rajskich łąkach, pomiędzy wymuskanymi do ostatniego szczegółu zabudowaniami i w pomieszczeniach, których ściany pokryte są tajemniczymi runami. Na zasadzie kontrastu, właśnie tego typu zabieg powoduje, że koszmar głównych bohaterów staje się bardziej odczuwalny. Cierpią pomiędzy uśmiechniętymi twarzami szwedzkich gospodarzy, którzy z sympatycznych ludzi częstujących ziołem szybko zamieniają się w wyznawców bliżej nienazwanego kultu, którego zwyczaje, dla nich normalne, każdego innego przyprawią o gęsią skórkę. Wprawieni w transowe podrygi przerażają tym bardziej.

Midsommar został przemyślany i dopracowany do ostatniego szczegółu, nawet jeśli jest to dziewicza krew na penisie irlandzkiego Setha Rogena. Zapowiedzi dalszych wydarzeń pojawiają się na ekranie dużo wcześniej, a kiedy powolnym ruchem kamery zaprezentowana zostaje makatka z „historią miłosną”, wiadomo, że nie pojawiła się tu ona bez przyczyny. Podobnie jak wielki młot w rękach jednego z miejscowych czy niedźwiedź. Sielski krajobraz wioski, w której dzieje się akcja filmu, pokryty jest niby normalnymi ludowymi rysunkami, które w zbliżeniu ujawniają sygnały ostrzegawcze każące każdemu normalnie myślącemu człowiekowi zwiewać, jak najszybciej się da. Dla studentów antropologii to jednak fascynujące miejsce, które wkrótce może być tematem ich prac magisterskich. Choć przestrzegałbym przed traktowaniem fabuły Midsommar poważnie, nie sposób mimo to nie zirytować się, że po finale pierwszego obrzędu celebrowanego przez miejscowych, wszystko szybko wraca do normy. Można się domyślać, że odważni turyści nie zostaliby wypuszczeni z powrotem, ale próby racjonalizacji tego, co zobaczyli, wypadają nieprzekonująco.

Film Astera balansuje na cienkiej granicy oddzielającej kino, w które człowiek angażuje się w pełni i filmy, na które należy machnąć ręką i podsumować „ale bzdura”. Dlatego łatwo zrozumieć, że znajdą się widzowie, którym do gustu nie przypadnie. Jednak chyba właśnie po tym najłatwiej poznać filmy niebanalne, które nie pozostawią obojętnym. Z mojej strony Aster dostaje pełen kredyt zaufania, bo potrafił przykuć mnie do ekranu na dwie i pół godziny tak, że pomimo wolnych najazdów kamery i przesadnie wizualnego celebrowania szwedzkich celebracji nie czułem znudzenia. Nie poczułem może i tego transu, w który powinien wprowadzić Midsommar, ale takich filmów życzyłbym sobie więcej. Nakręconych przez reżyserów posiadających własną wizję świata przedstawionego i nie idących na skróty tylko po to, żeby przypodobać się widzom. To właśnie takiego filmu jak Midsommar oczekiwałem po niedawnej Suspirii Guadagnino. Tam go nie dostałem, tutaj było go tyle, ile trzeba.

Kto lubi, może po seansie Midsommar zabawić się też w filmową psychoanalizę, rozebrać na czynniki pierwsze tropy i zgłębić temat radzenia sobie ze stratą czy mechaniki związku. I pewnie dojść do wniosku, że jest w filmie Astera jeszcze więcej warstw niż te na powierzchni, które mnie wystarczyły do szczęścia i nie musiałem doszukiwać się jeszcze czegoś więcej.

(2330)

Niezależnie od tego czy seans najnowszego filmu Ariego Astera wywoła na waszej twarzy uśmieszek politowania, czy może spędzicie w kinie te dwie i pół godziny w narkotycznym transie – trzeba docenić pracę reżysera, który konsekwentnie trzyma się swojej wizji kina i nie idzie na żadne skróty. Obok bezkompromisowych filmów twórcy Hereditary nie sposób przejść obojętnie. I myślę sobie, że nawet jeśli dla kogoś ta mieszanka absurdu i surrealizmu to za dużo, by traktować Midsommar poważnie, to w głębi duszy czuje, że stawił czoła kinu wybijającemu się ponad coraz bardziej uciążliwą filmową przeciętność. Recenzja filmu Midsommar. W biały dzień. O czym…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Amerykańscy studenci antropologii lądują na szwedzkim odludziu, by zgodnie z prastarymi tradycjami świętować letnie przesilenie. Przemyślany do ostatniego runa horror psychologiczny pełen surrealistycznego absurdu i przerażających obyczajów rozgrywających się w pięknych okolicznościach przyrody i z uśmiechami na ustach oprawców.

4 odpowiedzi

  1. frank drebin

    Kurcze, jestem pod wrażeniem jak ty to wszystko pięknie napisałeś. Zawsze zazdrościłem ludziom umiejącym tak pięknie się wysławiać :)

  2. Quentin

    To jakaś zorganizowana akcja, żebym czasem nie rezygnował z pisania bloga? :)

  3. Po tej ocenie, to powinieneś ;P

  4. frank drebin

    To taka akcja żebyś dał piątaka

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.