The Bar, El Bar (2017), reż. Alex de la Iglesia.
The Bar, El Bar (2017), reż. Alex de la Iglesia.

The Bar. Recenzja filmu Aleksa de la Iglesii El Bar. Netflix

Każdy kolejny film Aleksa de la Iglesii to okazja do powtórzenia na Q-blogu historii o tym, jak to pierwszy raz widziałem Dzień bestii, a potem Alex poleciał do Stanów i zrobił przebeznadziejny Perdita Durango. Wrócił i w Hiszpanii wróciła też jego forma. No ale może tym razem Wam ją daruję? :P.

Co ważne, to fakt, że Alex de la Iglesia w Hiszpanii kręci co chce i jak chce. Nie zawsze to wychodzi do końca tak, jak zapowiadałyby zwiastuny czy inne plot summary, ale i tak zwykle jest lepsze od tego koszmarka z Rosie Perez. The Bar to Alex de la Iglesia w formie i cieszy fakt, że można go zobaczyć (The Bar, a nie Aleksa de la Iglesię) na Netfliksie. Więcej takich poproszę, choć pod względem hiszpańskiego kina, Netflix, nawet ten polski, całkiem nieźle daje radę. Recenzja filmu The Bar.

O czym jest film The Bar

Elena (Blanca Suárez) jest w drodze na randkę w ciemno. Ma nadzieję na to, że poznany w Internecie facet okaże się tak samo fajny jak jego randkowy profil. Jeszcze tylko zajrzy do znajdującej się po drodze knajpki, żeby wypić kawę oraz podładować telefon i pora stawić czoła przeznaczeniu. Tyle że przeznaczenie ma dla niej zupełnie inny plan i Elena jeszcze nie wie, ale prędko z tej knajpki nie wyjdzie. Póki co jednak nic tego nie zwiastuje. W środku dzień jak co dzień. Znudzona życiem żona (Carmen Machi) ciupie na automatach, ulubiona aktorka de la Iglesii Terele Pávez serwuje zza baru zamówienia, brodaty hipster (Mario Casas) nie może oderwać wzroku od ekranu komputera, a wszystkich denerwuje włóczęga Israel (Jaime Ordónez), który śmierdzi, dużo gada, ale najwidoczniej ma jakieś chody u kierownictwa knajpki. Względną ciszę i spokój madryckiego poranka burzy wystrzał, który zabija na miejscu jednego z klientów opuszczającego bar. Konsternacja reszty jest tym większa, że za chwilę pada kolejny trup i znów jest to klient w panice opuszczający lokal. Jest już z grubsza pewne, że na razie bezpieczniej będzie w środku, więc nikt więcej nie zamierza opuszczać baru. Tymczasem otaczająca go ulica pustoszeje, a ciała znikają, czego nikt nie zauważył, bo zajęty był kłóceniem się między sobą. Nikt nie wie, czego właśnie był świadkiem, o co chodzi i co zrobić, aby zostać przy życiu. W tak ekstremalnej sytuacji nie dziwi fakt, że wszystkim szybko zaczynają puszczać nerwy.


.

Recenzja filmu The Bar

Każdą, nawet najprostszą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Oczywiście ideałem jest wymyślić taką fabułę, jakiej jeszcze nie było, zaintrygować nią widza od samego początku i potem co pięć minut serwować niespodziewane zwroty akcji i trzymać do finału bez wytchnienia. Trudniej zrobić to samo startując z niezbyt odkrywczego punktu wyjścia. Wtedy o wiele trudniej o to wszystko i zwykle jest to sytuacja, w której z tarczą wychodzą jedynie reżyserzy posiadający talent. Po prostu. Tacy jak właśnie Alex de la Iglesia, którzy przez lata wypracowali własny styl, którego nie sposób pomylić z innymi twórcami. The Bar to typowe dla Aleksa de la Iglesii kino, w którym sprawnie łączy to co najlepsze z wielu różnych filmowych gatunków. Komedii, thrillera, groteski, dramatu. A przy okazji umiejętnie portretuje współczesny świat dorzucając kilka społecznych komentarzy. Nie za wiele, bo The Bar to w całości zwariowane (choć to wariactwo cały czas jest mocno trzymane za mordę) kino rozrywkowe, w którym nie ma co szukać ambitniejszych elementów tak jak np. we wcześniejszym filmie tego hiszpańskiego reżysera: Hiszpańskim cyrku.

Sama historia również do ambitnych nie należy i trzeba by raczej napisać, że punkt wyjścia do filmu The Bar jest prosty i nikt nad jego szlifowaniem nie spędził długich miesięcy. Grupa pochodzących z różnych środowisk ludzi postawionych przed ekstremalnym zadaniem jest znana kinu przynajmniej od czasu 12 gniewnych ludzi, a pewnie i wcześniej. Tu została wykorzystana raz jeszcze, skutecznie na tyle, że film szybko wciąga i potem już nie zwalnia do samego końca, szczędząc większych przestojów. Nawet gdy bohaterowie w chwilach przerwy opowiadają o swoim życiu, to autorzy filmu The Bar zadbali o to, by byli na tyle ciekawi i kolorowi, że wyróżniali się z szarej masy. Każdy z nich ma jakąś mniejszą lub większą tajemnicę, co konieczne w budowaniu napięcia i wzajemnym rzucaniu oskarżeń coraz to na kogoś innego. Między bohaterami nieustannie skrzy i choć cały film rozegrany został w zasadzie w trzech pomieszczeniach, tempo nie siada.

Trochę się bałem, że tej początkowej tajemnicy, której kulminacją były nagle znikające ciała i plamy krwi nie da się logicznie wytłumaczyć, ale na szczęście udało się, bo chyba za dużo sobie po prostu wyobrażałem. Nie padniecie na kolana przed rozwiązaniem zagadki, ale też nie o to w tym filmie chodziło.

De la Iglesia jest twórcą na tyle charakterystycznym, że nie każdemu The Bar podejdzie. Przyzwyczajonym do „amerykańskiego” stylu prowadzenia bohaterów może przeszkadzać żywiołowość klientów baru, ich sposób bycia i zachowania. Z pewnością w amerykańskim wydaniu ten film wyglądałby inaczej, ale też straciłby to, co w nim najfajniejsze – to, że nie powstał w Hollywood. Sporo tu groteskowego humoru, do którego trzeba się przyzwyczaić, ale kto lubi filmy de la Iglesii ten nie będzie miał z tym problemu. A kto nie lubi, niech zacznie! Warto. Bądź co bądź to kino, w którym można mieć pewność, że seksowna laska wcześniej czy później rozbierze się przynajmniej do bielizny. Choć, nie oszukujmy się: cycki by jej się nie przecisnęły!

(2295)

Każdy kolejny film Aleksa de la Iglesii to okazja do powtórzenia na Q-blogu historii o tym, jak to pierwszy raz widziałem Dzień bestii, a potem Alex poleciał do Stanów i zrobił przebeznadziejny Perdita Durango. Wrócił i w Hiszpanii wróciła też jego forma. No ale może tym razem Wam ją daruję? :P. Co ważne, to fakt, że Alex de la Iglesia w Hiszpanii kręci co chce i jak chce. Nie zawsze to wychodzi do końca tak, jak zapowiadałyby zwiastuny czy inne plot summary, ale i tak zwykle jest lepsze od tego koszmarka z Rosie Perez. The Bar to Alex de la Iglesia…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa przypadkowych klientów madryckiego baru zostaje zmuszona do walki o życie w świetle tajemniczych wydarzeń rozgrywających się dookoła. Tak wyglądają filmy, gdy Alex de la Iglesia jest w formie i nie ma ambicji przemycić do historii nic więcej oprócz rozrywki.

11 odpowiedzi

  1. Fabuła naciągana straszliwie a laska rozbiera się tylko do bielizny. 😛 Poza tym de la Iglesia po 2010r. kręci niby fajne filmy, ale gdzieś jakby na tym „Hiszpańskim cyrku” się trochę wypstrykał i żaden z kolejnych filmów nie potrafi się do tamtego zbliżyć. Czy nawet do tych filmów z drugiej połowy lat 90. i pierwszej dekady XIXw. – tamte były jakby bardziej zaskakujące, zabawne, szczere… Tu jest lepiej niż przy „Mi gran noche” (czy jak to było) ale to jeszcze nie to.

  2. ” i pierwszej dekady XIXw”

    Matuzalem z niego czy kie licho?

  3. Quentin

    Takie historie bardzo często – i zresztą słusznie – uznawane są za naciągane. Do czasu aż coś podobnego wydarzy się naprawdę i wtedy zmienia się ich status na: scenarzysta by tego nie wymyślił :).

    Zgoda, że „Hiszpański cyrk” nie ma konkurencji, ale też momentami ciążyło mi, że to kino przy okazji ambitne. A The Bar to kino odmóżdżające i mi nie ciążyło. Szala się wyrównała zatem :)

    No i niestety trudno wymagać, żeby po nastu filmach Iglesia wciąż zaskakiwał inwencją jak w „Dniu bestii”. To już lepiej się cieszyć, że trzyma poziom.

  4. No właśnie jakieś ambicje w tym jednak są, próba ukazania jak ludzie zachowują się w sytuacjach walki o życie, cały ten przekrój społeczny w galerii bohaterów, zwrócenie uwagi na obojętność społeczeństwa w epilogu… tyle że to nic nowego w sumie. Dla mnie de la Iglesia trochę „złagodniał”. Kiedyś to by rozebrał bohaterkę bardziej jak o bielizny, jeszcze by ją do łóżka wysłał z bezdomnym, bohaterowie by nie ginęli poza kadrem, ale ręka, noga, mózg na ścianie… a teraz to grzecznie w bieliźnie wszystko, niedługo będzie jak w amerykańskim filmie, sex pod kocykiem itp. a potem zacznie kręcić jakieś popierdółki dla wnucząt, jak Besson. 😛 Taki syndrom reżyserskiej starości trochę. 😀

  5. Quentin

    Mimo wszystko nie potrafię sobie wyobrazić drogi, jaką musiałby przebyć aktualny de la Iglesia, aby zostać aktualnym Bessonem. A nawet Bessonem po Leonie :).

    O ile pamiętam nie rozebrał bardziej Marii Grazii Cucinotty w „Dniu bestii”, ale głowy sobie nie dam uciąć :).

  6. frank drebin

    Na Filmwebie oceniłem ponad 2000 filmów a tylko 21 z nich oceniłem na 2/10 i mniej. Wśród nich jest Perdita Durango. Jeżeli to ten sam reżyser to więcej mi nie trzeba żebym sobie odpuścił Bar :)

  7. Quentin

    Bzdura, będziesz żałował jak przed śmiercią obejrzysz przypadkiem jakiś jeden i nie zdążysz już pozostałych :). Perditę sieknął w Stanach, pewno producenci mu nad uchem dyszeli, nie pozwolili samemu pierdnąć. Potem to samo się powtórzyło przy The Oxford Murders. Hollywoodzki klimat mu nie służy, najlepiej kręci u siebie w Hiszpanii. Ten sam casus co z Koreańcami.

  8. Ale o co wam chodzi obu? 😛 I Perdita, i Oxford to były dla mnie całkiem przyjemne kino rozrywkowe. Zresztą Perdita pod względem seksu i przemocy była dużo odważniejsza niż ostatnie de la Iglesie, wiec już tak nie narzekajmy na pruderyjne Hollywood.
    Wszyscy Koreańcy w Hollywood jak dla mnie też się sprawdzili: ten film z Arniem to był najlepszy film z Arniem od lat (porównajcie to do tego gówna ostatniego: Killing Gunther), Snowpiercer – klasa (ale to bardziej Europa, Hollywood tylko psuło jakieś wersje na własny użytek, ale pal ich licho), a Stoker to też przecież thrillerek może fabularnie nie oszałamiający ale wizualnie i owszem. Wszystko dużo ciekawsze od amerykańskiej papki.

  9. Quentin

    Oxford tylko ciut lepszy był od Perdity, oba nędzne. Pozwolisz, że nie będę już traktował poważnie tych Twoich „nie tego oczekuję po de la Iglesii” ;).

    Przyznasz jednak, że porównując „Dobrego, złego i zakręconego” do „The Last Stand” to nie ma co porównywać? Chłopaki bronią się, bo mają talent, ale to zdecydowanie nie jest to, na co ich stać, gdy producent z Hollywoodu nie dyszy im nad głowę. Jasne, „Stokera” wybroniła reżyseria, ale znów, porównując do podobnego tematycznie „Handmaiden” – nie ma porównania.

  10. Ale Good/Bad/Weird to była całkiem, zwłaszcza jak na ówczesne koreańskie standardy, pokaźna produkcja, a The Last Stand to ino akcyjniak klasy B z podupadłym gwiazdorem, z którego nie dało się już nic więcej wyciągnąć a i tak bił na głowę większość akcyjniaków hollywoodzkich ze sfery blockbusterów. Wiadomo, że ta hollywoodzka „wycieczka” nie przyniosła koreańskim reżyserom najlepszych dzieł w filmografii, i bardziej przysłużyła się Hollywoodowi podnosząc tam poziom i wprowadzając jakieś urozmaicenie. 😉 Ale też nie róbmy z tego jakiegoś dramatu, zwłaszcza że chyba każdemu z nich w Korei też się zdarzyło nakręcić mniej znakomite filmy przecież.

    Natomiast ogólnie jakoś wolę i Perditę, i Oxford niż te kameralne satyry de la Iglesii, co sobie wymyślił, że jak Polański (Rzeź, Wenus w futrze) będzie na starość jakieś teatry telewizji robił. 😛 Swoją drogą, tak zauważyłem… dziwnie się to zbiegło ze zmianą nadwornego kompozytora. Po „Hiszpańskim Cyrku” Roque Banos sobie wymyślił robić karierę w Hollywoodzie (i męczy się tam biedny, choć muzykę do „Evil Dead” machnął przednią) a de la Iglesia znalazł sobie innego koleżkę, ale jak już ode mnie słyszałeś… „to już nie to samo”. ;))))

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.