Król Artur: Legenda miecza [King Arthur: Legend of the Sword] (2017), reż. Guy Ritchie.
Król Artur: Legenda miecza [King Arthur: Legend of the Sword] (2017), reż. Guy Ritchie.

Król Artur: Legenda miecza. Recenzja filmu King Arthur: Legend of the Sword

Nie byłoby żadnego problemu, gdyby Król Artur w reżyserii Guya Ritchie’ego kosztował 50 milionów dolarów. Tyle, że Król Artur w reżyserii Guya Ritchie’ego kosztował jakieś 275 milionów dolarów i teraz płacz i zgrzytanie zębów, że złe recenzje zniszczyły tak świetny film, skazując go na klapę. Recenzja filmu Król Artur: Legenda miecza.

O czym jest film Król Artur: Legenda miecza

Camelot ma problem. Oblężony przez siły złego czarnoksiężnika Mordreda, wydaje się, że długo nie pociągnie, jeśli mądry i prawy król Uther Pendragon (Eric Bana) czegoś nie wymyśli. Na szczęście Pendragon jest również waleczny i mężny i teraz to Mordred ma problem, a wszystko wydaje się, że będzie miało szczęśliwy koniec. Nic z tych rzeczy. Zgodnie ze znanym starożytnym angielskim przysłowiem: z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Brat Uthera, Vortigern (Jude Law) postanawia przejąć władzę i w tym celu kuma się z wiedźmami, które za swoje usługi żądają okrutnej ceny. Vortigern jest zdecydowany i na poczet królestwa poświęca swoją ukochaną żonę Elsę (Katie McGrath), zabijając ją zgodnie z oczekiwaniami wiedźm. W zamian wiedźmy przywołują demona, który robi porządek z Utherem i jego żoną. Para królewska zostaje zgładzona, ale szczęśliwie z życiem udaje się ujść ich synkowi. A właściwie to ujść z nurtem rzeki, którą dzieciątko dopływa do brzegów Londinium. Tam z wody wyławiają je prostytutki i zabierają do burdelu na wychowanie. Dają małemu na imię Artur, a ten wyrasta na przystojnego cwaniaka (Charlie Hunnam), który nie daje sobie w pudding dmuchać. Do czasu aż nieświadomie wchodzi w konflikt z Vortigernem. Konflikt skończyłby się pewnie jakimś lochem, gdyby nie pewien miecz, który niespodziewanie wyłania się w pobliżu Camelot z wodnych odmętów. Wbity w skałę nie daje się nikomu wyciągnąć. Udaje się to dopiero Arturowi, a Vortigern, który już wie, czyim potomkiem jest blondas, skazuje go na śmierć. Do egzekucji jednak nie dochodzi, a z opresji ratuje Artura władająca nad magią kobitka (Astrid Berges-Frisbey), która twierdzi, że ma powiązania z Merlinem. Pomagają jej w tym kumple Artura. W uwalnianiu, nie w powiązaniach :P.

Recenzja filmu Król Artur: Legenda miecza

Lista grzechów głównych filmu Król Arur: Legenda miecza jest bardzo długa, ale – co paradoksalne – niekoniecznie jest na niej pozycja: bo to zły film. Nowy Król Artur to film całkiem znośny i choć nie na tyle, żeby załamywać ręce nad jego klapą, to nie można z czystym sumieniem powiedzieć, żeby był kichą. Król Artur: Legenda miecza jest sympatycznym filmem za 50 milionów dolarów i więcej nie należało na niego wydawać.

Guy Ritchie niemal od początku swojej kariery spaceruje po kruchym lodzie i wydawałoby się, że zdążył już wyciągnąć wnioski ze swoich wzlotów i upadków. Wtapiając karierę na niespodziewanym remake’u włoskiej komedyjki (nie pierwszy to mężczyzna, który narobił głupot dla swojej ukochanej) zdołał wypłynąć na powierzchnię tylko po to, żeby znów się lekko podtopić Kryptonimem U.N.C.L.E. (bardzo fajny film, niezasłużona klapka), a zaraz potem dołożyć do pieca Królem Arturem. Rozsądek kazałby nie ładować się w kino z tak wielkim budżetem, ale stało się inaczej. I znowu Guy Ritchie będzie się musiał przedostawać na powierzchnię, a tlen się kończy i może już nie dostać kolejnej szansy (Guy, nie tlen :P). Sam sobie będzie winien.

W dobie, kiedy w telewizji za ułamek tych 275 milionów dolarów mamy nie tylko ciekawą historię, ale i krew oraz cycki, Król Artur: Legenda miecza udowadnia powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Bo skoro za 275 melonów nie mógł kupić krwi oraz cycków, to na co je wydawać? Scenografię? Statystów? Efekty specjalne? Żadne z nich – choć są – nie sprawia, że Król Artur jest filmem lepszym. Szczególnie efekty, które nie wiadomo po co zostały też wykorzystane w scenach walk. Opanowany przez potęgę Excalibura Król Artur albo ma jakieś tripy albo walczy z przeciwnikami w sposób, który nie ma nic wspólnego z ekscytującą szermierczą choreografią i jest w ogóle nieinteresujący. Coś a’la ta igła niebieskiego czy co to tam było ze Strażników Galaktyki vol. 2. Wydawać by się mogło, że za taką kasę dostaniemy na ekranie coś wow. Nie dostaliśmy. Nawet jeśli efekty były lepsze niż u konkurencji, to z pewnością nie było tu niczego wow.

Ogromna kasa nie poszła też na scenariusz, który – umówmy się – nie istnieje tu na poziomie wyższym niż konieczny do opowiedzenia prostej historii. Parę guyoritchowych myków pogłębionych montażem i a’la nowoczesnymi dialogami mignęło przez chwilę na ekranie, żeby załapać się do zwiastunów, ale nijak nie zmieniło całości na tyle, żeby można było mówić, że to coś nowego, że tak, dla tego sposobu opowiedzenia historii warto było przenosić legendę o Królu Arturze raz jeszcze na ekran. Nie. A dlaczego nie? Bo autorom filmu nie zależało na tym, żeby opowiedzieć ekscytującą historię w nowoczesny i świeży sposób, ale na tym, żeby zrobić pierwszą część późniejszej trylogii. Król Artur: Legenda miecza to typowa pierwsza część trylogii, w której poznajemy „origin” tytułowego bohatera i w którym przewijają się postaci/rekwizyty znane z legendy, ale przygotowywane na kolejne części (niczym nie różni się rozgrzebany Star Trek od rozgrzebanego Okrągłego Stołu). To grzech główny wielu (coraz więcej) nowych produkcji i nie pozostaje nic innego jak tylko się załamać. Nie dość, że nikt już nie wymyśla nowych historii, to jeszcze biorąc na warsztat stare, od razu rozkłada się je na czynniki, żeby zarobić trzy razy więcej. Teoretycznie, bo jak pokazuje przykład filmu Król Artur: Legenda miecza, można też nie zarobić wcale, a wręcz dopłacić do interesu.

Coraz częściej wśród opinii pojawia się absurdalna teza o tym, że film Król Artur: Legenda miecza został pogrążony przez nieprzychylne recenzje. W ogóle większość filmów, które ostatnio źle przędą została zniszczona w ten sam sposób. Chciałoby się powiedzieć, że to tylko chwilowe, ale wątpię, będzie jeszcze gorzej i chyba trzeba przygotować się na powtórkę z rozrywki obserwowanej kiedyś wśród blogasków, teraz za sprawą Ań Lewandowskich itp. sięgającej nazwijmy to mainstreamu. Grupa potakujących przydupasów zadziobujących każdego, kto ośmieli się cokolwiek skrytykować (teraz to już się nawet nie nazywa krytyka, ale hejt – niezależnie czy konstruktywna krytyka czy chamstwo, zawsze hejt), roztaczających wokół produktu atmosferę sukcesu i zajebistości. Król Artur jeszcze nie zdołał się przebić i przegrał, ale myślę, że jeszcze będziemy z rozrzewnieniem wspominać te czasy, w których właśnie żyjemy i wydaje nam się, że już bardziej absurdalnie nie będzie. To pewnie początek rewolucji, która skończy się płatnym poklaskiem, który zagłuszy wszelką próbę racjonalnej argumentacji.

No ale odbiegłem od tematu, więc na koniec tak po żołniersku: Król Artur nie jest widowiskiem, jakim powinien być. Brakuje mu uroku dobrych filmów Guya Ritchiego i za bardzo przypomina wyrachowany produkt, którego producent dał tydzień wolnego księgowemu.

(2254)

Nie byłoby żadnego problemu, gdyby Król Artur w reżyserii Guya Ritchie'ego kosztował 50 milionów dolarów. Tyle, że Król Artur w reżyserii Guya Ritchie'ego kosztował jakieś 275 milionów dolarów i teraz płacz i zgrzytanie zębów, że złe recenzje zniszczyły tak świetny film, skazując go na klapę. Recenzja filmu Król Artur: Legenda miecza. O czym jest film Król Artur: Legenda miecza Camelot ma problem. Oblężony przez siły złego czarnoksiężnika Mordreda, wydaje się, że długo nie pociągnie, jeśli mądry i prawy król Uther Pendragon (Eric Bana) czegoś nie wymyśli. Na szczęście Pendragon jest również waleczny i mężny i teraz to Mordred ma problem,…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Wychowany w burdelu zawadiaka rzuca wyzwanie królowi, który kiedyś pozbawił go rodziny. Nie jest to widowisko, jakim powinno być. Brakuje mu uroku dobrych filmów Guya Ritchiego i za bardzo przypomina wyrachowany produkt, którego producent dał tydzień wolnego księgowemu.

Odpowiedź

  1. Film jest świetny, soundtrack rewelacyjny, a Guy Ritchie powinien nakręcić jakieś Gwiezdne Wojny. I palec Ci się omsknął przy cyferkach dotyczących budżetu filmu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.