LOL (2012), reż. Lisa Azuelos.
LOL (2012), reż. Lisa Azuelos.

LOL. Recenzja filmowego koszmarku z Miley Cyrus. Warto!

LOL to nie tylko reakcja na film, ale również jego tytuł. I w sumie LOL, to także idealna recenzja filmu LOL – rzadko się zdarza, by tytuł był tak wieloznaczny. Kiedy więc już ustaliliśmy, że mamy do czynienia z filmem nieszablonowym, nie ma więc żadnych wątpliwości, że zasługuje na recenzję! Recenzja filmu LOL.

O czym jest film LOL

Lola (Miley Cyrus) to nastolatka, na którą wszyscy mówią LOL. Poza tym, że to skrót jej imienia, nie ma już chyba żadnych innych powodów dla takiej ksywki, bo ani nikogo nie rozśmiesza, ani nie jest ofiarą losu, z której wszyscy by LOL-ali. Właściwie to chyba przez cały film nikt się do niej nawet nie zwrócił per LOL, żeby było jeszcze ciekawiej. Whatever. LOL to zwyczajna dziewczyna ze zwyczajnymi dziewczyńskimi problemami. Najważniejszy to chłopak, o którym myślała, że będzie jej miłością na całe życie. Źle myślała. Chad, czy jak mu tam, wraca z wakacji i oznajmia pierwszego dnia szkoły, że z kimś tam się przespał. LOL udaje, że to nie problem, więcej, dodaje, że też się z kimś przespała, ale tak naprawdę z nikim nie spała i wciąż jest dziewicą. No i jest to jednak dla niej problem, bo została zdradzona, a jej serce złamane. Nie na długo. LOL ma najlepszego przyjaciela Kyle’a, który coś tam brzdęka w licealnym zespole muzycznym. Właściwie to LOL się w nim podkochuje, ale tu kolejny kłopot, bo wokół Kyle’a kręci się zaborcza laska gotowa na wszystko. LOL to nie przeszkadza, w końcu nie po to ogoliła włosy łonowe (jeszcze do tego wrócę), żeby tak łatwo się poddać. Postanawia powalczyć o Kyle’a i misja kończy się całkowitym sukcesem. Tyle tylko, że pewnego dnia nakrywa go w kiblu na zdradzie. Choć Kyle próbuje jej wytłumaczyć, że to nie jego… well, ręka, LOL ani myśli go słuchać.

Recenzja filmu LOL

W zasadzie to nie powinienem poświęcać czasu ani na recenzję filmu LOL, ani nawet na obejrzenie go. W zamian powinny dziś na Q-Blogu wylądować myślniki do finału 24: Legacy, ale że raczej nie zdążę go zobaczyć, to zrobiła się luka. A że – mniejsza o powody – LOL jednak obejrzałem i okazało się, że jest to kuriozalnie żenujący film, to myślę sobie, że stuknę ze trzy zdania dla potomności, bo lepsze i ciekawsze to niż recenzja jakiegoś przeciętnego filmu na Piątkę, który nie jest ani dobry, ani zły, ani nikogo nie obchodzi, że w ogóle powstał.

No więc LOL to kuriozalnie żenujący film, w którym ręce same składają się do facepalmu już od pierwszej sceny. W założeniu to lekka młodzieżowa komedia o miłości, pełna sympatycznych bohaterów, żartów i wzruszeń spowodowanych pierwszymi, szkolnymi miłościami. Film, który budzi nostalgię za czasami szkoły – jeśli ktoś ma ją już za sobą – i przywołuje u widza wspomnienie pierwszych miłości, zwariowanych przyjaźni i takich tam. Tyle założenia, nie wytrzymały naporu rzeczywistości, a wszelką nadzieję należy porzucić już po wesołym na siłę wstępie, po którym następuje ciężka do ogarnięcia scena, w której w łazience w wannie pluska się z małą dziewczynką Demi Moore (filmowa matka LOL). Do łazienki wchodzi LOL, rozbiera się, zdejmuje majtki i wchodzi pod prysznic. W wannie konsternacja. Demi wzywa LOL „na dywanik” i z wyrzutem zarzuca córce, że ogoliła włosy łonowe co prawdopodobnie oznacza, że już uprawiała seks. Mamo! stęka LOL i strzela focha, bo chciała w spokoju wziąć prysznic, a tu afera o łoniaki. (Kłótnie w LOL mają potem jeden schemat, Demi się wkurza, by za chwilę przytulić córkę i jej wybaczyć; po siedemnastym razie trudno o zaskoczenie i przejęcie się Demi denerwującą się np. tym, że LOL zażywa narkotyki). Oho, będzie ostro, a zanim opadnie kurz wojenny, Fisher Stevens w nic nie znaczącym epizodzie zarzuci żonie (Gina Gershon), że już nie lubi jak pierdzi w łóżku. Co skłania rozpoznawalnych przecież aktorów (były konkubent Michelle Pfeiffer na litość boską) do zagrania takich epizodów (bo to epizody, wrócą potem jeszcze na jedną scenę)? Ciężko się nawet domyślić.

LOL nie jest zabawny, nie jest wzruszający, nie budzi żadnej nostalgii za niczym (ciekaw jestem, jaki był francuski oryginał, bo LOL to remake). Jedyne, co udaje mu się osiągnąć, to zażenować jeszcze bardziej. Kiedy myślisz, że bardziej się nie da, bohaterowie jadą do Francji, gdzie robią sobie jaja z Francuzów (kuriozalnie to wygląda, gdy grupa przygłupów z Ameryki z wyższością traktuje przedstawionych na klasycznych wsioków żabojadów), by za chwilę dołożyć niewybrednymi żartami z upośledzonymi dziećmi. O ile mniejsze wątki z Demi Moore jeszcze jako tako wypadają, to młoda obsada jest okropna, począwszy od chodzącej ze stale rozdziawionymi ustami Miley Cyrus, a skończywszy na wyjątkowym idiocie, jakim jest koleś, którego wszyscy ignorują. Ach, nie zapomnijmy też o scenie wirtualnego seksu z użyciem kurczaka! Też się załapał do LOL.

Miałem dać Dwójkę, ale daję Trójkę, bo w LOL można usłyszeć parę fajnych i łatwo wpadających w ucho pioseneczek. EDIT: Po przemyśleniu wracam do Dwójki.

(2224)

LOL to nie tylko reakcja na film, ale również jego tytuł. I w sumie LOL, to także idealna recenzja filmu LOL - rzadko się zdarza, by tytuł był tak wieloznaczny. Kiedy więc już ustaliliśmy, że mamy do czynienia z filmem nieszablonowym, nie ma więc żadnych wątpliwości, że zasługuje na recenzję! Recenzja filmu LOL. O czym jest film LOL Lola (Miley Cyrus) to nastolatka, na którą wszyscy mówią LOL. Poza tym, że to skrót jej imienia, nie ma już chyba żadnych innych powodów dla takiej ksywki, bo ani nikogo nie rozśmiesza, ani nie jest ofiarą losu, z której wszyscy by LOL-ali.…

Czas na ocenę:

Ocena: 2

2

wg Q-skali

Podsumowanie: Zdradzona przez chłopaka dziewczyna zakochuje się w swoim najlepszym przyjacielu. Żenujące kuriozum młodzieżowokomediopodobne.

5 odpowiedzi

  1. To jakiś plagiat albo wykupione prawa, bo jest już francuski film Lol z 2011 z Sophie Marceau dokładnie o tej samej fabule…

  2. Quentin

    „(ciekaw jestem, jaki był francuski oryginał, bo LOL to remake).” :)

  3. Muszę przyznać, że było to poświęcenie godne podziwu.

  4. „Momenty” były? 😉

  5. Quentin

    @xseba
    Poprawiłem na drugą nóżkę hiszpańskim gównem, o którym być może stuknę jeszcze dwa słowa ;).

    @Koper
    Niestety, a potencjał mieli ogromny. Cyrus/Moore/Gershon, one cycków się nie wstydzą :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.