Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2016), reż. Maria Sadowska.
Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (2016), reż. Maria Sadowska.

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej. Recenzja filmu

Pierwszy raz do czynienia z książką Michaliny Wisłockiej miałem kilkadziesiąt lat temu (aaa), gdy wynalazłem ją między ręcznikami w jednej z szafek domowej meblościanki. Chyba nie do końca kumałem, dlaczego jest tak schowana i czego dotyczy. Pamiętam, że poprzeglądałem obrazki i tyle sensacji – szybko schowałem ją na miejsce obok kasety z Wykidajłem z Patrickiem Swayze (wyolbrzymiam, na książkę wpadłem chyba wcześniej). Mogę więc powiedzieć, że jestem naocznym świadkiem rewolucji, jakiej w życiu seksualnym Polaków dokonała książkowa Sztuka Kochania, a przynajmniej tego, że rzeczywiście była to książka, którą każdy chciał mieć. 7 milionów sprzedanych egzemplarzy książki to nie w kij dmuchał i nie dziwi fakt, że w dobie popularności biopików i filmów opartych na faktach, ktoś sięgnął po historię Michaliny Wisłockiej i przeniósł ją na ekran. A że był to ktoś odpowiedzialny za wcześniejszych Bogów – tym lepiej. Jak wypada Sztuka kochania w porównaniu z Bogami? Recenzja filmu Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej.

O czym jest film Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

No właściwie to już wszystko wiadomo o czym jest, ale gwoli kronikarskiego obowiązku… Michalina Wisłocka (Magdalena Boczarska), lekarka, ginekolog, cytolog i seksuolog. Autorka książki o seksie, której nikt nie chce wydać. Uwielbiana przez swoje pacjentki lekarka, która dzięki zdroworozsądkowemu podejściu do pacjenta i zrozumieniu jego oczekiwań pomogła już wielu. A teraz dzięki swojej książce chce pomóc jeszcze większej ilości rodaków w czerpaniu przyjemności z seksu i zrozumieniu kobiecych pragnień. Tyle tylko, że mamy komunizm w rozkwicie, a partii nie interesuje wydawanie książek uznawanych za pornograficzne. Wydeptuje więc Wisłocka ścieżki urzędów, odwiedza biskupów, proponuje swoją powieść w odcinkach prasie kobiecej – robi co może, by w końcu Sztuka kochania trafiła na rynek. Ale skąd w ogóle pomysł napisania książki? Przenosimy się w okolice II wojny światowej, gdy Miśka wraz z przyjaciółką Wandą (Justyna Wasilewska) poznają przystojnego Stanisława (Piotr Adamczyk z uroczym tupecikiem). Przyszła pani doktor i Staszek zakochują się w sobie, ale w łóżku im nie idzie. By rozwiązać ten problem postanawiają zamieszkać we troje z Wandą tworząc jedną, szczęśliwą rodzinę. To początek seksualnej edukacji Wisłockiej, której kolejne epizody z życia poznamy zanim doprowadzi do wydania swojej książki.

Recenzja filmu Sztuka kochania. Plusy

Nie mam większych wątpliwości, że do kina wybrać się na Sztukę kochania warto. To kolejny film, którego znów nie trzeba rozpatrywać w kategorii „polski film”, bo spokojnie wyróżnia się na tle krajowej konkurencji. Głównym powodem tego wyróżniania się jest dobrze wybrany temat na film, który zwyczajnie jest ciekawy i jeśli twój bohater miał ciekawe życie, to i twój film też powinien taki być. A życie Michaliny Wisłockiej nie dość, że było ciekawe, to jeszcze przypadło na tak wesoły okres PRL-u, że ten dobrze przeniesiony na ekran od razu zyskuje na wartości. A PRL w filmie Sztuka kochania ogląda się bardzo dobrze. Można tylko kręcić nosem, że to ten PRL z dzisiejszych opowieści pod tytułem „ech, kiedyś to było lepiej” – wyidealizowanych chyba z powodu dziur w pamięci tylko do tego, co rzeczywiście było wtedy dobre – ale nie jest to dramat obyczajowy, a obyczajowa komedia, w której dozwolono więcej optymizmu niż w poważniejszych dziełach. W związku z czym okropni komuniści są tu w zasadzie sympatyczni i stanowią źródło do robienia sobie z nich jaj bądź do sprowadzania ich do roli chłopków roztropków.

Film Sztuka kochania w ogóle ogląda się dobrze, bo i tak samo został zrealizowany. Świetnie odwzorowano klimat epoki zarówno na poziomie charakteryzacji jak i scenografii, pokuszono się o przeniesienie na ekran dawnego Bazaru Różyckiego czy nawet o tak modnego w dzisiejszym kinie mastershota (coraz popularniejsze słowo). Na uwagę zasługują oddychające pełną piersią zdjęcia i fajny klimat lata na wsi czy wiosny w mieście. Jest kolorowo, wesoło, nawet jak się ktoś kłóci, to znajdzie się powód do jednego żartu bądź dwóch. Perypetiom bohaterów towarzyszy też trochę muzyki wykonywanej między innymi na żywo przez Anię Rusowicz.

No i jest Sztuka kochania filmem zaskakująco odważnym. Pełno tu nagości (obie płcie znajdą coś dla siebie) i erotycznych wygibasów, jakich dawno – albo i nigdy (Big Sister nie liczę) – w polskim kinie nie było. Aktorzy dają z siebie wszystko i trudno o kimś powiedzieć, że był kiepski. A najlepszy ze wszystkich jest znakomity Eryk Lubos, który ukradł show Magdzie Boczarskiej. Czadu daje też Artur Barciś, a twórcom nie zabrakło inwencji do tego, żeby przemycić tu również bohatera Bogów – Religę.

Recenzja filmu Sztuka kochania. Minusy

Przede wszystkim rzecz podstawowa – Sztuka kochania nie jest tak dobrym filmem jak Bogowie. Niby wszystko jest tutaj na swoim miejscu, ale przyznam szczerze, że do momentu pojawienia się Eryka Lubosa trochę się nudziłem. Nie wiem, być może zabrakło lepszej reżyserskiej roboty, by poukładać to wszystko w emocjonującą całość zamiast porządnie poskładanych epizodów z życia Wisłockiej, które są obowiązkowo odhaczane, by akcja poszła dalej. We wciągnięciu się w film nie pomaga również fakt, że większość dobrych tekstów została sprzedana już w zwiastunie – chciałoby się coś więcej.

Sztuka kochania to właściwie kolejna laurka wystawiona konkretnej bohaterce. Widać, że twórcom przeszkadza np. fakt posiadania przez Wisłocką córki, która jest przez nich zepchnięta na margines i właściwie tylko w jednej scenie się sprzeciwia przeciwko braku kontaktu z matką, a tak poza tym to pojawia się tylko wtedy, gdy trzeba (czyli prawie nigdy). Przydałoby się więcej wyjaśnienia w tej i innych kwestiach (co dalej z synem Wandy?). Było na to miejsce kosztem kilku zupełnie niepotrzebnych scen – seks pod prysznicem z gościem, który już nie powrócił czy akcja z Niemcami w czasie wojny. Zaskakująco znika też Adamczyk, o którym przydałoby się jeszcze choćby słowem wspomnieć, nawet jeśli rozstanie rzeczywiście wyglądało tak jak wyglądało.

Parę fakapów trafiło się też od strony technicznej. Widać, szczególnie na początku, że kilka scen było ratowanych dodanymi postsynchronami – postaci ustami „mówią” co innego albo dialog dograny jest na dalszym planie, gdy nie widać, że postać coś mówi. Niby nic, a przeszkadza. Podobnie jak napisy przy obcojęzycznych kwestiach – ich autor zapewne nie słyszał o zasadach stosowania przecinków i dużych liter. Zapewne mnogość materiału sprawiła też, że nie wszystko jest jasne i klarowne, jak np. sprawa z narodzinami dzieci Miśki i Wandy. Chcieli szybciej wyszedł chaos. Wspomniany wyżej mastershot jest efektowny, ale przydałoby mu się ciut więcej wygibasów kamery niż bodaj trzy zmiany planów. A muzyka też jakoś nie brzmiała ani ta oryginalna Radzimira ani piosenki z epoki. Przy Bogach narzekałem na ścieżkę dźwiękową z zagranicznymi hitami – tu były nasze, ale też jakoś tak marnie wyselekcjonowane.

Zebrało się tych minusów sporo, ale to w dużej mierze drobnostki, które sprawiają, że nie jest tak dobrze jak mogłoby być. Ale wciąż jest dobrze i kasa na bilet nie będzie stracona. Finalna ocena powiększona o +1 za rolę Lubosa.

(2191)

Pierwszy raz do czynienia z książką Michaliny Wisłockiej miałem kilkadziesiąt lat temu (aaa), gdy wynalazłem ją między ręcznikami w jednej z szafek domowej meblościanki. Chyba nie do końca kumałem, dlaczego jest tak schowana i czego dotyczy. Pamiętam, że poprzeglądałem obrazki i tyle sensacji - szybko schowałem ją na miejsce obok kasety z Wykidajłem z Patrickiem Swayze (wyolbrzymiam, na książkę wpadłem chyba wcześniej). Mogę więc powiedzieć, że jestem naocznym świadkiem rewolucji, jakiej w życiu seksualnym Polaków dokonała książkowa Sztuka Kochania, a przynajmniej tego, że rzeczywiście była to książka, którą każdy chciał mieć. 7 milionów sprzedanych egzemplarzy książki to nie w kij…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Historia życia Michaliny Wisłockiej, autorki książki, która zrewolucjonizowała życie seksualne Polaków. Nie tak dobry film jak Bogowie tych samych producentów, ale z pewnością warto obejrzenia i zapewniający rozrywkę.

8 odpowiedzi

  1. Wygląda na to że Magdalena Boczarska ma najlepsze role gdy się rozbiera – podobnie było w filmie „Różyczka”:-)

  2. Quentin

    Chyba ciężko byłoby znaleźć jej role nierozbierane 😉

  3. Co to jest ten „mastershot” !?
    Plan totalny czy główny?

  4. To mówisz, że Marysia Sadowska jest już jak De Palma w prologu „Snake Eyes”? 😉

  5. A ja śmiałam się gdy gdzieś przeczytałam,że jest to rola życia Eryka Lubosa…gdy on gra tam głównie…pośladkami 😉

  6. Quentin

    A Ty myślisz, że łatwiej zapanować nad twarzą czy nad pośladkami? :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.