"Bogowie" - fot. screen z Youtube
"Bogowie" - fot. screen z Youtube

Bogowie

Nie będzie to recenzja z gatunku: wszyscy obejrzeli film i się zachwycili, a potem w końcu obejrzał go Q i zaczął narzekać. Nie będzie to też długa recenzja, jak zwykle w sytuacji, gdy nie ma na co narzekać. Bo nie ma na co narzekać.

W końcu udało się w Polsce kino mądrorozrywkowe na światowym poziomie. Nie wiem czy taki był cel zamierzony, czy przez przypadek wszystko zagrało, ale to nie ma znaczenia. Liczy się efekt końcowy, w przypadku którego nie ma potrzeby dodawać powszechnego w przypadku polskiego kina „jak na polski film”. I nie ma potrzeby rozpatrywać go jako taki. To po prostu świetny film. Koniec kropka.

Trochę trwało zanim wybrałem się do kina, ale to nie dlatego, że miałem złe przeczucia. Tak wyszło, nie ma się co akurat nad tym rozwodzić. Czułem, że będzie dobrze i było właśnie tak. Potwierdziło się to, co wynikało ze zwiastuna, co wynikało z opinii przypadkowych ludzi, co wynikało z opinii gambita. Mogę śmiało napisać, że nie wyobrażam sobie, że komuś „Bogowie” mogliby się nie podobać. Jeśli tak, to coś z nim jest nie tak. Po prostu.

Na moim seansie, mimo chyba już trzeciego tygodnia wyświetlania, sala była nabita po korek i trudno się dziwić – dobre produkcje zasługują na dobrą frekwencję. To coś, czego nie zaklną żadni spece od marketingu i gładkie słówka w zwiastunach, na plakatach. Wyznacznik jakości filmu, którego nie da się podrobić. I przy okazji najprostsza rzecz na świecie – zrobiłeś dobry film, ludzie będą go oglądać. Wszelkie odstępstwa od tej reguły to jedynie jakieś promilowe anomalie.

O „Bogach” napisano już właściwie wszystko i nie ma co powtarzać za pozytywnymi opiniami. Poszukajcie jakichś, jeśli macie taką ochotę, a ja się pod nimi awansem podpisuję. Wszystko w tym biopiku o Zbigniewie Relidze jest jak należy, akcja wciąga od początku, jest wartka i nie zamula, delikatny humor ożywia ją tam, gdzie trzeba, a i dramatycznie też jest tam, gdzie należy. Fascynująca historia życia kardiochirurga znalazła równie fascynującą oprawę. Przy czym cały czas poruszamy się w kategoriach wspomnianego wyżej filmu mądrorozrywkowego, bo nie ma w „Bogach” żadnego zadęcia w kierunku wielkiego ą, ę kina. To sprawnie i nowocześnie zrealizowany film, chyba pierwsza polska produkcja, o której można powiedzieć, że jest od początku do końca amerykańska. A to komplement w tym przypadku, bo co jak co, ale biopiki to oni potrafią kręcić. No i w ogóle technicznie wymiatają, tylko scenariusze mają coraz głupsze.

I tak, Tomasz Kot jest tutaj znakomity.

A gdybym już naprawdę, naprawdę musiał się czegoś czepiać to trzech rzeczy. Ha! 😛 Gdyby to ode mnie zależało, zdecydowałbym się jednak na zilustrowanie filmu ścieżką dźwiękową z polskimi przebojami. Te zagraniczne są zbyt wyświechtane, wzbogacały już ścieżki dźwiękowe miliona filmów i seriali, no i są… zagraniczne, co akurat w tym przypadku nie jest zaletą. Co to, nie znalazłby się jakiś dynamiczny Maanam do scen zasuwania Fiatem 125p i pijacki Lady Pank pod chlejącego Religę? Naprawdę nie było potrzeby „dodawać” filmowi blasku światową muzą. I naprawdę nie było lepszego aktora do zagrania czarnego charakteru niż Ryszard Kotys? Bo on akurat okazał się najsłabszym elementem układanki. Jak i polskie napisy – raz brakło ich przy angielskich dialogach, dwa znalazły się w nich niepotrzebne kropki w zapisach dat.

Ale to duperele. Całość na mocne 9/10.

(1819)

6 odpowiedzi

  1. Z innej beczki: zanim film się zaczyna jest 7 dżingli producentów, mecenasów, wydawców etc. Chyba tylko polskie filmy tak mają. :)

  2. Quentin

    Nie no, co Ty.

    W Bollywoodach mają jeszcze więcej :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.