The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young (2014).
The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young (2014).

The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young. Recenzja filmu dokumentalnego

The Barkley Marathons to przedstawiciel mojego ulubionego rodzaju filmów dokumentalnych. Nie ma w nim niczego wybitnego, właściwie to wręcz przeciwnie, ale ma to, co w dokumencie niezbędne – historię, o której nigdy nie słyszałem. I w sumie pewnie nawet bym nie pomyślał, że coś takiego jak maraton Barkley jest organizowane, a nawet gdybym pomyślał, to nie wpadłbym na to, w jakiej jest to zorganizowane formie. Recenzja dokumentu The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young.

O czym jest dokument The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young

Wraz z The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young przenosimy się na trasę kolejnej edycji tytułowego biegu rozegranej w 2012 roku. Czymże jest ów maraton Barkley? No, jak sama nazwa wskazuje, biegiem. Biegiem przełajowym, w którym biorą udział najlepsi z najlepszych. Biegiem nie byle jakim, bo wiodącym morderczą trasą pośród lasów Tennessee. Trasą złożoną z pięciu okrążeń liczących w sumie 160 kilometrów z finalną różnicą wzniesień równą dwóm wejściom na Mount Everest. Każdego roku do udziału zaproszonych zostaje czterdziestu zawodników, którzy mają 60 godzin na ukończenie całej trasy. Zadanie to jest ekstremalnie ciężkie, dość powiedzieć, że przez pierwszych kilkanaście lat od pierwszej, rozegranej w 1986 roku, edycji nikt nie ukończył biegu, a w momencie startu edycji 2012 takich pogromców maratonu Barkley było około dziesięciu.

Recenzja dokumentu The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young

OK, bieg jak bieg, powiecie. Cóż takiego dziwnego w Barkley Maraton w dobie wszelkich runmageddonów i innych spartanów, czy jak to się tam nazywa? I przede wszystkim: cóż takiego ciekawego w filmie The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young, że rozpłynąłem się na początku od pochwał? Hmm, no w sumie może i nic dziwnego, bo w końcu rzeczywiście przez cały film biegają po lesie, a założyciel biegu opowiada o nim do kamery. A jednak, kolosalną różnicę robi cała otoczka tego wydarzenia, które jak najdalej to możliwe, dalekie jest od rozumienia pojęcia biegowej imprezy masowej. Organizowana przez zapaleńca biegania na swoją sławę zapracowała sama i nikt jej w tym nie pomógł. To dowód na to, że wielkie rzeczy najczęściej po prostu się zdarzają i nie zaplanuje tego żaden marketingowiec. Fama biegu roznosiła się z ust do ust, a jego twórcy Gary „Lazarus Lake” Cantrell i jego kumpel Raw Dog nie robili nic, by o biegu było głośno. Kto miał o nim wiedzieć i przede wszystkim miał jakiekolwiek szanse, by go ukończyć – ten znalazł sposób, by się o nim dowiedzieć.

Nie bez znaczenia w powodzeniu Barkley Marathon i samego filmu jest ww. Lazarus obdarzony kpiącym poczuciem humoru, który uczestnikom swojego biegu serwuje różne niespodzianki nadające wydarzeniu niepowtarzalnego charakteru. Wszystko na luzie i bez napinki. Uczestnicy zakwalifikowani do biegu otrzymują informację o tym w postaci listu kondolencyjnego, a wpisowe wynosi dokładnie dolar sześćdziesiąt. Oprócz tego każdy debiutant musi złożyć na starcie tablicę rejestracyjną ze swojego miasta/stanu/kraju oraz gift. Te zależne są od tego, czego brakuje Lazarusowi w domu. „Nie miałem białych koszul, więc kazałem przywozić białe koszule. Potem białych koszul miałem aż nadto, więc zażyczyłem sobie skarpetek”. Podobnych niespodzianek i fajnych pomysłów na urozmaicenie biegu jest w Barkley Marathon dużo więcej, no ale to już odsyłam do filmu, bo warto. Spędzicie bardzo pozytywne 90 minut wśród zwyczajnych/niezwyczajnych ludzi, o których nigdy wcześniej nie słyszeliście.

(2132)

The Barkley Marathons to przedstawiciel mojego ulubionego rodzaju filmów dokumentalnych. Nie ma w nim niczego wybitnego, właściwie to wręcz przeciwnie, ale ma to, co w dokumencie niezbędne - historię, o której nigdy nie słyszałem. I w sumie pewnie nawet bym nie pomyślał, że coś takiego jak maraton Barkley jest organizowane, a nawet gdybym pomyślał, to nie wpadłbym na to, w jakiej jest to zorganizowane formie. Recenzja dokumentu The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young. O czym jest dokument The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young Wraz z The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Film dokumentalny o morderczym 160-kilometrowym biegu rozgrywanym w lasach Tennessee. Bardzo pozytywne 90 minut spotkania ze zwyczajnymi/niezwyczajnymi ludźmi, o których nigdy wcześniej nie słyszeliście.

2 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.