Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Plakat filmu Ave, Cezar
Ave, Cezar [Hail, Caesar!] (2016), reż.: Ethan Coen, Joel Coen

Ave, Cezar, czyli Porwanie w Hollywoodstanie

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że bracia Coen podczas kręcenia Ave, Cezar bawili się o wiele lepiej niż teraz bawią się w kinach jego widzowie, ale to jeszcze nie oznacza, że będę krytykował ich najnowszy film. Wręcz przeciwnie. Kłopot w tym, że Ave, Cezar na pewno nie wszystkim się spodoba. Recenzja filmu Ave, Cezar.

Ave, Cezar [Hail, Caesar!] (2016)
Reżyseria: Ethan Coen, Joel Coen
Scenariusz: Joel Coen, Ethan Coen
Obsada: Josh Brolin, George Clooney, Alden Ehrenreich, Scarlett Johansson, Ralph Fiennes, Channing Tatum, Tilda Swinton, Frances McDormand, Jonah Hill
Zdjęcia: Roger Deakins
Muzyka: Carter Burwell
Kraj produkcji: USA

Dawno, dawno temu w bardzo odległym Hollywood

Dwudziesty wiek wchodził właśnie w swoją drugą połowę, kiedy coraz bardziej łokciami zaczął rozpychać się nowy wynalazek – telewizja. Jak to często bywa w takich przypadkach, jedni byli zadowoleni z tego faktu, a drudzy niekoniecznie. Do tych drugich z pewnością zaliczyć trzeba było filmowych potentatów, w których poukładany świat z buciorami zaczęła wchodzić innowacja. „Kto będzie chciał chodzić do kina raz w tygodniu, gdy film będzie mógł zobaczyć w domu?” pyta nie bez racji jeden z bohaterów Ave, Cezar wskazując wyraźny problem. A przecież wszystko pracowało jak w zegarku. Wielkie studia filmowe ze swoim systemem studyjnym rządziły wszystkim od aktorów po kina. Uwiązani kontraktami artyści i twórcy byli na każde skinienie wypełniając za określoną, niezbyt wygórowaną stawkę wszystko, na co się zawczasu zobowiązali i nawet za bardzo nie mieli się do kogo skarżyć. Tymczasem wraz z rozwojem telewizji pojawił się poważny problem. Oprócz trzymania wszystkiego za mordę i okazyjnego prostowania skandali i skandalików swoich gwiazdeczek, trzeba było teraz podsypać groszem na jeszcze większe, jeszcze bardziej monumentalne widowiska, które odwróciłyby uwagę od malutkiego telewizyjnego ekraniku.

A, jakby tego mało, po kraju zaczęli pałętać się ci okropni komuniści! Nikt ich przeważnie nie widział na oczy, ale każdy o nich słyszał. A przecież film, jako medium docierające do większości społeczeństwa, stanowił dla komuchów łakomy kąsek, przez który można by niepostrzeżenie przemycać swoje komunistyczne idee i zatruwać imperialistyczne umysły. Przeciwdziałanie czerwonej zarazie było koniecznością, a poszerzenie Czarnej Listy hollywoodzkich zdrajców obowiązkiem!

O czym jest film Ave, Cezar

Początek lat 50. W jednym z hollywoodzkich studiów filmowych powstaje właśnie epicka epopeja sandałowa o pierwszych latach chrześcijaństwa. Oto rzymski trybun powraca z hen daleka w rodzinne strony, gdzie coraz bardziej rozprzestrzenia się kult tajemniczego Jezusa Chrystusa. Sceptyczny i wielobogobojny Rzymianin uważa, że modę trzeba zdeptać sandałem. W jego roli (Rzymianina, nie sandału, sandała, sandału :P) największy ówczesny heros ekranu Baird Whitlock (George Clooney). Zdjęcia mają się ku końcowi, jeszcze tylko jedna, najważniejsza scena filmu i można projektować napisy końcowe. Kłopot w tym, że Baird Whitlock zostaje porwany, a na biurko producenta filmowego Eddiego Manniksa (Josh Brolin) trafia żądanie sporego okupu. Sprawę trzeba załatwić błyskawicznie, bo każde opóźnienie na planie to pieniądze, które trzeba płacić m.in. ukrzyżowanym statystom. A przecież to nie jest jedyny problem Manniksa, który zająć się musi prawie, że niepokalaną ciążą jednej ze swoich gwiazd (Scarlett Johansson), a także znalezieniem zastępstwa dla jednego z aktorów występujących w kostiumowym hicie wytwórni. Wybór pada na gwiazdę westernu Hobiego Doyle’a (Alden Ehrenreich), a Eddie będzie miał co robić.

Recenzja filmu Ave, Cezar

Nie chodzi o to, że Ave, Cezar jest filmem Coenów, a te rzekomo wymagają od widza ciut więcej i nie sposób ich zrozumieć ot tak wchodząc do kina z ulicy. Moim zdaniem problem Ave, Cezar tkwi gdzie indziej. To w ogóle nie jest skomplikowany film i nie ma w nim nic, czego można by nie zrozumieć. Tyle tylko, że seans wymaga od widza trochę początkowej wiedzy, bo nikt tu nikomu nic nie tłumaczy. I nie jest to wiedza dla wtajemniczonych, którzy mogliby się porozumiewać między sobą systemem znaków zrozumiałych tylko sobie z minami pełnymi wyższości nad resztą. Wręcz przeciwnie. Kłopot w tym jedynie, że te wszystkie czarne listy, systemy studyjne i komuniści w Hollywood zwyczajnie nikogo nie obchodzą. A jeśli coś kogoś nie obchodzi, to jak ma się mu spodobać film o tym czymś? Szczególnie u nas, gdzie problem z komunistami był o wiele poważniejszy, a kino nauczyło się maskować brak finansów na widowiska moralnym niepokojem. I jeśli, drogi widzu, myślisz sobie teraz, że ty też masz to wszystko w dupie (normalne, kto normalny dla zabicia czasu studiuje historię Hollywood), to Ave, Cezar nie jest dla ciebie. Jeśli myślisz sobie: a co mi tam, nic o tym nie wiem, ale pójdę do kina i się dowiem, to nie, z Ave, Cezar się nic nie dowiesz. A nawet jeśli, to dalej będziesz to miał gdzieś. Pewnie spodobają ci się odtworzone z pietyzmem fragmenty archetypowych gatunków dawnego kina (komedia muzyczna, western, kino sandałowe, romans salonowy – każdy z tymi samymi aktorami przypisanymi sztywno do archetypowych ról: amant, bohater, tancerz), ale stwierdzisz przy okazji, że tylko fabuły tu brakło.

Scarlett Johansson ave cezar

Zabrakło też #cycki. To maks nagości, jaką tu dostaniecie, ale chyba nie spodziewaliście się więcej, zboczeńcy?!

Nie brakło, fabuła jest, ale niejako dla wtajemniczonych i nikt nie zadaje sobie tu trudu, aby cokolwiek wyjaśniać. Coenowie nie rozprawiają się ze starym Hollywoodem, ale zwyczajnie snują swoją opowieść osadzoną w konkretnym czasie i miejscu. Nie oceniają, nie wskazują paluchem co dobre, a co złe, tylko kształtują charakterystyczny okres schyłku systemu studyjnego pod własne upodobania i swoje poczucie humoru, które i w Ave, Cezar nie różni się niczym od tego z poprzednich, lżejszych propozycji braci. Wszystko po to, by zaprezentować zgrabną satyrę stworzoną przez twórców w pełni świadomych tego, na co się porwali i jak chcą się do tego dobrać.

Niewątpliwym plusem, który powinien urzec każdego, są wspomniane wyżej fragmenty fikcyjnych filmów stworzonych na potrzeby Ave, Cezar. Czy to kino sandałowe, czy tańczący w knajpie marynarze, czy pływające od linijki mistrzynie tańca synchronicznego – wszystko to wypada na ekranie znakomicie. Zagwarantowała to świetna obsada, która w swoich wcieleniach z epoki czuje się jak ryba w wodzie (a Scarlett Johansson to nawet dosłownie). Świetny w roli Burta Gurneya jest Channing Tatum, którego lubię coraz bardziej. Chłopak dostaje po dupie za samo tylko nazwisko, ale już powoli nudne staje się to całe „co za kretyn go w tym obsadził?”. Tymczasem Tatum robi swoje i tylko chciałbym widzieć jakiegokolwiek polskiego „wielkiego aktora” na jego miejscu. Nudny już z tym jestem, ale chciałbym, co poradzę. Brawo, Channing! :).

Channing Tatum w filmie Ave, Cezar

– Dzięki, Q. Kocham cię.

Mnie się podobało. O niebo bardziej niż nędzny poprzedni film Coenów „Co jest grane, Davis?”. Ale też potrafię zrozumieć ludzi, którzy zaczęli wychodzi z sali jeszcze w trakcie seansu. Dodatkową atrakcją jest możliwość naocznego przekonania się o tym, jak bardzo przez lata zmieniło się kino. Choć nie we wszystkich aspektach. Problem poruszany w Ave, Cezar wciąż jest żywy, czego dowód w napisach… Deadpool, a najbardziej tego, co tkwi tam pod hasłem „scenariusz”.

(2062)

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że bracia Coen podczas kręcenia Ave, Cezar bawili się o wiele lepiej niż teraz bawią się w kinach jego widzowie, ale to jeszcze nie oznacza, że będę krytykował ich najnowszy film. Wręcz przeciwnie. Kłopot w tym, że Ave, Cezar na pewno nie wszystkim się spodoba. Recenzja filmu Ave, Cezar. …

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Producent filmowy zmuszony jest zająć się sprawą porwania swojego gwiazdora prosto z planu jego najnowszego widowiska historycznego. Udana satyra na Hollywood lat 50., ale za bardzo dla wtajemniczonych.

Odpowiedź

  1. Tak sobie myślę, że jednak znaczna większość kinomanów zna te realia i może sobie dopasować kilka rzeczy. Jeśli nie, to już ich problem.
    Mnie urzekła scenografia, zdjęcia, muzyka (czyli jak zwykle), ale przede wszystkim gra aktorska. Dostałam cały łańcuszek perełek. Od Brolina (jak ja się cieszę, że facet wraca pełną gębą), Johansson (cudny kontrast pomiędzy filmowym emploi a gadką jej bohaterki), Clooneya (co za uda 😀 ), Tatuma (mam w głębokim poważaniu tych, którzy psioczą bo on to on) czy Aldena Ehrenreicha (oni co roku są coraz młodsi :O ), po smaczne epizodziki Jonah Hill i Frances McDormand (apaszki są jak pelerynki superbohaterów – passe 😉 )
    Czerwony Październik z pieskiem zgarnął pulę :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.