Leydis, bohaterka filmu dokumentalnego Kuba to my
Somos Cuba (2015), reż. Annett Ilijew

Recenzja filmu Kuba to my, obejrzane na 31. Warszawskim Festiwalu Filmowym

I tym sposobem dotarliśmy do ostatniego dnia 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego (słyszę oddechy ulgi i nieśmiałe brawa). Dnia, w którym miałem obejrzeć trzy filmy, ale misterny plan przedfestiwalowy rzucił mnie po dwóch seansach na półtoragodzinną przerwę, zmuszając do powrotu do domu po północy – na co już nie miałem siły. Zrezygnowałem więc z Pralni, bo dorwać ją będzie raczej łatwo. W przeciwieństwie do Kuba to my, z którego jakiekolwiek zdjęcie to rzadki eksponat, a co dopiero zwiastun czy cały film. I od razu mówię, nie ma czego żałować. Przy okazji mówię, że w tej recce daruję sobie śródtytuły i inne pierdoły, bo tworzę ją w warunkach cokolwiek polowych. A zresztą nie przewiduję więcej niż trzech akapitów. Łącznie z tym. Przed Wami recenzja Kuba to my aka Somos Cuba – Wir sind Kuba. Bo to niemiecki dokument.

Choć określenie dokument czy niemiecki jest tutaj średnio na miejscu, bo – przepraszam panią reżyser – nie widziałem w Kuba to my żadnego wkładu artystycznego w surowe i amatorskie nagrania, których autorem jest niejaki Anders. Anders przez jakiś czas mieszkał w Niemczech, gdzie zarabiał na życie na taksówce. Z kraju Goethego przywiózł z powrotem na Kubę wspomnienia oraz kamerę wideo. Kamerę, którą zaczął rejestrować życie codzienne swoje, swojej córki, którą wychowuje samotnie z babcią, oraz życie swoich sąsiadów. A potem do nagrań dorwała się pani Annett Ilijew i zrobiła z tego film określony w zapowiedziach festiwalowych „kameralnym dokumentem, będącym unikalnym zapisem codziennego życia mieszkańców ubogich dzielnic Hawany”. Temat ciekawy, choć początkowo nie miałem Kuba to my wybranego do obejrzenia. Wybrał go Asiek, a ja łaskawie się przyłączyłem ;P. Żeby nie było, że ja takie słabe filmy wybieram! No ;).

Nie ma w nagraniach Andersa niczego wielce ciekawego. Są jakieś przebitki manifestacji, narzekania na Fidela Castro i buntu, którego nikt nie słyszy, ale większość Kuba to my to film jakości filmiku z wesela. Co oczywiste, taki a nie inny wygląd filmu spowodowany jest amatorskim filmowaniem amatorską kamerą, ale według mnie na taśmie filmowej nie zostało uchwycone nic, co by usprawiedliwiało robienie z tego filmu dokumentalnego. Domyślam się, że takie nagrania prosto ze slumsów Kuby to rzadkość i to jedyna wartość Kuba to my. Podejrzenie codzienności mieszkańców wyspy i dojście do wniosku, że nie wydarza się w tym życiu nic, czego nie bylibyśmy sobie w stanie wyobrazić bez filmu. Ot obraz ludzi, którzy bez pieniędzy, bez celu i bez przyszłości narzekają na władzę. A władza to narzekanie tłumi, choć nie da się nie odnieść wrażenia, że specjalnie jej się nie chce tego robć tylko nie mają nic lepszego do roboty. Birma toto nie jest.

Parę komediowych wstawek ratuje widza przez zaśnięciem. Za większość tego, co najlepsze w filmie odpowiada córka Andersa – Leydis oraz jego koleś/szwagier/łotewer podrywacz. Poza tym to jedna, wielka nuda.

(2009)

I tym sposobem dotarliśmy do ostatniego dnia 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego (słyszę oddechy ulgi i nieśmiałe brawa). Dnia, w którym miałem obejrzeć trzy filmy, ale misterny plan przedfestiwalowy rzucił mnie po dwóch seansach na półtoragodzinną przerwę, zmuszając do powrotu do domu po północy - na co już nie miałem siły. Zrezygnowałem więc z Pralni, bo dorwać ją będzie raczej łatwo. W przeciwieństwie do Kuba to my, z którego jakiekolwiek zdjęcie to rzadki eksponat, a co dopiero zwiastun czy cały film. I od razu mówię, nie ma czego żałować. Przy okazji mówię, że w tej recce daruję sobie śródtytuły i inne…

Czas na ocenę:

Ocena: 4

4

wg Q-skali

Podsumowanie: Wycinek z życia współczesnych Kubańczyków zmontowany z nagrań kręconych amatorską kamerą. Całość na poziomie filmu z wesela.

2 odpowiedzi

  1. Gratuluję wytrwałości w napisaniu wszystkich recenzji. W przyszłym roku chyba w końcu się wybiorę WFF, jeśli będzie taka możliwość.

  2. Quentin

    Dzięki, jeszcze jeden jutro i finał. W zeszłym roku było trudniej, bo filmów więcej :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.