Jennifer Lawrence z łukiem jako Katniss Everdeen w filmie Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2
Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2 (2015), reż. Francis Lawrence

Recenzja filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2, czyli flagę olimpijską wyprowadzić

Ważna informacja na początek: piszę tę recenzję filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2 aka The Hunger Games: Mockingjay Part 2 tylko dlatego, że recenzji doczekała się każda poprzednia część serii, więc głupio byłoby bez takiej zostawić (nie)wielki finał.

Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2 – Informacje wstępne

– Nie czytałem książek Suzanne Collins, nie uważam, aby znajomość książek była koniecznie potrzebna podczas recenzowania ich ekranizacji, choć bez wątpienia zawsze to ciekawsze recenzje, gdy zna się książkowy pierwowzór.
Pierwsza część Igrzysk śmierci uległa pod piętnem Battle Royale, który opowiadał o tym samym i robił to nieporównywalnie lepiej. Same Igrzyska byłyby całkiem niezłe, gdyby nie fakt istnienia czegoś podobnego, wcześniejszego i zwyczajnie lepszego.
Druga część Igrzysk śmierci była straszną nudą. Typowa druga część trylogii (czteroczęściowej :) ), którą zrobić trzeba, ale i tak wiadomo, że wszystko co najlepsze będzie w następnym filmie.
Trzecia część Igrzysk śmierci w końcu mi się podobała. Nie na tyle, żeby zwariować na jej punkcie, ale na tyle, żeby szczerze poczuć kinową magię w scenie śpiewania piosenki przez Katniss. I tylko w tej scenie, ale to wystarczyło, żeby o całym filmie mieć miłe wspomnienia.

bohaterowie filmu Igrzyska smierci patrzą na odczyt z holo

– Jest nowa recenzja Q, potem wam przeczytam – recenzja filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2.

O czym jest film Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2

Jeśli jeszcze nie wiecie o czym są Igrzyska śmierci, to teraz ta wiedza nie jest Wam dalej potrzebna. A jeśli wiecie, to też nic więcej wiedzieć nie potrzebujecie. No ale gwoli kronikarskiego obowiązku. Jest sobie taka kraina Panem. Alegoria społeczeństwa przyszłości cholera wie czym wyniszczonej Ziemi. Mieszkańcy Panem żyją w okręgach zwanych dystryktami. Wszystkim z Kapitolu rządzi okrutny władca (Donald Sutherland), który trzyma w rękach życie i śmierć swoich poddanych. Podczas gdy on wcina przepiórki, poddani wcinają kanapkę z ziemniakiem. Jak długo może wytrzymać taki model rządzenia światem? No trochę może, ale w końcu mieszkańcy się organizują w ruch oporu i zaczynają walczyć o obalenie dyktatora. Twarzą tej walki zostaje Katniss Everdeen (Jennifer Lawrence), która wygrała tytułowe Igrzyska śmierci. W myśl zasady „chleba i igrzysk” (a właściwie jej połowy) władza co roku urządza „krwawe” (PG-13) igrzyska, na których walczą ze sobą przedstawiciele wszystkich dystryktów. I jedne z nich wygrała właśnie Katniss.

To tyle, jeśli chodzi o poprzednie części :). W Kosogłos. Część 2 Katniss rusza z ekipą do Kapitolu, by wypełnić tajną misję, podczas gdy ruch oporu przygotowuje się do ostatecznej inwazji.

Dlaczego ciężko jest pisać o filmie Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2?

Czwarta i ostatnia część trylogii nie przynosi serii absolutnie niczego nowego. Poza zamkniętym zakończeniem. Wszystko, co można w niej zobaczyć, można było zobaczyć już w trzech poprzednich filmach. Czy to aktorsko (choć na przykład wcześniej nie można było zobaczyć np. totalnie zbędnej roli Gwendoline Christie, która chyba akurat pewnego dnia przechodziła koło planu Igrzysk śmierci i zawołali ją do epizodu), czy realizacyjnie (w skrócie: dobra robota). To typowe zakończenie historii, w którym nie ma co szukać czegoś świeżego i zmieniającego dotychczasową fabułę o 180 stopni. Podejmuje historię w miejscu, w którym ją zostawiono i ciągnie do końca w tempie raczej nudnawym.

No właśnie, zawodzi trochę fakt, że zrezygnowano z widowiska na korzyść przenudnych scen dyskusji Katniss z Peetą. W ogóle przenudnych scen z Peetą, który w drugim Kosogłosie dostarczył mi największych emocji – trzymałem kciuki, żeby go w końcu zabili i żeby się zamknął i zniknął z tą swoją miną cocker spaniela. Jedni doceniają takie pogłębianie postaci. Szczególnie postaci Katniss, która w finale bardziej niż z wrogami musi mierzyć się sama ze sobą i z konsekwencjami swoich decyzji, które w wielu przypadkach są nieodwracalne i nie zawsze takie jak by chciała. Drudzy – w tym ja – ponarzekają, że nie wykorzystano potencjału miasta pełnego pułapek. Oczywista sprawa, że i tak z tym nieszczęsnym PG-13 nie można było poszarżować, ale skoro już tyle się mówi o zmyślności „gejmmejkerów” i przebiegłości ich pułapek, to dobrze byłoby zaserwować widzowi coś więcej niż w zwiastunach. Tymczasem pokazano w nich właściwie już wszystkie pułapki, a te, których nie pokazano załatwia się chyba tylko w jednej scenie biegnięcia przez wielki korytarz z zabójczym światłem i wiertłami pod podłogą. Ciekawszy dla twórców filmu jest zasmarkany Peeta. I polityka.

Jennifer Lawrence w obcisłym czerwonym kombinezonie

Na szczęście darowano nam sceny taneczne zostawiając je tylko na potrzeby teaserów.

Wynudziłem się więc na większości finału, ale jakoś tak druga jego połowa – zanim zaczęła być spodziewanie mdła – wywarła na mnie pozytywne wrażenie kilkoma dość odważnymi rozwiązaniami fabularnymi. Nie, żeby były to rozwiązania z gatunku „nigdy bym się tego nie spodziewał!”, ale doceniam, że cały finał nie był spodziewanie mdły, bo mógł przecież. Dokładając więc do tego porządną realizację i fakt bycia ograniczonym przez balast poprzednich części, wychodzi w miarę solidna Siódemka, która trochę tylko mi się żre z Siódemką dla Kosogłos. Część 1, który był filmem lepszym. W Kosogłos. Część 2 zabrakło takiej sceny jak ta z piosenką Katniss, która choćby na chwilę wyniosła film w trochę inny wymiar.

(2018)

Ważna informacja na początek: piszę tę recenzję filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2 aka The Hunger Games: Mockingjay Part 2 tylko dlatego, że recenzji doczekała się każda poprzednia część serii, więc głupio byłoby bez takiej zostawić (nie)wielki finał. Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 2 - Informacje wstępne - Nie czytałem książek Suzanne Collins, nie uważam, aby znajomość książek była koniecznie potrzebna podczas recenzowania ich ekranizacji, choć bez wątpienia zawsze to ciekawsze recenzje, gdy zna się książkowy pierwowzór. - Pierwsza część Igrzysk śmierci uległa pod piętnem Battle Royale, który opowiadał o tym samym i robił to nieporównywalnie lepiej. Same Igrzyska byłyby całkiem niezłe, gdyby nie fakt…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Finałowa rozgrywka pomiędzy rebeliantami i Kapitolem w krainie przyszłości Panem. Chciałoby się napisać epicki finał, ale bardziej pasuje samo finał.

2 odpowiedzi

  1. Zgadzam się, że to najnudniejsza część z wszystkich części. Osobiście najbardziej podobała mi się pierwsza część. Moja dziewczyna była zadowolona to bardziej film dla dziewczyn z tym romantycznym wątkiem w tle.

  2. Czytałam wszystkie części Igrzysk śmierci. I tak jak na początku słusznie zauważyłeś znając treść pierwowzoru lwpiej ocenia się ekranizacje. Peta był mdly i ckliwy w książce. I taka postać pokazali w kinie. Jeśli chodzi o same wykonanie to wszystkie części są bardzo bliskie książce. Tylko ostatnia część de facto najgrubsza książka odbiega od reszty ekranizacji. Za dużo treści, a za mało czasu filmowego tak domniemuje. Podczas ataku na Panem w książce więcej się dzieje. Ogólnie tez uważam ze 4 cześć jest najsłabsza jako ekranizacja. Wiem ze masz.prawo do subiektywnych opinii, ale czytając je wyczuwam swego rodzaju niechęć do tego rodzaju produkcji. Coś co się stało bardzo popularne z góry Cię jakby zniechęca. To jest moja opinia subiektywna :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.