recenzja filmu Dark Places
Nicholas Hoult i Charlize Theron w filmie "Dark Places".

Pomieszanie z poplątaniem – recenzja filmu Dark Places

Andy Warhol powtarzał, że w przyszłości każdy będzie miał swoje piętnaście minut sławy. Wiedzą o tym producenci filmów, którzy nie czekają aż te piętnaście minut się skończy i wszystko wróci do normy. Producenci łapią za gardło i wytrząchują do ostatniego dolara, gdy tylko poczują krew. Wystarczy pretekst, taki jak na przykład ogromny sukces Zaginionej dziewczyny.

Nowy film na podstawie powieści autorki Zaginionej dziewczyny

Gillian Flynn, autorka książkowej wersji Zaginionej dziewczyny w jednej chwili stała się najgorętszym dostarczycielem historii dla hollywoodzkiej fabryki snów. Choć karierę pisarki rozpoczęła już w 2006 roku, to dopiero sukces filmu Finchera sprawił, że ktoś zwrócił na nią uwagę. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak oddać, że Flynn do tej pory napisała zaledwie trzy książki. Wśród nich Dark Places, o której to ekranizacji dzisiaj oraz Sharp Objects, która już planowana jest jako film telewizyjny. Tak czy siak – przypadku nie ma. Póki napisane na plakacie „Film autorki Zaginionej dziewczyny” kusi potencjalnego widza, trzeba korzystać. Jakość materiału literackiego już jest mniej ważna.

Żeby jednak było jasne, tę jakość oceniam tylko po ekranizacjach, czyli bez sensu; żadnej książki Flynn w wydaniu papierowym nie czytałem.

O czym jest film Dark Places

Nie jest tajemnicą, że nie jestem wielkim fanem Zaginionej dziewczyny. Zwykłym fanem też nie jestem. Ot, na pewno ciekawy to film, który w zasadzie zepsuła mi tylko jedna scena i zbyt wielka zmiana w całej fabule, jaka z jej powodu zaszła. Dlatego też, mimo ciekawego zwiastuna i jeszcze ciekawszej obsady, wiele po Dark Places nie oczekiwałem. I słusznie, bo śmiem twierdzić, że gdyby nie sukces poprzedniej ekranizacji, Dark Places nie doczekałoby się wersji filmowej.

Bohaterką Dark Places jest Libby (Charlize Theron). W młodości przeżyła straszliwą traumę – większość jej rodziny, mama i dwie siostry, zostały zamordowane na jej oczach. Jak twierdzi przez swojego brata. Zeznania Libby sprawiają, że brat rusza gnić w więzieniu, a ona sama zaczyna pusty żywot biednej ofiary żyjącej z datków przejętych jej losem ludzi i autorki poczytnej książki o tym, co wydarzyło się w jej domu. Kiedy jednak konto zaczyna świecić pustkami, pojawia się problem. Jej rozwiązaniem ma być zaproszenie z tak zwanego Kill Clubu zrzeszającego fascynatów kryminalnych historii z przeszłości. Jej członkowie zamierzają sprawdzić jeszcze raz sprawę morderstwa w domu rodzinnym Libby, uważają bowiem, że karę za nią ponosi niewinny człowiek.

Dark Places to przeciętne kino, które udaje wciągający thriller

Podczas seansu filmu Gillesa Paqueta-Brennera trudno się oprzeć wrażeniu, że ogląda się wciągający thriller, który robi wszystko co może by być wciągającym thrillerem, ale mu to nie wychodzi. Tajemnicze stowarzyszenie, kilka tajemnic z przeszłości, krwawe morderstwo ze znakiem zapytania przy nazwisku mordercy, mroczne zadupie Ameryki C, w którym nocą na żer wychodzą szumowiny każdego sortu i wiszący nad tym wszystko satanizm – Dark Places czerpie pełnymi garściami ze słynnej sprawy West Memphis Three. Wszystko to brzmi jak przepis na świetne kino pokroju Siedem. Niestety takie namnożenie ciekawych w pojedynkę motywów sprawia, że wszystkiego jest za dużo, za chaotycznie i ma się poczucie, że nadmiarem wątków chciano przykryć fakt, że nie było tu żadnego ekscytującego pomysłu na film, a przede wszystkim na jego rozwiązanie. Taka Polo Cola – niby Coca Cola, ale jednak Polo Cola.

O ile ciekawym może być śledzenie bohaterów Dark Places z punktu widzenia psychologii, zachowania postaci w różnych nieprzyjemnych sytuacjach, to film nie radzi sobie jako rasowy thriller z gatunku kto zabił. Za dużo tu wątków i jeszcze więcej dogodnych zbiegów okoliczności, które przeszłyby tylko w sytuacji, gdyby był to film oparty na prawdziwych wydarzeniach. Ale jako totalną fikcję trudno to kupić i zareagować inaczej niż kpiącym uśmieszkiem.

Dwa słowa o obsadzie

W Dark Places oprócz Charlize Theron w ulubionym przez nią niezależnym wydaniu chmurnej kobiety z kłopotami zobaczycie jeszcze Christinę Hendricks, która powtarza tu rolę z Lost River Ryana Goslinga (dajcie jej w końcu coś, w czym nie będzie chodziła przez pół filmu w podomce!) i Chloe Grace Moretz, która kontynuuje swoją misję wkurzania widza rolami, do których zupełnie nie pasuje. Szczególnie śmiesznie wygląda tu jej „palenie” papierosa bez zaciągania – serio, ktoś myśli, że nie widać tego oszustwa? No i jest jeszcze Nicholas Hoult, o którym za każdym razem, gdy go widzę to myślę: o kurde, ale on wyrósł! Ach, no i jeszcze zapomniałem o Tye’u Sheridanie, który gra obecnie w każdym filmie, w którym potrzebują zbuntowanego nastolatka z miną zbitego psa.

(1948)

Andy Warhol powtarzał, że w przyszłości każdy będzie miał swoje piętnaście minut sławy. Wiedzą o tym producenci filmów, którzy nie czekają aż te piętnaście minut się skończy i wszystko wróci do normy. Producenci łapią za gardło i wytrząchują do ostatniego dolara, gdy tylko poczują krew. Wystarczy pretekst, taki jak na przykład ogromny sukces Zaginionej dziewczyny. Nowy film na podstawie powieści autorki Zaginionej dziewczyny Gillian Flynn, autorka książkowej wersji Zaginionej dziewczyny w jednej chwili stała się najgorętszym dostarczycielem historii dla hollywoodzkiej fabryki snów. Choć karierę pisarki rozpoczęła już w 2006 roku, to dopiero sukces filmu Finchera sprawił, że ktoś zwrócił na…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Ocalała z masakry dziewczyna wraca wspomnieniami do dnia morderstwa jej rodziny. Mroczny thriller, któremu sporo brakuje, a najbardziej wiarygodnej historii.

Odpowiedź

  1. To pewnie nie przypadek że wystąpiła w filmie, który fabułą przypomina tragedię jaką spotkała ją w dzieciństwie. Kilka lat temu aktorka przyznała, chyba to było wtedy jak zdobyła Oscara za Monster, iż jej mama w obronie własnej i jej zabiła ojca Charlize.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl