recenzja filmu Attack on Titan
Attack on Titan (2015), reż. Shinji Higuchi

Recenzja filmu Attack on Titan, czyli duży może więcej

Gdyby Japonia nie istniała, zdecydowanie trzeba by ją było wymyślić.

Manga, anime, hentai, bukkake

Zanim tradycyjnie przejdę do konkretów, mały apel: uprasza się o nie wypisywanie, że manga lepsza, ekranizacja fatalna, bo 3/4 oryginału wycięli, zapoznaj się autorze z oryginałem, bo naprawdę warto o wiele bardziej itepe. Spoko, naprawdę wierzę, że wersja filmowa nie umywa się do kultowej animacji i wierzę, że ta jest dopiero prawdziwym wypasem. Serio, serio. I pewnie kiedyś sprawdzę, ale dopiero gdy samemu mi się zachce. Mam teraz ciut (bardzo małe ciut) więcej doświadczenia z anime/mangą niż parę miesięcy temu i dzięki temu mogę powiedzieć, że póki co nie przekonuje mnie rozwlekanie jakichś historii do nie wiadomo ilu odcinków. A wszystko dzięki genialnemu Death Note, który naprawdę urzekł mnie w pierwszych +/- dziesięciu odcinkach, ale ostatecznie zmęczył już wraz z pojawieniem się drugiego notatnika. Wciąż tkwię w tym momencie historii, który nawet nie jest połową i nie chce mi się ruszać dalej. Podejrzewam, że to samo byłoby z Attack on Titan i dlatego wolę to upchane do 90 minut (no 180, bo za chwilę do japońskich kin trafi dwójka). Ale zapewniam, że jak spróbuję zmierzyć się z anime (do mang nie mam cierpliwości) to dam znać.

Na początku była manga

Zaczęło się jak zwykle, od mangi autorstwa Hajima Isayamy, która odniosła ogromny sukces. Minęły zaledwie dwa lata od jej premiery, kiedy do wyprodukowania fabularnej wersji Attack on Titan zaczęli przymierzać się filmowcy. W grę wchodziły duże pieniądze, AFAIR największe w historii japońskiej kinematografii, bo i wyzwanie przed filmowcami było monumentalne. Zadania podjął się Tetsuya Nakashima, autor wybitnego Kokuhaku aka Confessions, ale ostatecznie misji nie dokończył. Pokłóciła się chłopina z resztą towarzystwa i ich wizją tego, w jakim kierunku ma iść film. A sądząc z komentarzy na IMDB pełnych ocen dla filmu od 1-4 był to kierunek znacząco odmienny od tego wytyczonego oryginalnym dziełem. Pałeczkę po nim przejął więc spec od efektów specjalnych Shinji Higuchi (niedługo wyreżyseruje reboot przygód Godzilli) i sprawę doprowadził do końca. Wyreżyserował dwie części Attack on Titan i świetnie mu to wyszło! Dzisiaj o tej pierwszej.

O czym jest Attack on Titan?

Pewnego dnia, który miał już na zawsze zapisać się jako najczarniejszy w historii naszej planety, na Ziemi zupełnie znikąd pojawiły się człekokształtne olbrzymy nazwane nie bez przyczyny Tytanami. Z mierzącymi kilkadziesiąt metrów istotami ludzkość nie miała żadnych szans. Będący na diecie z ludzkiego mięsa Tytani skutecznie wytrzebili prawie całą populację naszego globu, a ci, którym udało się przetrwać wybudowali wysoki mur ochronny, który skutecznie ochronił ich przed atakami Tytanów.

I tak w pokoju żyli sobie przez sto lat w tym odizolowanym murem kawałku planety, a Tytani przestali ich niepokoić. Jak to jednak zwykle w takich historiach bywa, mieszkańcy swoistego getta zaczęli marzyć o tym, by wypuścić się za mur do świata znanych z opowieści oceanów i tego typu przyjemności. Szczególnie trójka głównych bohaterów filmu – Eren, Armin i Mikasa – wiedziona ciekawością i zmęczeniem nowym-starym światem zaczyna kombinować, jakby tu przeniknąć przez chroniony wojskiem mur. Zanim jednak wpadają na pomysł jak to zrobić, Tytani niespodziewanie atakują znowu. Mur się wali i rozpoczyna się masakra, jakiej kino dawno nie widziało. Ulice spływają krwią, ale spokojnie, to dopiero 15 minuta filmu.

Wspaniałe widowisko. Kropka

Attack on Titan błyszczy za każdym razem, gdy w kadrze pojawiają się Tytani. Nie są może oni szczytowym osiągnięciem efektów specjalnych, ale szybko można się przyzwyczaić do ich widoku i nie zwracać uwagi na to, że pewnie w Hollywood zrobiliby ich ciut lepiej. Ba, wraz z pierwszym rozerwanym na strzępy człowiekiem zaczynają budzić autentyczną grozę swoimi rozmiarami i obojętnymi wyrazami twarzy. Jestem przekonany, że gdybym miał dziesięć lat to zesrałbym się ze strachu, a potem gigantyczne, krwiożercze monstra śniłyby mi się po nocy.

Innymi słowy: akcja to jest to, co w Attack on Titan udało się najbardziej. Nie ma żadnego odwracania kamery w kluczowych momentach, krew leje się strumieniami, ludzie fruwają na tych swoich wynalazkach do zabijania Tytanów, a oni, ci Tytani, są naprawdę przerażający. W fajnym odbiorze filmu pomaga jego perfekcyjna realizacja. Szybko czuć, że znaleźliśmy się w postapokaliptycznym nie plastikowym świecie, który kupujemy od razu. Momentami czuć powiew Blade Runnera (nie żebym przepadał za Blade Runnerem, ale nie da się zaprzeczyć, że pod względem budowania autentycznie wyglądającej wizji przyszłości rządzi), a ekipa od scenografii zrobiła kawał dobrej roboty. Łącząc to wszystko znów ogląda się całość z taką przyjemnością jak wtedy, gdy pierwszy raz oglądało się Aliens. Człowiek wierzył we wszystko i martwił się, gdy ktoś zginął.

A co się w Attack on Titan nie udało? Nie do końca podoba mi się zbyt japoński kierunek, w jakim na końcu potoczyła się akcja filmu. Teraz jeszcze to nie przeszkadzało, ale w drugiej części już pewnie będzie, bo konsekwencji nie da się uniknąć. No i nie da się ukryć, że w kilku momentach dłużyzn, gdy na ekranie działo się niewiele, przydałoby się przysiąść nad dialogami i stworzyć coś więcej poza sztampowe gadanie, które przynudza.

Tyle tylko, że minusy w ogóle nie przysłoniły mi plusów i znakomicie się bawiłem. Szczególnie że w ogóle się tego nie spodziewałem. Wy już będziecie mieć gorzej po tej recenzji :P.

(1958)

Gdyby Japonia nie istniała, zdecydowanie trzeba by ją było wymyślić. Manga, anime, hentai, bukkake Zanim tradycyjnie przejdę do konkretów, mały apel: uprasza się o nie wypisywanie, że manga lepsza, ekranizacja fatalna, bo 3/4 oryginału wycięli, zapoznaj się autorze z oryginałem, bo naprawdę warto o wiele bardziej itepe. Spoko, naprawdę wierzę, że wersja filmowa nie umywa się do kultowej animacji i wierzę, że ta jest dopiero prawdziwym wypasem. Serio, serio. I pewnie kiedyś sprawdzę, ale dopiero gdy samemu mi się zachce. Mam teraz ciut (bardzo małe ciut) więcej doświadczenia z anime/mangą niż parę miesięcy temu i dzięki temu mogę powiedzieć, że…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Odległa przyszłość. Ocaleli z zagłady ludzkości walczą o przeżycie z kilkudziesięciometrowymi olbrzymami. Spływające krwią monumentalne japońskie widowisko.

8 odpowiedzi

  1. Wysoka ocena. Czytałem różne anglojęzyczne recenzje, które były rozmaite, ale nie aż tak pozytywne. Mnie trochę odrzuca przed szybkim seansem to, że to co najciekawsze w anime, w filmie zostało zmienione (i ponoć na gorsze np. casus Mikasy i Leviego). Ale może te zmiany w filmie trzymają się kupy. Trzeba będzie sprawdzić, bo zapowiada się niezły horror :)

  2. „A wszystko dzięki genialnemu Death Note, który naprawdę urzekł mnie w pierwszych +/- dziesięciu odcinkach, ale ostatecznie zmęczył już wraz z pojawieniem się drugiego notatnika” w pełni się zgadzam, też wymiękłem po jakiś 15 odcinkach, ale fabularna wersja była fajna i zdecydowanie krótsza.

  3. „Gdyby Japonia nie istniała, zdecydowanie trzeba by ją było wymyślić” – idealnie to ująłeś, pożyczam. Uspokoiłeś mnie tą recencją, nie powiem. Ciekawe info dot. Nakashimy, ja tam bardzo się cieszę, że facet się za to nie wziął – wystarczająco pokręcone filmy kreuje, jakby miał jeszcze tam dodać Tytanów, mój mózg mógłby tego nie wytrzymać. Potwierdzam Twoje podejrzenia dot. anime, ale i tak warto, to w końcu ekstraklasa.

  4. Mnie tam Notatnik nie zmęczył, jasne, pierwsze kilka odcinków to coś na takim poziomie jakby poskładać najlepsze monety Breaking Bad i puścić ciurkiem, ale później wcale nie jest aż tak źle, jest po prostu mniej genialnie i dlatego niektórzy się rozczarowują. Dla mnie seans DN to w ogóle ciekawe doświadczenie, ponieważ podchodząc do tego serialu miał o nim zupełnie wypaczone wyobrażenie, myślałem, że to jakaś szmira dla emo-nastolatków, a później dochodzi do konfrontacji L i Kiry…

    A filmik na pewno obczaję, nawet o nim nie słyszałem do tej pory.

  5. Quentin

    @Salonik Filmowy
    Anglojęzyczne recenzje to są fatalne. Dla filmu. Pierwszy raz coś takiego widziałem (ale też rzadko sprawdzam) – wchodzę zadowolony po seansie na IMDb, otwieram users reviews, a tam jeden wielki ciąg jedynek, dwójek, trójek. Autentycznie się zdziwiłem :). Przewinąłem pierwszy ekran i tylko chyba jedna ósemka była, a tak to najniższe z możliwych.

    Moim zdaniem na bank zmiany nie zadowolą fanów oryginału, tak to już jest :).

    @Doniek
    Ja poczekam na amerykańską wersję, bo zdaje się mają robić – coś mi się obiło o oczy.

    @magus
    Zdecydowanie temu filmowi nie potrzeba pokręcenia :). Wystarczy efektowna rozpierducha. Właściwie wystarczyłoby mi, gdyby się cały czas napieprzali. Fajnie zbudowali ten świat i jak już w niego wsiąkasz to już cudów w fabule nie potrzeba.

    @devingel
    Tak samo się do DN zabierałem. I jeszcze ta kreska dla dzieci – jak takie coś może być poważne. A potem się L wziął za śledztwo i szok, w dwa odcinki więcej rozkminił niż w Hollywood w całej trylogii by ktoś rozwiązał :). L rządzi.

    Nawet nie to, że się rozczarowałem ciągiem dalszym. Właściwie to sam nie wiem co. Za dużo już było dla mnie tego wszystkiego, a drugi pamiętnik to trochę tak jakby po ryju dostać – dla mnie twist poniżej pasa tylko po to, żeby móc to dalej ciągnąć. No ale może kiedyś wrócę, myślę, że wystarczy, żebym się zabrał dalej i już pójdzie.

  6. A ja się zanudziłem…
    Zgadzam się z tym co tu napisałeś, poza tym, że akcja mnie aż tak nie porwała. Dłużyzny dały się we znaki. A najgorsze jest, że scenariusz i historia jest wybitnie z dupy. Trudno uwierzyć, że to na podstawie czegoś fajnego.

  7. Quentin

    Obejrzyj jeszcze raz, na pewno nie zrozumiałeś 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.