recenzja Area 51, recenzja Witajcie we wczoraj aka Area 51
Area 51 reż. Oren Peli / Project Almanac, reż. Dean Israelite

Zmierzch ery found footage’y – recenzje Area 51 i Project Almanac

Co za dużo to niezdrowo – powiedzenie to idealnie pasuje do sytuacji, jaka stała się udziałem found-footage’u, gatunku filmowego, który zrobił ogromną karierę po niebywałym wręcz sukcesie Blair Witch Project. Okazało się, że za drobne, które zostały po wizycie w KFC można zrobić film i nie tylko na nim zarobić, ale też zarobić na nim tyle, żeby potem do końca życia nie pracować.

I choć BWP nie był pierwszym w historii filmem usiłującym nam wmówić, że oglądamy zapis prawdziwych wydarzeń odnaleziony na zakurzonej taśmie gdzieś tam (dużo wcześniej oszukać chciał nas choćby niesławny Cannibal Holocaust, a po drodze trafiły się takie perełki jak opisywany tu niedawno Zwiad: 84 Charlie MoPic) to dopiero finansowy sukces filmu Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza sprawił, że found footage zakwitł kilkoma naprawdę fajnymi filmami.

Cannibal Holocaust, filmowcy kręcą sceny kanibalizmu

– Dobra, mamy footage. Teraz ta mniej przyjemna część planu… – Cannibal Holocaust

A potem wszyscy zaczęli robić found footage i w końcu stało się to nudne. O ile jeszcze mockumentalna odnoga f-f-a trzyma się dobrze, to szybko to, co było największą zaletą gatunku stało się kłodą pod jego nogami. Zaczął przeszkadzać trzęsący obraz, amatorskie filmowanie, zaczęły się pojawiać pytania: po jaką cholerę oni wciąż to filmują zamiast spierdzielać, gdzie pieprz rośnie, czy: kto to w ogóle nagrywa? W found footage’ach zaczęły pojawiać się ujęcia z „normalnej” kamery i nikomu ten chaos najwyraźniej nie przeszkadzał. Kręcono dalej, bo dalej stosunek zysku do kosztów wciąż pozostawał kuszący. Niezależnie od ziewania widzów, którzy znów zaczęli domagac się normalnie kręconych horrorów!

Wydaje się jednak, że to ostatnie momenty, w których można jeszcze na f-f zarobić. I zdaje się wiedzą o tym twórcy

Area 51

którzy po kilku latach od nakręcenia postanowili opchnąć w końcu swój film w kinach. Czemu nie było go wcześniej, co się z nim działo od momentu jego powstania itd. – tego nie wiem (profesjonalna recenzja :) ) i sprawdzać mi się nie chce. Fakt jednak faktem, że do polskich kin trafił w ubiegły piątek i tego się będę trzymał. A sądząc po reakcjach na Filmwebie, film Orena Peliego zaliczył po drodze ponowny montaż.

Wszystko to jest jednak mało ważne w sytuacji, w której i tak otrzymujemy rasowy found-footage, który wpisuje się w gatunkowy schemat w skali 1:1. Oto badacz zjawisk paranormalnych postanawia zabrać znajomych na niebezpieczną wycieczkę do Strefy 11 (nie mylić z programem Macieja Trojanowskiego). Niedawno skontaktował się bowiem z córką podobnego badacza, który zginął w tajemniczych okolicznościach pozostawiając po sobie schematy miejsca, w którym rzekomo od lat 50. ubiegłego wieku przetrzymywani są kosmici z katastrofy w Roswell. Czy rzeczywiście? Nasi bohaterowie zamierzają to sprawdzić.

Area 51, crash-site Roswell

Nieprzypadkowe zdjęcie niczego ciekawego – Area 51

No i cóż? To zdaje się wszystko co można napisać o Area 51, co również jest typowe dla horrorów z gatunku found footage. Wszystkie są z grubsza takie same i o wszystkich można napisać to samo, więc po co się powtarzać? Udany f-f najlepiej poznać po tym, co można o nim powiedzieć oprócz standardowych dla gatunku określeń. Im więcej czegoś nowego, innego, tym lepszy film. A że o Area 51 nic więcej dopisać nie można, stąd jasne, że nie ma sobie co nim głowy zawracać. Są lepsze f-f od niego. Np. taki…

Project Almanac lub jak kto woli w polskiej wersji okropne Witajcie we wczoraj.

Muszę przyznać, że fajnie się na nim bawiłem i nawet rozważałem jeszcze wyższą ocenę. Choć tylko i wyłącznie przez pryzmat naprawdę fajnego seansu, bo sam film trzeszczy w szwach, gdy zacznie się o nim za dużo myśleć. Albo w ogóle o nim myśleć. Ostatecznie jednak o finałowej Siódemce zaważył bezsensowny finał, który 1: albo jest bezsensowny, 2: albo go nie kumam :).

Wartością dodaną do found footage’a (chyba pięknie się ten „found footage” spozycjonuje, co chwilę go „używam”) jest tutaj fabuła, która zabiera nas w podróż przez kilka zwrotów akcji, no i przede wszystkim w podróż w czasie. Jego bohater, zdolny licealista, odnajduje w piwnicy – do której nie wiedzieć czemu nie wchodził od dziesięciu lat – schemat pozostawiony przez zmarłego w wypadku ojca. Schemat, najprawdopodobniej, maszyny do podróży w czasie. Chłopak z pomocą siostry i kolegów postanawia sprawdzić, czy rzeczywiście. Udaje im się zbudować działającą time-maszynę i nie wahają się jej użyć.

Łatwo się domyślić, że kolejne przeskoki w czasie namieszają tyle, że zmian w tajmlajnie nie da się już tak łatwo ogarnąć. Zanim jednak bohaterowie do tego dojdą, nieźle się zabawią. A razem z nimi zabawią się widzowie, bo Project Almanac jest wartkim i przyjemnym filmem _dla młodzieży_. Reprezentuje ten gatunek filmów o podróżach w czasie, w których trzeba po prostu wziąć to, co się dostaje i nie myśleć o tym, czy ma to sens czy nie ma. Kto woli kino pokroju Primera może sobie odpuścić. To bardziej wariacja na temat Chronicle, który to od Project Almanac podobał mi się dużo mniej (najwyraźniej na tyle mało, że niewiele z niego pamiętam).

project almanac movie still

– Nie zbliżajcie się! – nadchodzą poszukiwacze plotholi – Project Almanac

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że równie pasjonujące co seans PA może być szukanie w nim plotholi. Wyraźnie widać, że scenarzysta nie podołał i również szybko pogubił się w tym, co kolejne skoki pozmieniały. Szkoda tylko, że parę razy wyłożył się na prostych do naprawienia sprawach tak widocznych, że może coś po prostu wypadło w montażu. Z tego powodu główny bohater ma naprawdę kiepskie powody do zrobienia jeszcze większego zamieszania, ale tak sobie to w sumie tłumaczę, że jak się ma siedemnaście lat to jednak różne pierdoły wydają się być problemami godnymi co najmniej samobójstwa zamiast racjonalnego rozwiązania w pięć minut. I ta właśnie myśl naprawia mi cały seans tego naprawdę rozrywkowego filmu.

(1904)

PS. Dla Area 51 5/10, a dla Project Almanac 7/10. Piszę o tym tutaj, bo dwa filmy w jednej recce gmatwają system gwiazdkowy – na jego potrzeby wyciągnę średnią z tych ocen :P.

Co za dużo to niezdrowo - powiedzenie to idealnie pasuje do sytuacji, jaka stała się udziałem found-footage'u, gatunku filmowego, który zrobił ogromną karierę po niebywałym wręcz sukcesie Blair Witch Project. Okazało się, że za drobne, które zostały po wizycie w KFC można zrobić film i nie tylko na nim zarobić, ale też zarobić na nim tyle, żeby potem do końca życia nie pracować. I choć BWP nie był pierwszym w historii filmem usiłującym nam wmówić, że oglądamy zapis prawdziwych wydarzeń odnaleziony na zakurzonej taśmie gdzieś tam (dużo wcześniej oszukać chciał nas choćby niesławny Cannibal Holocaust, a po drodze trafiły się…

Czas na ocenę:

Średnia ocena dwóch filmów: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Area 51. 5/10. Badacz zjawisk paranormalnych zamierza włamać się do Strefy 11. Found footage w całej jego przeciętności. Project Almanac. 7/10. Dzięki maszynie do podróży w czasie grupa licealistów zamierza zmienić swoje życie. Rozrywkowe kino o podróżach w czasie, które zdecydowanie wymaga wyłączenia mózgu przed seansem.

Odpowiedź

  1. Widzę, że nie ma jeszcze komentarza. Dlatego dodam od siebie – found footage – by się jeszcze lepiej pozycjonowało. System komentarzy chyba mnie nie powiadomi o ewentualnej odpowiedzi, więc jak coś to na priv. 😛

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.