"On the Beach" - fot. screen z Youtube
"On the Beach" - fot. screen z Youtube

Weekend z nuklearnym holokaustem, cz. 6 – Ostatni brzeg [On the Beach]

Weekend się już co prawda skończył, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby go przedłużyć. W końcu w tym roku zdaje się kiepsko z Długimi Weekendami. Tak samo, jak i z filmami, nad których stanem rozpaczałem już w pierwszej części Nuklearnego Weekendu. Przez te parę dni nic się nie zmieniło, wciąż lepiej oglądać stare klasyki niż męczyć się nowościami. Cóż, wiele jest prawdy w „powiedzeniu” – takich filmów się już nie kręci. Nie wiem do końca od czego to zależy, ale tak jest. Stare filmy mają w sobie to coś, co sprawia, że łatwiej identyfikujemy się z bohaterami, a przez to lepiej wciągamy w fabułę. Nawet jeśli nie jest skomplikowana.

Jak się do tej pory okazywało, filmy o zagładzie nuklearnej miały więcej szczęścia do telewizji i to w telewizji powstały dzieła, które rozbudziły wyobraźnię widzów, nierzadko doprowadzając ich do paniki. Nic dziwnego, idąc do kina od razu wiadomo, że człowiek wybiera się na film, a w telewizji łatwiej dopaść go bez gardy zdrowego rozsądku. Oczywiście temat apokalipsy jest zbyt kuszący, by kino miało z niego tak łatwo zrezygnować. Nie inaczej w przypadku jądrowej anihilacji. „Ostatni brzeg” to jeden z pierwszych, o ile nie pierwszy, film podejmujący tę tematykę.

Wyreżyserowany przez mistrza Stanleya Kramera i zagrany przez gwiazdy światowego kina – Gregory Peck, Anthony Perkins, Ava Gardner, Fred Astaire – przenosi akcję na pokład ostatniej atomowej łodzi podwodnej, która ocalała trzecią wojnę światową. Nieco mniej szczęścia miał cały świat, który w wyniku owej wojny (tym razem filmowcy unikają wskazania palcem na sprawcę „zamieszania”) zamienił się w pozbawioną życia betonową pustynię. Jedynie Australii udało się uniknąć zagłady, ale i to wkrótce ma się zmienić, bo do jej wybrzeży zbliża się atomowa chmura, a rząd już zaczyna produkcję tabletek, które mają pomóc w bezbolesnym rozstaniu się z życiem. Zostało jakieś pół roku, które załoga naszej łodzi ma poświęcić na eksplorację możliwości przeżycia. Do zbadania jest północne wybrzeże Alaski oraz niespodziewanie San Diego, z którego dochodzi seria nieskoordynowanych sygnałów, których nie sposób odczytać. Czy tam znajdzie się miejsce na przetrwanie?

Powstały na podstawie książki Nevila Shute’a film trochę pozmieniał fabułę literackiego pierwowzoru. Na tyle, że autor powieści nie był zadowolony ze zmian. Trudno jednak bez znajomości książki oceniać, czy zmiany wyszły filmowi na dobre (w książce m.in. jest przedstawiona chronologia wydarzeń wojennych, ale w sumie chyba dobrze, że zrezygnowano z tego w sytuacji, gdy w książce wszystko zaczęło się od nuklearnego ataku Albanii na Włochy…; zresztą wojenny wątek nie jest w „Ostatnim brzegu” aż tak istotny), ale nie wydaje się, żeby miały mu jakoś zaszkodzić. Jego powstaniu nie przeszkodził też sprzeciw amerykańskiej marynarki wojennej, która nie chciała wpuścić filmowców na swoje atomowe łodzie podwodne. Z pomocą przyszły australijska marynarka wojenna, zresztą większość akcji filmu dzieje się właśnie w Australii.

Bo oprócz poszukiwania nowego miejsca do życia, większa część filmu poświęcona jest śledzeniu ostatnich dni Australijczyków (a z nimi amerykańskiej załogi łodzi podwodnej), którzy czekając na nieunikniony koniec – zupełnie inaczej niż bohaterowie Testamentu – w pełni korzystają z uroków życia. Co zresztą, z tego co pobieżnie poczytałem, stanowi główny – bzdurny – zarzut przeciwko filmowi. Niektórym widzom spodziewającym się tysięcy trupów i tego typu wrażeń przeszkadza, że jego bohaterowie flirtują, rzucają rzewne teksty i wybierają się na ryby w napromieniowanym mieście. Podobne zarzuty skomentować mogę jedynie tak, że żal mi takich widzów, którzy nic nie rozumieją. Oglądają filmy i nie potrafią zdobyć się na choćby odrobinę empatii nie starając się ujrzeć czegoś więcej niż to, co pokazane na ekranie. Bo pod tym płaszczykiem ckliwego melodramatu kryje się o wiele więcej treści i spostrzeżeń na temat ludzkiej natury.

Miałem obawy, że film Kramera się za bardzo postarzał, ale nic takiego nie miało miejsca. Oczywiście, to już 55 lat minęło od premiery i trzeba wziąć na to poprawkę. Ale to nadal kino, które robi wrażenie.

(1877)

PS. Fred Astaire to kiepski aktor. Przynajmniej tutaj.

PS2. Maj fejwrit tekst <3:

onthebeach2

PS3. Optymistycznym uznaję fakt, że największą karierę z filmu o zagładzie ludzkości zrobiła skoczna piosenka:

Weekend się już co prawda skończył, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby go przedłużyć. W końcu w tym roku zdaje się kiepsko z Długimi Weekendami. Tak samo, jak i z filmami, nad których stanem rozpaczałem już w pierwszej części Nuklearnego Weekendu. Przez te parę dni nic się nie zmieniło, wciąż lepiej oglądać stare klasyki niż męczyć się nowościami. Cóż, wiele jest prawdy w "powiedzeniu" - takich filmów się już nie kręci. Nie wiem do końca od czego to zależy, ale tak jest. Stare filmy mają w sobie to coś, co sprawia, że łatwiej identyfikujemy się z bohaterami, a przez&hellip;

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Po nuklearnej zagładzie całego świata, jedyną nadzieją na przetrwanie gatunku jest ostatnia misja atomowej łodzi podwodnej. Słoneczne pocztówki z końca świata.

2 odpowiedzi

  1. Dla mnie lepszym filmem jest wersja z 2000 roku, bardziej do mnie przemawia, jest też bliższa realiom dnia bieżącego.

    Pisałem o tym swego czasu na Orion Tokra Forum.

    A Walzing Matilda miała być nawet hymnem Australii ale przegrała o kilka głosów….

  2. Quentin

    Wiadomo, że teoretycznie zawsze ciekawsze będzie coś bliższego realiów oglądającego. Jednak 55 lat to 55 lat, zmieniło się wszystko począwszy od obyczajowości itd.

    Choć akurat w przypadku brzegu chyba nie czuje się aż tak upływu lat, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie techniczne. Była wojna, była, leci chmura, leci, więcej wiedzieć nie trzeba i popisy Astaire z licznikiem Geigera można nawet przeoczyć. Ważniejsi są ludzie niż to, dlaczego San Francisco nie wyparowało.

    Przekonuje mnie do oryginału to, że da się go oglądać bez uśmiechu politowania, a wręcz przeciwnie. Remake, ZTCP, był dla mnie zbyt telewizyjny, no i Assante’a nie lubię ;). Ale bez problemu wyobrażam sobie, że ktoś może woleć remake.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.