"Special Bulletin" - fot. screen z Youtube
"Special Bulletin" - fot. screen z Youtube

Weekend z nuklearnym holokaustem, cz. 5 – Special Bulletin

Do tej pory w Nuklearnym weekendzie mieliśmy przeważnie do czynienia z filmami, których punkt wyjścia był w zasadzie jeden – ktoś nie wytrzymuje (ruscy; ich punkt widzenia na nuklearną zagładę sprawdzę później w „Listach martwego człowieka”), najpierw rozrabia konwencjonalnie, a potem zamiast się wycofać i wysłuchać apeli dobrego Zachodu idzie o krok dalej i puszcza z dymem Stany Zjednoczone. Niedobitki cierpią, znikąd nadziei.

„Special Bulletin” podchodzi do sprawy inaczej. Tym razem broń atomowa ląduje w rękach terrorystów, którym przyświeca zbożny cel. Oto grupa antynuklearnych aktywistów dowodzona przez dwa wybitne umysły: atomowego analityka i profesora fizyki, konstruuje bombę, którą umieszcza na pokładzie niewielkiej łodzi u wybrzeży Charleston. Tak się składa, że świadkami zbrojnego przejęcia przez nich tejże łodzi jest ekipa telewizyjna. Reporter wraz z kamerzystą zostają wzięci na zakładników. Ich zadaniem jest relacja na żywo z nadchodzących wydarzeń. Poprzez ogólnokrajową telewizję terroryści żądają dostarczenia im wszystkich zapalników bomb atomowych, jakie znajdują się w pobliskich jednostkach wojskowych. Dokonując takiego częściowego rozbrojenia nuklearnego arsenału, terroryści mają nadzieję na rozpoczęcie procesu ogólnoświatowego rozbrojenia. Jeśli ich żądania nie zostaną spełnione – zdetonują swoją bombę.

W przypadku „Special Bulletin” mamy sytuację bardzo podobną do opisywanego tu niedawno Zwiad: 84 Charlie MoPic. Mało znany, telewizyjny film, który zupełnie niespodziewanie robi wrażenie swoją realizacją i pomysłem wybiegającym daleko poza ówczesne standardy. I dopiero, gdy spojrzy się na jego reżysera, widać, że nie ma żadnego przypadku. Że to nie boska interwencja sprawiła powstanie filmu, a jedynie filmowy talent, który już za parę lat nakręci głośną „Chwałę”, a po niej kolejne pierwszoligowe produkcje. Edward Zwick.

Lekko więc mniej dziwi fakt, że mimo ponad trzydziestu lat od jego powstania, „Special Bulletin” nadal znakomicie wygląda i z tylko małymi słabostkami (relacja na żywo spod Białego Domu, finałowe sceny) prawie w ogóle się nie zestarzał. Kluczowy w tym przypadku jest pomysł na film, czyli utrzymanie go w konwencji mockumentu. Program telewizyjny stacji, dla której pracuje porwany reporter, zostaje przerwany i rozpoczyna się nadawanie na żywo z miejsca tragedii, przerywane newsowymi raportami z tego, co dzieje się w Pentagonie, Białym Domu, na ulicach Charleston. A także przybliżaniem sylwetek terrorystów, którzy nie kryją się za maskami, a wręcz przeciwnie: sami przedstawiają się kim są. Rozpoczyna się gra z czasem, termin ich ultimatum mija za kilka godzin.

Wrażenie iluzji jest pełne. Filmowy raport w stosunku 1:1 przypomina to, co aktualnie możemy oglądać w newsowych telewizjach przy okazji podobnych wydarzeń. Nie zgrzyta w zasadzie nic, łącznie z detalami. Na początku transmisja jest dość chaotyczna, by za jakiś czas „dorobić się” specjalnego dżingla i planszy zapowiadającej – na obowiązkowym tle gwieździstego sztandaru – atak na Amerykę. Ale to nie tylko sprawność realizacyjna. Film Zwicka dotyka wielu kwestii związanych z tematyką nuklearną i nieodłącznej jej polityki (z krótkich briefingów rzecznika Prezydenta i między jego słowami można wyczytać osobną historię), czy rolą mediów we współczesnym świecie; nie przyjmując przy okazji żadnego stanowiska w sprawie, a jedynie rzetelnie pokazując jak mogłoby to wszystko wyglądać. Na możliwie wszystkich płaszczyznach tej historii. W związku z tym cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na oddech, a widz zostaje wchłonięty w historię od samego początku.

Świadoma realizmu filmu Zwicka, stacja telewizyjna podczas premiery w każdej przerwie na reklamę emitowała planszę zapewniająca, że to, co zobaczą widzowie jest fikcją. Również w trakcie dramatycznych scen dołem ekranu przewijał się napis „fikcja”. Nie zapobiegło to kilku telefonom od spanikowanych widzów.

(1876)

PS. Na lekką ironię losu zakrawa fakt, że za oknami nowojorskiego oddziału głównego filmowej stacji telewizyjnej widać wyraźnie wieże World Trade Center.

PS2. W malutkim epizodzie (wiem, nie ma dużych epizodów) pojawiła się pewna dość znana twarz:

special2

Do tej pory w Nuklearnym weekendzie mieliśmy przeważnie do czynienia z filmami, których punkt wyjścia był w zasadzie jeden - ktoś nie wytrzymuje (ruscy; ich punkt widzenia na nuklearną zagładę sprawdzę później w "Listach martwego człowieka"), najpierw rozrabia konwencjonalnie, a potem zamiast się wycofać i wysłuchać apeli dobrego Zachodu idzie o krok dalej i puszcza z dymem Stany Zjednoczone. Niedobitki cierpią, znikąd nadziei. "Special Bulletin" podchodzi do sprawy inaczej. Tym razem broń atomowa ląduje w rękach terrorystów, którym przyświeca zbożny cel. Oto grupa antynuklearnych aktywistów dowodzona przez dwa wybitne umysły: atomowego analityka i profesora fizyki, konstruuje bombę, którą umieszcza na…

Czas na ocenę:

Ocena: 9

9

wg Q-skali

Podsumowanie: Terroryści grożą detonacją bomby atomowej, jeśli ich żądania nie zostaną zrealizowane. Utrzymana w konwencji mockumentu kolejna filmowa perełka z lat 80.

Odpowiedź

  1. Potwierdzam, świetnie zrealizowany film. Zwłaszcza jeśli mamy na uwadze rok powstania. Film trzyma w napięciu od początku do końca, a finałowa scena poraża.

    Dzięki za podrzucenie pomysłu na temat filmowego weekendu (no, u mnie bardziej tygodnia :-)). Z pozostałych filmów obejrzę chyba tylko jeszcze Miracle Mile, choć Chiński Syndrom kusi podejściem do tematu (Twoja recenzja trochę studzi moje zamiary :P).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.