"Black Sea" - screen z Youtube

Black Sea

Fajne w najnowszym filmie Kevina Macdonalda (Ostatni król Szkocji) jest wykorzystanie łodzi podwodnej jako środku transportu takiego, jak każdy inny. I nic więcej.

Nie było chyba do tej pory (albo nie widziałem/nie przypominam sobie) podobnego przypadku. Zwykle łodzie podwodne pojawiały się w filmach wojennych/o wojnie (choćby tej zimnej, żeby wykluczyć czepianie się Czerwonego Października, który przecież na bojową misję płynął i do takiego celu stworzony został) i nigdzie więcej. Bohaterowie przygodowego kina akcji nie sięgali po nie, choć przecież sceny „zbrojenia się”, czy dokonywania zakupów w demobilu stanowiły ich nieodłączny koloryt. No i nie ma się co dziwić, bo przecież cóż z taką podwodną łodzią zrobić? Helikopter czy choćby czołg wynająć łatwiej i sensowniej, a łódź podwodną można co najwyżej jak Indy na stopa złapać.

I kiedy widzisz film, w którym grupa bohaterów wchodzi w posiadanie łodzi podwodnej, od razu masz w głowie wyobrażenie o dużo większym rozmachu niż do tej pory. ŁOŁ! Skoro zaczynają od zdobycia łodzi podwodnej to na czym skończą? Niestety, na niczym szczególnym.

Grupa zwolnionych z pracy marynarzy, którzy zęby zjedli na łodziach podwodnych, a potem swoje umiejętności wykorzystali w sektorze prywatnym, podejmuje się spektakularnego zadania. Oto w trakcie II Wojny Światowej zaginęła na Morzu Czarnym łódź podwodna pełna złota, które Stalin rzekomo miał pożyczyć Hitlerowi. Znana jest jej dokładna lokacja, wystarczy popłynąć i przywieźć złoto.

Brzmi naprawdę bardzo fajnie, szczególnie na film przygodowy. Taki dla rozrywki, funu, zabawy z konwencją i łodzią podwodną. Szkoda tylko, że „Black Sea” jest filmem na poważnie. A jako taki nie ma do zaoferowania niczego szczególnego. Wręcz przeciwnie, jako poważny film szybko zostaje przekreślony przez irracjonalne zachowanie jego bohaterów. Oto skład załogi łodzi stanowi mieszana ekipa rosyjsko-brytyjska. Pomiędzy jednymi i drugimi dochodzi do ciągłych tarć, a niestety sposób ich rozwiązywania jest jeden – bezmyślne zabijanie się. Naprawdę, niczym te morderstwa, bo tak je trzeba nazwać, nie są uzasadnione, ot, jak się coś komuś nie podoba, to zabija kolegę i już. A bez żadnej podbudowy trudno się zaangażować w seans, gdy jego bohaterowie są słabo napisani i żadnemu z nich nie ma nawet co kibicować. Scenarzysta nie patrzy na bohaterów jak na część większej całości, ale jako środek do realizacji swoich celów. Potrzebuje jakiegoś dramatycznego zwrotu i uzasadnienie tego czy tamtego? Chlast, ktoś kogoś morduje. Gdyby nie to, rzeczywiście, podpłynęliby po złoto, wzięli je i wrócili. No emocji moc!

Nie do końca wiem, dlaczego Jude Law zgodził się na rolę główną w tym filmie, ale chyba rzeczywiście, ostatnio jakoś nie narzekał na popularność. Może więc zapragnął zostać głównym bohaterem sensacyjnego filmu, który wokół niego by się kręcił. I faktycznie, całość kręci się wokół niego, a on stara się jak może, by trzymać film w ryzach. Niestety, przynajmniej jak dla mnie, jego udawany szkocki akcent psuje wszystko, bo cały czas wygląda, jakby się powstrzymywał przed władaniem swoim własnym akcentem. Zresztą cały film zastanawiałem się, cóż to za akcent. Byłem pewien, że ruski (wbrew nazwisku jego bohatera), ale już całkiem się pogubiłem, gdy okazało się, że pewną rosyjską kwestię czytał z kartki. Potem w trivii przeczytałem, że był to akcent bodajże z Aberdeen. Dziwnie brzmiał pomiędzy angielskim z naprawdę rosyjskim akcentem, przeszkadzając w braniu bohatera Lawa na poważnie.

Pal licho, gdyby w filmie było choć dużo spektakularnych akcji i tego typu rzeczy. Ale ich nie ma. Napięcia w standardowych scenach przepływania „na sonarze” przez wąskie przesmyki brak, a łódź często wygląda na animowaną z dodatkiem techniki, znanej już Meliesowi – na pierwszy plan rybki i mamy złudzenie głębi oceanu na planach za nimi. Słabe to jak na XXI wiek, ale może mi się coś przewidziało, bo troszkę przysypiałem.

(1870)

Fajne w najnowszym filmie Kevina Macdonalda (Ostatni król Szkocji) jest wykorzystanie łodzi podwodnej jako środku transportu takiego, jak każdy inny. I nic więcej. Nie było chyba do tej pory (albo nie widziałem/nie przypominam sobie) podobnego przypadku. Zwykle łodzie podwodne pojawiały się w filmach wojennych/o wojnie (choćby tej zimnej, żeby wykluczyć czepianie się Czerwonego Października, który przecież na bojową misję płynął i do takiego celu stworzony został) i nigdzie więcej. Bohaterowie przygodowego kina akcji nie sięgali po nie, choć przecież sceny "zbrojenia się", czy dokonywania zakupów w demobilu stanowiły ich nieodłączny koloryt. No i nie ma się co dziwić, bo przecież…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Grupa doświadczonych marynarzy wyrusza łodzią podwodną po złoty skarb. Zbyt mało sensowny i efektowny, by warto było poświęcić mu czas.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.