"The Siege of Firebase Gloria" - fot. screen z filmu
"The Siege of Firebase Gloria" - fot. screen z filmu

Oblężenie bazy Gloria [The Siege of Firebase Gloria]

Zamiast narzekać, że chętnie pooglądałbym jakieś filmy o wojnie w Wietnamie, ale już ich nie kręcą – zaopatrzyłem się w sporą ilość rzeczy starszych i planuję je odhaczać jedna po drugiej.

Impulsem do tego była nie tylko nostalgia za takimi filmami wywołana dokumentem Last Days in Vietnam, ale i uświadomienie sobie faktu, że co z tego, że większość „wietnamskich filmów” widziałem, skoro było to raczej +/- 20 lat temu, kiedy za wiele nie kumałem. I że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby obejrzeć je jeszcze raz. Szczególnie teraz powinno się je sympatycznie oglądać, kiedy nostalgia za VHS-em osiągnęła taki poziom, że niedługo wszyscy będziemy na nowo kasety wideo oglądać.

Przy czym mowa raczej o mało ambitnych hitach Złotej Ery Wideo, a nie produkcjach typu Pluton, które widziałem już z pięćdziesiąt razy, a kolejne dwadzieścia pięć czytałem książkę.

Na pierwszy ogień poszedł film, którego akurat nie widziałem jeszcze, a który pojawia się gdzieniegdzie na listach najlepszych filmów o wojnie w Wietnamie. „Oblężenie bazy Gloria” leży gdzieś pomiędzy ambitnymi filmami a’la „Czas apokalipsy”, a strzelaninami C-klasy prosto z Włoch i opowiada o przygodach amerykańskiego plutonu, który na początku ofensywy Tet znalazł się akurat w pewnej bazie wojskowej, której dowództwo – klasyka – kazało bronić za wszelką cenę. A zadanie do łatwych nie należy, bo wojska północnego Wietnamu pięciokrotnie przekraczają liczebność marines stacjonujących w Glorii.

Nawet kucharze gotują się do akcji - fot. screen z filmu

Nawet kucharze gotują się do akcji – fot. screen z filmu

Wczytawszy się w streszczenie tego filmu na angielskiej Wikipedii odkryjemy, że jego fabuła jest o wiele ambitniejsza niż to, co streściłem wyżej, ale niestety zabrakło zdolnego scenarzysty (wbrew napisom scenariusz stworzył występujący w roli głównej R. Lee Ermey, czyli można się domyślać, że sporo zmian wprowadzano już w trakcie zdjęć), żeby to samo wynikało po samym tylko seansie. Filmowa fabuła ogranicza się do wielkich strzelanin z setkami trupów i chwilowych okresów oczekiwania na wielkie strzelaniny.

Ale nie jest tak, że nie znajdzie się w niej czegoś atrakcyjnego. Szczególnie ciekawy jest początek, który zapowiada dużo lepszy film niż potem się rozwija. Niczym w kinie noir z offu słychać kąśliwe komentarze jednego z głównych bohaterów nadających filmowi czegoś więcej niż standardowym wojennym strzelaninom. Ciekawym zabiegiem jest też nieograniczanie się do przedstawiania wietnamskich żołnierzy do roli „żółtków”, którzy mają robić groźne miny i ginąć głośno krzycząc. Podobnie jak ich amerykańscy przeciwnicy, pozwalają sobie na sporo humoru w przerwach w walce, a urywki z ich bazy nie różnią się od tych ze strony amerykańskiej. I tam sanitariuszki uwijają się nad rannymi, którzy dzięki takiemu prostemu zabiegowi postrzegani są po prostu jako ludzie, a nie wróg, którego trzeba zabić. To dodaje filmowi realizmu.

No ale bez scenarzysty ani rusz. Te wszystkie dobre rzeczy ukryte są pod poszatkowaną fabułą, często nieumiejętnie wplątanym humorem i karykaturalnymi postaciami typu obsada jednego z helikopterów: blondwłosy Johnny Bravo w opasce na czoło z amerykańskiej flagi dostarcza sporo sucharów, a jego kolega z siedzenia obok przez cały film tylko patrzy w dół. A nie, raz podczas nalotu wspólnie śpiewają piosenkę. No prawie jak Wagner w „Czasie apokalipsy”.

Co ciekawe (chyba), „Oblężenie” to produkcja australijska. Za kamerą stanął Brian Trenchard-Smith, czyli koleżka, który zrobił moje ulubione „Polowanie na indyki”. Ten akurat film wyszedł mu średnio, choć miał zadatki na coś lepszego. Szczególnie przydałoby się popracować nad batalistyką, skoro już fabuły nie miał kto załatać, bo choć liczby statystów mógłby pozazdrościć niejeden film o wielkich bitwach średniowiecza, to jednak nikt nie panuje nad tym chaosem. Za dużo tu scen, w których koleś stoi bez ruchu i sieje z M-60, a przeciwnicy posłusznie giną od kul. W obsadzie ww. R. Lee Ermey w swojej typowej roli (krzyczący dowódca; dla podkreślenia swoich słów, tutaj porusza się po obozie z dwiema odciętymi głowami w ręku) oraz gwiazdka Złotej Ery Wings Hauser, za którym nigdy nie przepadałem.

- Freeze! - fot. screen z filmu

– Freeze! – fot. screen z filmu (to nie jest Wings Hauser :P)

No i warto podkreślić, że trafiły się tu ze trzy dobre teksty, a to zawsze podnosi wartość filmu. Piszę o tym, bo jeden chciałem zacytować:

– Policzyłeś trupy?
– Dziesięciu mężczyzn, osiem kobiet i dwie kaczki. Wszyscy z Vietcongu.

(1866)

PS. A ten koleś jak zawsze chromoli głupoty, gdy przychodzi do opowiadania o swoich ulubionych filmach…;)

Zamiast narzekać, że chętnie pooglądałbym jakieś filmy o wojnie w Wietnamie, ale już ich nie kręcą - zaopatrzyłem się w sporą ilość rzeczy starszych i planuję je odhaczać jedna po drugiej. Impulsem do tego była nie tylko nostalgia za takimi filmami wywołana dokumentem Last Days in Vietnam, ale i uświadomienie sobie faktu, że co z tego, że większość "wietnamskich filmów" widziałem, skoro było to raczej +/- 20 lat temu, kiedy za wiele nie kumałem. I że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby obejrzeć je jeszcze raz. Szczególnie teraz powinno się je sympatycznie oglądać, kiedy nostalgia za VHS-em osiągnęła taki poziom,…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Oddział amerykańskich Marines broni bazy przed wietnamską ofensywą. Dużo huku, jeszcze więcej chaosu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl