"Last Days in Vietnam" - fot. screen z Youtube
"Last Days in Vietnam" - fot. screen z Youtube

Last Days in Vietnam

Rzadko się zdarza możliwość zobaczenia filmu, w którym „amerykańscy chłopcy” od początku do końca dostają wciry. Już choćby i z tego powodu warto zobaczyć LDiV.

Nie całkiem przypadkowo napisałem wczoraj na Q-Fejsie, że z wielką chęcią obejrzałbym jakiś film o wojnie w Wietnamie. Ale taki mało ambitny typu: oddział rusza na motorach z samobójczą misją do dżungli; albo grupa weteranów z Wietnamu wybiera się jeszcze raz na Półwysep Indochiński, żeby odbić swoich kumpli z obozu jenieckiego. Był w Złotej Erze Wideo taki znakomity gatunek, który umarł i nie znalazł się żaden Clint Eastwood, żeby ożywić go jak western. A szkoda.

Moja nagła nostalgia za takim kinem z Rebem Brownem spowodowana została opisywanym tu dokumentem.

Jest rok 1975. Podpisany dwa lata wcześniej kruchy rozejm pomiędzy armiami północnego i południowego Wietnamu pęka niczym sucha gałązka wraz z aferą Watergate i ustąpieniem z urzędu prezydenta Richarda Nixona. Północ rozpoczyna ofensywę, która „pożera” coraz większą część kraju, stopniowo zbliżając się do Sajgonu. Paniki wśród miejscowej ludności nie da się powstrzymać, ale w miarę możliwości amerykańskie wojska starają się zapewnić schronienie swoim wietnamskim rodzinom, znajomym i wojskowym, których nie czeka nic innego poza niesprawiedliwym wyrokiem komunistycznego sądu wojskowego. Nadchodzi dzień ostatecznej ewakuacji Sajgonu.

Jak przystało na pierwszą pokazywaną na żywo w telewizji wojnę, twórcy filmu przedstawiają tę fascynującą historię popierając ją niemal w 100% autentycznymi nagraniami z gorących, kwietniowych dni, kiedy jednego dnia Sajgon opuściły dziesiątki tysięcy cywili i wojskowych. Z ust bohaterów tych wydarzeń poznajemy powody, dzięki którym doszło do takiej, a nie innej sytuacji, starania, które miały na celu zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańców kraju, który Amerykanie przylecieli tu przecież bronić, aż w końcu minuta po minucie śledzimy chaos rosnący wokół amerykańskiej ambasady.

Panie, czego tu nie ma! Z dymem puszczają milion dolarów, w basenie błyszczy się skonfiskowana broń, po ulicach walają wojskowe buty, a niepotrzebne helikoptery lądują na dnach rzek. Z siłą, jaką może oddziaływać tylko dobrze zrobiony dokument, szybko stajemy się świadkami emocjonującego wycinka burzliwej historii, która doprowadziła do rewolucji w życiu tysięcy zwykłych ludzi, a Amerykanom zafundowała traumę przegranej wojny. Po takiej porcji zrealizowanego w klasycznym stylu dokumentu, nic tylko siadać do seansu „Zaginionego w akcji 3”.

Rzadko się zdarza możliwość zobaczenia filmu, w którym „amerykańscy chłopcy” od początku do końca dostają wciry. Już choćby i z tego powodu warto zobaczyć LDiV. Nie całkiem przypadkowo napisałem wczoraj na Q-Fejsie, że z wielką chęcią obejrzałbym jakiś film o wojnie w Wietnamie. Ale taki mało ambitny typu: oddział rusza na motorach z samobójczą misją do dżungli; albo grupa weteranów z Wietnamu wybiera się jeszcze raz na Półwysep Indochiński, żeby odbić swoich kumpli z obozu jenieckiego. Był w Złotej Erze Wideo taki znakomity gatunek, który umarł i nie znalazł się żaden Clint Eastwood, żeby ożywić go jak western. A szkoda.…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądała ewakuacja Sajgonu i co do niej doprowadziło, nominowany do Oscara dokument Rory'ego Kennedy'ego jest filmem dla Was.

2 odpowiedzi

  1. ŚwinsonowskiZdzisław

    Biorę. Szkoda, że filmowcy porzucili temat Wojny w Wietnamie. Nic nie powstało w tej tematyce wartego uwagi przez ostatnie kilkanaście lat. Zdecydowanie najciekawszy konflikt zbrojny obok II Wojny Światowej, do stwarzający w prosty sposób niepowtarzalny klimat filmowy. Zrzucanie napalmu, ścinanie dżungli serią z CKMu, palenie chat miotaczem ognia i to wszystko przy odgłosach łomotu wirnika Hueya. Najpiękniejszy dźwięk na świecie.

  2. Quentin

    Oj wielka, wielka szkoda. Zresztą dzieliłem się żalem na Q-Fejsie.

    Ale postanowiłem to olać i obejść problem – nachapałem staroci i będę jeszcze raz oglądał plus odhaczę te, których nie widziałem, a parę jest :). W końcu większość tych filmów widziałem ostatni raz ze 20 lat temu to prawie tak jakbym w ogóle nie oglądał.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.