Michael Keaton w filmie "Birdman" - fot. screen z Youtube
Michael Keaton w filmie "Birdman" - fot. screen z Youtube

Birdman [Birdman – or (The Unexpected Virtue of Ignorance)]

Szczerze powiedziawszy już jakiś czas temu przestały mi imponować w filmach długie sceny kręcone bez ani jednego cięcia. Spowszedniały, niczym aftercreditsy. Kiedyś było tego niedużo, raz na jakiś czas trafiał się taki smaczek, a teraz? Teraz strach z kina wyjść przed końcem napisów, żeby czegoś nie przegapić, a w domu każdy film już do końca przewijam a nuż. To samo z tymi „bezcięciowymi” scenami. Kiedy jakiś reżyser chce udowodnić, że ma talent – ładuje do swojego filmu długą scenę bez cięć. Nuda.

Nie sposób jednak narzekać na taki sposób filmowania w przypadku „Birdmana”. Jego reżyser, znany i uznany Alejandro González Iñárritu (dzięki Bogu skończył z kręceniem filmów z gatunku: trzy pozornie niezwiązane ze sobą historie…), postanowił pójść kroczek dalej i nakręcić prawie cały film bez ani jednego cięcia (w finale w końcu było ich trochę). A co się będzie rozdrabniał. Taka decyzja na pewno świadczy o jego odwadze, ale miejsca w panteonie filmowców, którzy po raz pierwszy coś zrobili mu nie zapewni. Ubiegł go bowiem jego urugwajski kolega Gustavo Hernández swoim La Casa muda. (EDIT: A kolega PLuToN mi tu jeszcze podpowiada, że przed nimi był Aleksandr Sokurow i jego „Rosyjska Arka” :KONIEC EDITA)

Choć z drugiej strony szarpnął się Iñárritu na zabieg chyba zupełnie oryginalny. Bo o ile „La Casa muda” było filmem, którego akcja dzieje się w czasie rzeczywistym, to „Birdman” umiejętnie skacze sobie po czasie akcji przenosząc go o tyle, ile w opowiadanej historii to potrzebne. Dzięki temu zniknęło ograniczenie, z którym musiał zmagać się Hernández – jak zapewnić ciekawą fabułę w kręconym na jednym ujęciu filmie bez żadnych czasowych przeskoków. No bo wiecie, idzie sobie bohater do ubikacji na dwójkę, a my czekamy przed drzwiami aż skończy – trochę słabo. W „Birdmanie” nie ma tego problemu.

Oczywiście trzeba podkreślić, że „Birdman” jest tylko stylizowany na film nakręcony jednym ujęciem kamery, a złudzenie zapewnia umiejętny montaż sklejający wszystko w płynną całość. Wiadomo, że inaczej być nie mogło, skoro film kręcili AFAIR 11 tygodni. W przeciwnym przypadku wystarczyłoby dwie godziny zdjęć i finał (czasu przygotowań nie liczę). Niezależnie jednak od tego, realizacyjnie robi bardzo duże wrażenie, a ogarnięcie tego filmowego chaosu w niemal matematyczny wzór powinno zapewnić Iñárritu Oscara. Zapanował nad wszystkim po mistrzowsku, a aktorzy dotrzymali kroku jego wizji.

Na paradoks przy okazji zakrawa fakt, że w tym dość przeciętnym filmowo ubiegłym roku (oskarowe nominacje dla najlepszego filmu dowodzą jego przeciętności) trafiły się dwa tytuły, które oryginalnością i nowatorskim podejściem do sztuki filmowej biją resztę tytułów na głowę. Pojedynek kręconego przez 12 lat „Boyhood” i jednoujęciowego „Birdmana” zapewni podczas oskarowej nocy wiele emocji i niezależnie od werdyktu ktoś będzie się mógł poczuć skrzywdzony. Ewentualnie będzie narzekać na pech, że akurat w tym roku trafił mu się taki przeciwnik.

Tyle teoria, bo w praktyce – czytaj: moim zdaniem – „Birdman” bije na głowę „Boyhood” pod właściwie każdym względem. To bez wysiłku najlepszy film spośród tych nominowanych do Oscara w głównej kategorii. Koniec kropka.

Mógłby bowiem reżyser spocząć na laurach i powiedzieć: robię film, jakiego jeszcze nie było, po co mu fabuła? Na szczęście tak nie powiedział i techniczną perfekcję (co ciekawe wystarczyło na to głupie 18 milionów dolarów, co tylko dowodzi, że komputery nigdy nie będą lepsze od pomysłu) zepchnął na drugi plan serwując nam porywającą historię podstarzałego aktora, który dawno temu był sławny dzięki serii komiksowych filmów o tytułowym Birdmanie, a teraz chce znów wrócić na pierwsze strony gazet za sprawą sztuki, której premierę szykuje na Broadwayu.

„Birdman” udowadnia, że „porywająca historia” wcale nie wymaga stawania na głowie i niespodziewanych zwrotów akcji. Wystarczy pomysł i konsekwencja. A tutaj wszystko sprawia wrażenie przemyślanego od samego początku, czyli od obsadzenia w tytułowej roli Michaela Keatona, którego życie zawodowe niemal bliźniaczo przypomina życie jego bohatera. Kiedyś opiewany, dzisiaj zapomniany. Wcale nie taki stary jeszcze, ale odłożony na bok. To wybór na tyle genialny, że nie trzeba grzebać w IMDb, żeby się domyślić, że gdy bohater mówi, że ostatni raz zagrał Birdmana w 1992, to podobnie miał Keaton w przypadku Batmana. A to przecież tylko dodatek do brawurowo zagranej roli, której wisienką na torcie dla mnie była scena, w której wkurza się na recenzentkę ani na chwilę nie podnosząc głosu. Drze się na nią nie krzycząc.

Ale to nie tylko film o aktorze, lecz także film o całym showbiznesie i panujących w nim bezwzględnych zasadach, które w jednej chwili potrafią zrzucić z chmur prosto na bruk. W „Birdmanie” oba te światy wzajemnie się przenikają i nie ma jednego bez drugiego. Ale też łatwo jest się wczuć w rolę głównego bohatera i przyłożyć do niego swoją miarę. Bo nie trzeba być aktorem, żeby zrozumieć proste potrzeby takie jak bycie akceptowanym, kochanym, docenionym w tym, co się robi, a także mieć świadomość, jak to jest być bezsilnym wobec sytuacji, na które nie masz wpływu. Bo jesteś za stary, bo jesteś zagubiony, bo niepotrzebnie się poddałeś. Przy czym wszystko podane jest z nieopuszczającym bohaterów gorzkim poczuciem humoru, błędnie interpretowanym tu i ówdzie jako humor spod znaku Wesa Andersona.

Zatem „Birdman” to z jednej strony znakomita, błyskotliwa i cięta odpowiedź na coraz bardziej panujący w kinie kult ekranizacji komiksu, a zarazem kameralna opowieść o dramacie człowieka. Ubrana w nowoczesną i świetną formę. Przed Dychą ochroniła go chyba tylko niepotrzebna moim zdaniem końcówka, ale kupił mnie już w pierwszych minutach wzmianką o Jeremym Rennerze, a potem było tylko lepiej. 9/10

(1852)

PS. Zachu Galifianakisie – czapki z głów. Tak to się robi: dostaje się rolę i się ją gra. Nie trzeba wszędzie krzyczeć, że zmiana emploi! Że cały film bez makijażu! Że będzie Oscar! Tak, Jen, to do ciebie.

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.