Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Interstellar

Wszyscy już? No to teraz ja moje tradycyjne Dwa Słowa (C).

Jak zwykle będzie to recenzja, w której przeważającą częścią będą narzekania 😉 ale nie dajcie się zwieść, bo mój odbiór najnowszego filmu Nolana jest jak najbardziej pozytywny. Niestety jest też zupełnie niekontrowersyjny raczej, bo wbrew temu co się dzieje w stosunku do tego filmu – ani nie będę go wychwalał pod niebiosa, ani nie będę się nabijał, jaki to jest beznadziejnie głupi. A raczej takie dwa punkty widzenia przeważają pośród opinii. Moja jest nieco bardziej wyważona, a ocena filmu wysoka. Choć _naciągana_. Bo finał filmu zawiódł mnie swoją głupotą i zacząłem groźnie machać szabelką, że obetnę za to cały jeden punkt. Ale minęło parę dni od seansu, a ja wciąż myślę o „Interstellar” pozytywnie, więc nic nie będę obcinał. 8/10.

Za co taka wysoka ocena? Za ww. pozytywne wrażenie po seansie. I takie samo w trakcie. Może to kiepski wyznacznik jakości filmu, ale dla mnie spory dość: jeśli na prawie trzygodzinnym filmie nie chce mi się siuisiu, tzn., że na pewno nie oglądam przeciętniaka. Darujmy sobie wchodzenie w siuśkowe szczegóły (choć w sumie to ciekawy temat – może nie samo siusianie, ale terror uporczywej myśli: „będzie ci się chciało sikać w trakcie seansu!”), pozostańmy przy filmie. Filmie, który mnie zainteresował ot tak po prostu samym sobą. Nie fizyką, nie odkrywaniem jakiejś wielkiej tajemnicy kosmosu, na co zupełnie nie liczyłem, nie próbą zrobienia milowego kroku dla kinowej fantastyki naukowej, która od dawna leży i kwiczy, a po prostu ciekawą historią z gatunku tych czytanych za młodu z wypiekami na twarzy. Podróż w kosmos, ratowanie świata, wyścig z czasem – wielka przygoda, o której za młodego marzyłoby się, żeby i jemu się przytrafiła. Taki „When Worlds Collide” i temu podobne klasyczne kino tyle, że współczesne i nowoczesne.

Ziemi grozi zagłada. Nie z powodu powodzi, dupnej asteroidy czy innego kataklizmu, który obok Chińskiego Muru byłby widoczny z kosmosu, ale banalnie – z powodu głodu. Ratunkiem może być znalezienie sobie nowej planety do zamieszkania. Okazja ku temu jest idealna – oto całkiem niedaleko Ziemi, jakieś dwa lata lotu w pobliże Saturna, pojawia się tunel czasoprzestrzenny wiodący hen w inną galaktykę. A w niej przynajmniej ku kliku obiecującym planetom. Szalonej z deka misji ma podjąć się były pilot NASA, aktualnie farmer.

Nie ma co ukrywać, że na fizyce, lotach międzyplanetarnych, teorii strun itepe nie znam się nic a nic, ale i tak nie przeszkodzi mi to w napisaniu, że wbrew obiegowej opinii dużo więcej w „Interstellar” fiction niż science. Nie zaprzeczam, film Nolana oparty jest na solidnej porcji aktualnej wiedzy o kosmosie, a i 40-minutowy program Discovery poświęcony temu zagadnieniu obejrzałem utwierdzając się w tym przekonaniu. Wszystko to fajnie i miło, że Kip jakiś tam, kosmiczny guru, napisał Nolanowi specjalne wzory, które zrewolucjonizowały pogląd na Czarną Dziurę, ale te podstawy nauki to zaledwie punkt wyjścia do całego filmu. Filmu, który tak naprawdę rozpoczyna się w momencie, w którym kończy się nauka, a zaczyna nieznane. Nie można Nolanowi zarzucić, że pokazał w filmie nieprawdę, ale to cwana gapa jest. Cokolwiek by się bowiem nie napisało przeciw jego wizji, to on spokojnie może odpowiedzieć „skąd wiesz? byłeś w Czarnej Dziurze?” i nic mu nie zrobisz. Wszystkie te jego fantazje zasadzają się bowiem na tym, że jeśli coś nie jest niemożliwe, to znaczy, że jest prawdopodobne. I tak to z tą naukowością „Interstellar” jest.

Nolan nie może się też jednak przesadnie dziwić temu, że wielu widzów uważa jego film za bzdurę, ja w zasadzie również. Jestem zdania – pisałem już o tym – że nawet jeśli coś jest prawdopodobne, a na ekranie wygląda śmiesznie, to nie powinno się tego pokazywać. Zgrzytanie o tunel czasoprzestrzenny, czy katapultowanie się w Czarnej Dziurze podchodzi pod ten przypadek. Przykro mi, ale trudno się w tym momencie nie uśmiechnąć.

Cały dowcip w polubieniu „Interstellar” polega na tym, żeby nie zwracać uwagę na ten nieszczęsny „science” albo choć spróbować, żeby nie przeszkadzał. Wtedy – jestem tego dowodem – przyjemnie spędzi się czas w kinie. A jeśli piszę, że film jest momentami naiwny, czy nawet głupi, to nie mam na myśli odbijania się od pierścienia Czarnej Dziury czy od czego tam się odbijali, czy startowania na zwykłych silnikach z planety o większym przyciąganiu niż Ziemia. Nie mam tego na myśli, bo nie mam o tym zielonego pojęcia i byłoby głupio z mojej strony, gdybym akurat tego się czepiał. Nie. Dla mnie naiwność „Interstellar” pojawia się w bardziej przyziemnych momentach. Przeszkadza mi, że NASA działająca w podziemiach i prawie zapomniana jest w posiadaniu technologii, która póki co nie jest nam dostępna (są tak biedni, że rolnikowi Cooperowi dają w ręce kierownicę statku kosmicznego w zasadzie sekundę po uściśnięciu mu dłoni), przeszkadza, że Matthew blisko końca krzyczy coś, co przecież wie, że nie zadziała (w zawiłości związane z zabawą z czasem nawet nie wnikam, bo utonąłbym już w drugim zdaniu w paradoksach za dużych na mój móżdżek), przeszkadza wiele takich drobnostek i zbiegów okoliczności pchających fabułę do przodu, których teraz już nie pamiętam. Ale nie na tyle, żeby przesłonić plusy. A właściwie jeden plus 😉 – tę przyjemność z oglądania Wielkiej Przygody.

Wielkiej Przygody, na którą wcale nie trzeba lecieć do IMAX-a tak jak nam podpowiadają. „Interstellar” nie jest tak efektowny, żeby cokolwiek zerwać czy zryć. Gdyby się tak zastanowić, to jest zupełnie przeciętny (znów miałem to dziwne wrażenie kartonowych, trzęsących się modeli pojazdów – to samo co w przypadku ostatniego nolanowskiego Batmana). Grawitacja pod tym względem wygrywa bezapelacyjnie, ale i Nolan nie miał zamiaru konkurować w tej dyscyplinie. Jego kino jest bliższe ludziom i temu, jaką cenę płacą za Wielką Przygodę. I choć wielu narzeka na marne, ckliwe dialogi o człowieczeństwie, to ja w ogóle czegoś takiego nie odczułem. Ani zapowiadanej szumnie tu i ówdzie nudy. Owszem, aktorzy nie mieli nic wielkiego do zagrania (poza McConaugheyem totalna bida z nędzą pod kątem pokazania aktorskiej maestrii), ale to co dostali było na tyle w porządku, żebym nie miał do tego żadnych zastrzeżeń. I dziwił takim z ust innych.

(1822)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.